Interwencja kwalifikuje się do prokuratury

Z płk. Andrzejem Pawlikowskim, szefem Biura Ochrony Rządu w latach
2006-2007, rozmawia Anna Ambroziak

Szef BOR gen. Marian Janicki tłumaczył sposób interwencji 10 kwietnia przed
Pałacem Prezydenckim sygnałem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, że może dojść
do samospalenia.

– Ten argument w żaden sposób nie tłumaczy działań podjętych 10 kwietnia br.
przed Pałacem Prezydenckim przez funkcjonariuszy BOR. Ich działanie nie było
adekwatne do zaistniałej sytuacji. Zgodnie z ustawą i rozporządzeniem prezesa
Rady Ministrów z dnia 20 czerwca 2002 r. BOR ściśle współpracuje z ABW w
zakresie przekazywania informacji dotyczących ewentualnych zagrożeń w stosunku
do osób ochranianych. BOR po otrzymaniu takich informacji analizuje te
zagrożenia. To działka, która dotyczy BOR – nie ukrywam, że to w trakcie
piastowania przeze mnie stanowiska szefa BOR w strukturze formacji powstała
komórka, która takich analiz dokonuje. Jak to się odbywa obecnie pod
kierownictwem pana gen. Janickiego, tego nie wiem. Wracając jednak do wątku
dotyczącego informacji o samospaleniu się przed posesją Pałacu Prezydenckiego,
czyli na terenie należącym do miasta – to dobrze, że ABW taką informację
przekazała BOR, tyle że działania w takiej sytuacji nie leżą w kompetencji BOR,
ale policji. To ona powinna się tym faktem zająć i podjąć odpowiednie działania
adekwatne do sytuacji. Do ustawowych zadań BOR w tym konkretnym przypadku należy
ochrona prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej oraz obiektów służących
prezydentowi RP. Jeżeli ta informacja, którą przekazał gen. Janicki, jest
prawdziwa, BOR powinno być na to przygotowane i podjąć odpowiednie działania,
ale tylko w przypadku, jeżeli ta osoba próbowałaby się dostać bezpośrednio na
teren Pałacu Prezydenckiego lub próbowałaby samospalenia dokonać na tym terenie
oraz w pobliżu osób ochranianych przez Biuro. W innym przypadku jest to sprawa
policji.

Janicki tłumaczył, że BOR brało pod uwagę, że zgromadzenie tak wielkiej
liczby osób na Krakowskim Przedmieściu może zablokować okolice tej ulicy oraz że
tłum może różnie zareagować na obraz wyświetlany na telebimach.

– To też jest sprawą policji. To policja przejmuje główny ciężar bezpieczeństwa
publicznego na obiektach czy terenie wyłączonym spod kontroli BOR. BOR ma tylko
i wyłącznie chronić teren i obiekt Pałacu Prezydenckiego i nie dopuścić do
ewentualnego wtargnięcia osób nieuprawnionych na teren Pałacu Prezydenckiego czy
też Kancelarii Prezydenta. BOR zajmuje się tylko i wyłącznie zabezpieczeniem i
ochroną tych obiektów. BOR nie może ingerować w zakres zadań policji mających na
celu zapewnienie porządku publicznego – od tego jest policja.

Generał Janicki tłumaczył też, że każdorazowo na uroczystości ochraniane
przez BOR dostaje ono listę zaproszonych gości. Jednak w tym wypadku takiej
listy nie miał. Po katastrofie smoleńskiej szef BOR przyznał też, że nie miał
listy pasażerów Tu, na którego pokładzie znajdowali się przecież prezydent RP i
cała generalicja.

– Z przykrością muszę stwierdzić, że jest to nieudolne i pokrętne tłumaczenie
funkcjonariusza, który nie dopełnił swoich ustawowych obowiązków służbowych.
Taka jest, niestety, bolesna prawda. Pan generał to taki "farbowany lisek".

Janicki przyznał, że posłów przybywających pod Pałac Prezydencki
identyfikował jeden z dyrektorów Kancelarii Prezydenta.

– To, jak zostali potraktowani posłowie – nieważne, czy byliby to posłowie Prawa
i Sprawiedliwości, czy też Platformy Obywatelskiej – nie świadczy dobrze o
obecnym BOR. Każdy z posłów posiada immunitet gwarantujący mu nietykalność. Tym,
co zrobili funkcjonariusze BOR tego dnia – naruszyli nietykalność posła – moim
zdaniem powinny zająć się prokuratura i Komisja Administracji i Spraw
Wewnętrznych. Według mnie, funkcjonariusze BOR przekroczyli swoje uprawnienia.
Jeżeli posłowie okazali funkcjonariuszom BOR legitymacje poselskie – to nie
powinni oni interweniować w taki sposób, w jaki interweniowali. Tym bardziej że
podobno był tam przedstawiciel Kancelarii Prezydenta, którego zadaniem było
koordynowanie działań mających na celu wpuszczanie posłów na teren chroniony
przez BOR. Całą zaistniałą sytuację mogę określić jako totalny bałagan.

Może to był "bałagan"
zamierzony?

– Być może. Nie wiem, jakie były plany działania BOR tego dnia, ale jestem
pewien, że BOR przekroczyło swoje uprawnienia, wyszło poza zakres swoich
obowiązków i kompetencji.

Jeden z posłów PiS twierdzi, że funkcjonariusze BOR byli ukryci w namiotach,
w których według Janickiego miał się znajdować wyłącznie sprzęt medyczny i
służby medyczne do jego obsługi.

– Mogło tak być. Funkcjonariusze mogli być tam umieszczeni w razie zaistnienia
sytuacji stwarzającej zagrożenie dla bezpieczeństwa obiektu – czyli Pałacu
Prezydenckiego.

Kiedy BOR może użyć siły, kiedy może użyć broni?
– To są sytuacje ostateczne, gdy zawodzą inne środki. Zgodnie z ustawą
funkcjonariusz BOR może zastosować środki przymusu bezpośredniego w przypadku
niepodporządkowania się wydanym na podstawie prawa poleceniom wobec osób,
których zachowanie może stworzyć zagrożenie dla bezpieczeństwa osób, obiektów i
urządzeń podlegających ochronie BOR. Jeśli środki przymusu bezpośredniego
okazały się niewystarczające lub jeżeli ich użycie, ze względu na okoliczności
danego zdarzenia, nie jest możliwe, funkcjonariusz ma prawo użycia broni palnej,
ale powtarzam – to już jest ostateczność.

Wracając do kwestii zabezpieczenia wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w
Smoleńsku – ilu funkcjonariuszy powinno znajdować się na płycie lotniska,
oczekując na przybycie delagacji?

– Jeśli chodzi o Rosję i konkretnie lotnisko w Smoleńsku – powinien być na pewno
pirotechnik, którego zadaniem powinna być koordynacja zadań
prewencyjno-ochronnych razem z jego odpowiednikami po stronie rosyjskiej.
Powinien on poza innymi zadaniami sprawdzić teren wzdłuż pasa lotniska pod kątem
wyeliminowania wszelkich zagrożeń przed wylądowaniem samolotu z osobą ochranianą
i osobami jej towarzyszącymi. Powinien on przy tym uwzględnić warunki pogodowe –
jeżeli jest gęsta mgła, a posiada on wiedzę na temat warunków technicznych
lotniska, że nie ma ono odpowiednich urządzeń naprowadzających – powinien
zgłosić to dowódcy odpowiedzialnemu za zabezpieczenie wizyty w celu dalszego
procedowania informacji i podjęcia odpowiednich decyzji mających na celu
wyeliminowanie zagrożenia. Powinien być wtedy sygnał z BOR dla specpułku, że coś
jest nie tak. Gdyby tak było – zgodziłbym się, że BOR dopełniło wszelkich
starań, by zapobiec zagrożeniu. Na lotnisku powinien znajdować się też
funkcjonariusz BOR odpowiedzialny za koordynację zabezpieczenia wizyty głowy
państwa na terenie Rosji

Pułkownik Jarosław Florczak, funkcjonariusz BOR, który zginął w katastrofie
smoleńskiej, sygnalizował gen. Janickiemu, że na Siewiernym może dojść do
katastrofy. Janicki zbagatelizował te sygnały, uznając je za "przeczucia".

– Wiem z przekazu medialnego, że przekazywał je gen. Janickiemu, ale ten
potraktował te informacje dość luźno, stwierdzając tylko, że była to rozmowa
prywatna. Jako szef takiej formacji, jaką jest BOR, podjąłbym wszelkie
działania, by takim zagrożeniom zapobiec. Nie zlekceważyłbym tych ostrzeżeń.
Takich informacji nie zatrzymuje się wyłącznie dla siebie, należy dokonać
wszelkich starań, aby zapobiec tragedii – a więc należy udać się natychmiast do
kancelarii prezydenta i premiera, poinformować ministra spraw wewnętrznych i
administracji. Jeżeli działania BOR nie przynoszą korzystnych rezultatów w
trakcie rozmów z urzędnikami obu kancelarii, to szef BOR zobligowany jest udać
się w tej sprawie na spotkanie z premierem czy prezydentem. Trzeba się po prostu
ruszyć zza biurka.

Jak oceniłby Pan działania BOR w Smoleńsku?
– W skali od 1 do 6? Dałbym tylko 2.

Mało…
– To prawda. Ale z informacji bezpośrednich, jakie otrzymałem od funkcjonariuszy
BOR, to na lotnisku 10 kwietnia 2010 roku nikogo z BOR nie było. I miało ich tam
nie być, bo takie otrzymali polecenie służbowe. Mieli się znajdować na terenie
Memoriału w Katyniu. Na lotnisku był kierowca pana ambasadora, który jednak
jeszcze w 2005 roku został oddelegowany z BOR do Ministerstwa Spraw
Zagranicznych. Tak więc 10 kwietnia 2010 roku wykonywał zalecenia MSZ i był
tylko i wyłącznie kierowcą ambasadora. Nie miał tym samym prawa robić nic, co
wiązałoby się z zabezpieczeniem wizyty pana prezydenta. Zresztą nie miał do tego
stosownego przygotowania, gdyż w BOR także był kierowcą – nigdy nie
przygotowywał i nie realizował działań ochronnych.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj