Wyjaśnianie przez zaciemnianie

Kiedy ten felieton ukaże się w druku, będziemy ekscytować się wizytą
amerykańskiego prezydenta Baracka Husejna Obamy w Warszawie – o ile oczywiście
złowrogi wulkan, który już raz nie pozwolił mu na przybycie do naszego
nieszczęśliwego kraju, tym razem okaże się łaskawszy. Takiej wizycie towarzyszą
oczywiście ogromne emocje – z kim Dostojny Gość się spotka, kogo zaszczyci
rozmową, kogo tylko uściskiem dłoni lub zaledwie skinieniem głowy, a komu nie
okaże nawet takiej łaskawości. Wszystko to później stanie się oczywiście
przedmiotem drobiazgowych analiz mediów głównego nurtu, które – jak to przy
okazji opisywania Gwatemali określił nieboszczyk Ryszard Kapuściński – "pracują
w służbie ciszy".

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że z tych fusów wywróżą, że jest dobrze,
a będzie jeszcze lepiej – co przecież i tak wiemy z góry – i tym też będziemy
musieli się zadowolić, jako że po takich wizytach coraz rzadziej ukazują się
komunikaty, co właściwie tam uradzono. Inna rzecz, że jeśli nie uradzono nic
dobrego, to "po co babcię denerwować"? I tak w stosownym czasie pozna wszystko
po owocach, a jeśli nawet nie pozna – to jeszcze lepiej, bo czego oczy nie
widzą, o to serce nie boli. A jeśli obywatela serce nie boli, to znaczy, że
obywatel jest szczęśliwy. Czegóż tedy chcieć więcej? Czyż nie wystarczy, że o
naszą przyszłość troszczą się tacy tędzy statyści, jak sam minister Radosław
Sikorski, którego zazdrości nam cała Europa, a może nawet – kto wie? – cały
świat! Zatem i rezultaty wizyty Drogiego Gościa też zostaną nam zapewne w
stosownym czasie objawione, być może nawet w postaci tak zwanych faktów
konkludentnych – ale czyż współczesna demokracja nie polega właśnie na zaufaniu?
Jeszcze Włodzimierz Lenin radził, żeby oczywiście ufać, jakżeby inaczej, ale i
kontrolować. Na szczęście te przesądy zostały szczęśliwie przezwyciężone i
dzisiaj po prostu ufamy, jak to się mówi – w ciemno, bo jak ciemno – to
przyjemno.
Wszystkie te rozkosze zostawiamy sobie zatem na deser, a tymczasem warto
przyjrzeć się działaniom podejmowanym przez naszych Umiłowanych Przywódców,
którzy wprawdzie za pośrednictwem niezależnych mediów każdego dnia zapewniają
nas, że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej – ale skądinąd wiemy, że kończą im
się albo nawet już im się skończyły pieniądze. Ponieważ pieniądze kończą się nie
tylko w naszym nieszczęśliwym kraju, ale również na innych "zielonych wyspach",
to już wkrótce nie będzie innego wyjścia, jak tylko jednostronnie zredukować
zobowiązania państwa wobec obywateli, bo w przeciwnym razie nasi Umiłowani
Przywódcy nie będą mogli zapłacić daniny lichwiarskiej międzynarodówce – a to,
jak wiadomo, gorsze jest od śmierci. Jednak taka jednostronna redukcja
zobowiązań państwa wywołuje wśród obywateli niezadowolenie; wychodzą koczować
jak nie na Majdany Niepodległości, to na Puerta del Sol, a podczas tego
koczowania dają wyraz braku szacunku dla Umiłowanych Przywódców. Nic dobrego z
tego, ma się rozumieć, wyniknąć nie może, więc rządzące naszym nieszczęśliwym
krajem Siły Wyższe nakazały naszym Umiłowanym Przywódcom podjęcie działań
prewencyjnych, które nie tylko sprzyjają przypomnieniu każdemu kandydatowi na
buntownika, skąd wyrastają mu nogi, ale również pozwalają rozładować potencjalne
niebezpieczeństwa w zarodku. Pamiętamy przecież, jak generał Jaruzelski, którego
proces, z powodu taktownej śmierci jednego z ławników, właśnie ponownie się
rozpoczyna, czekał, aż wyrośnie mu wielka piącha, a tymczasem wysyłał w teren
grupy operacyjne, żeby przygotowały mu nie tylko listy do internowania, ale
również, a może nawet przede wszystkim – zrobiły rozeznanie, co w tym terenie
nadaje się do sprywatyzowania. I dopiero kiedy wszystko było gotowe, Wojskowa
Rada Ocalenia Narodowego wprowadziła surowe prawa stanu wojennego, pod osłoną
których przeprowadzone zostało uwłaszczenie nomenklatury, która w ten sposób
przygotowała się do zajęcia odpowiedniej pozycji społecznej w nowych warunkach
ustrojowych. Przewidział to poeta, pisząc w natchnieniu: "Nie płoszmy ptaszka;
niech mu się zdaje, że naszej partii siły nie staje. (…) Aż o poranku za oknem
dojrzy kontury tanku, potem na schodach usłyszy kroki. Wnet się posypią piękne
wyroki!". Więc kiedy dzisiaj bezpieczniacy z ABW z mocą wielką i majestatem
wkraczają o poranku do mieszkania internauty, który wymyślił komputerową grę w
zabijanie prezydenta, to jużci – zbrodnia to niesłychana, wobec której bledną
okoliczności prawdziwej śmierci prezydenta, mozolnie wyjaśniane poprzez
zaciemnianie. Kiedy kibice rozwijają transparent z napisem: "Donald matole", to
policmajster na widok takiej obrazy majestatu soli im mandaty w nadziei
skutecznego zniechęcenia do wszelkiej – a zwłaszcza niezatwierdzonej –
politycznej aktywności. Zatwierdzone będą wyłącznie parady sodomitów, którym
nasi Umiłowani Przywódcy pozwolą wreszcie wyszaleć się na ruinach państwa i
zgliszczach cywilizacji.

Stanisław Michalkiewicz
 

drukuj