35 lat permanentnej inwigilacji
Z prof. Janem Żarynem, historykiem IPN, rozmawia Adam Kruczek
Jak duży jest zbiór dokumentów wytworzonych przez aparat bezpieczeństwa
dotyczących ks. kard. Stefana Wyszyńskiego?
– Nie sposób tego policzyć, to są dosłownie metry akt, ponieważ ks. Prymas
Stefan Wyszyński był ustawicznie i na różne sposoby inwigilowany co najmniej od
maja 1946 r. aż do śmierci w 1981 r., łącznie z pogrzebem. Mamy tu do czynienia
z "plonem" 35 lat permanentnej inwigilacji.
Jak wyglądały jej początki?
– Bardzo ciekawym dowodem rzucającym światło na początkowe stadium inwigilacji
jest utworzony w maju 1946 r., gdy ks. Stefan Wyszyński został biskupem
lubelskim, kwestionariusz noszący znamiona kalendarium o nazwie "Arkusz
kronikarski bieżących materiałów operacyjnych" składający się z cytatów i
informacji zaczerpniętych z różnych źródeł osobowych bądź podsłuchów czy innych
działań operacyjnych. Nie oznacza to, że ks. Wyszyński nie był inwigilowany
wcześniej, ale nie mamy na to jeszcze bezpośredniego dowodu. Ten materiał w
formie "arkusza kronikarskiego" był prowadzony stale do 1963 roku. Później,
wydaje się, że ze względu na zmiany organizacyjne w MSW, polegające na
stworzeniu osobnego Departamentu IV zajmującego się sprawami Kościoła, uznano,
że równolegle prowadzona sprawa operacyjnego rozpracowania o kryptonimie
"Prorok" przeciwko ks. Prymasowi dostarcza służbom dostatecznej wiedzy na temat
bieżących działań ks. kard. Wyszyńskiego.
Czy brano pod uwagę jego fizyczną likwidację?
– Znane są przypadki wykorzystywania różnego rodzaju analiz dokonywanych przez
tajnych współpracowników, np. Jana Wierusza Kowalskiego, ekszakonnika, który
miał za zadanie sporządzać analizy teologiczne dotyczące np. kultu Maryjnego,
bardzo propagowanego przez ks. kard. Wyszyńskiego, w sposób ośmieszający rzekomo
niski stan wiedzy teologicznej Prymasa. Takie fałszywki kompromitujące księdza
kardynała krążyły także po Watykanie. Trudno też dziś dociec, ile było zamachów
na życie ks. Prymasa, ale jeden jest dobrze znany. W 1949 r., między ingresami w
Gnieźnie i w Warszawie, przeciągnięto stalową linę między drzewami w poprzek
szosy na trasie przejazdu samochodu ks. Prymasa. Ostatecznie jego samochód
pojechał inną trasą, a na linę najechał samochód ciężarowy. Nie wiadomo do
końca, czy chodziło o pozbawienie ks. Prymasa życia, czy o zastraszenie, aby
działał bardziej "po myśli" komunistycznej władzy. Historia pokazała, że były to
posunięcia nieskuteczne.
Dziękuję za rozmowę.
