Nie świętujemy przy letnim piwie i taniej kiełbasie
Z Attilą Szalaiem, radcą ds. kultury i prasy Ambasady Republiki
Węgierskiej w Warszawie, rozmawia Maciej Walaszczyk
Polak, Węgier – dwa bratanki – tak brzmi znane powiedzenie. Dla obu naszych
narodów ważne są różne rocznice i święta narodowe. Jak Pan jako Węgier
mieszkający od lat w Polsce odbiera sposób celebrowania ich przez Polaków?
– Rzeczywiście, między 1976 i 1990 rokiem mieszkałem w Polsce. Jednak wiosną
1990 roku z powodów rodzinnych wróciłem na Węgry, a do Polski z powrotem
trafiłem już jako dyplomata wolnego kraju. W minionych dwóch dekadach w sumie
spędziłem tu, łącznie z teraźniejszą służbą, 9 lat, częściowo w ambasadzie,
częściowo jako dyrektor Węgierskiego Instytutu Kultury w Warszawie, potem znów w
ambasadzie. W sumie wychodzi ok. 27 lat, a gdyby doliczyć podróże i wakacje, z
grubsza będzie blisko 30. Czyli połowa życia. A jeśli brać pod uwagę dorosłą
część życia, to wychodzi nawet dwie trzecie. Mówię o tym, żeby pokazać, że mam
pewną wiedzę na temat celebrowania świąt narodowych przez Polaków. Autentyczne,
najważniejsze święta bratankowie Polacy zawsze potrafili godnie obchodzić, nawet
w najciemniejszych latach komunizmu. Wystarczy wspomnieć rocznice, takie jak:
wybuch Powstania Warszawskiego, Święto Niepodległości, Święto Konstytucji 3 Maja
czy Cud nad Wisłą. Rokrocznie, mimo różnych represji, Naród Polski demonstrował
przywiązanie do historycznych tradycji i wartości. A po 1989 roku wszystkie te
święta obchodzi z wielką pompą, czasami nawet może się wydawać, że przesadną,
ale dla znawcy jest to zrozumiałe: jest wielka chęć "odrabiania" lat, w których
nie było sposobu, by oddać należytą cześć tym rocznicom.
Często spotykamy się z zarzutem, że nie potrafimy świętować. Część Polaków,
choć minęło 20 lat wolnej Polski, w ogóle nie celebruje Święta Niepodległości w
listopadzie czy Święta Konstytucji 3 Maja.
– Ciekaw jestem, kto takie zarzuty stawia. Na pewno i tu są tacy, którzy z
niespożytą energią starają się "odbrązawiać" wszystkie świętości narodowe.
Podobnie jak ich koledzy na Węgrzech. Wspólną cechą tych ludzi jest chyba brak
autentycznego przywiązania do Narodu i Ojczyzny, w imię źle rozumianej
poprawności politycznej zamiar przypodobania się trendom rozmazania wszystkiego,
co jest autentyczne. To są ci sami ludzie, którzy najchętniej zrobiliby z
człowieka istotę bezpłciową, czyli nijaką. Sądzę, że nie należy zbytnio nimi się
przejmować, tylko robić swoje.
Na Węgrzech jest podobnie? Sporo słyszy się o tym, że społeczeństwo w Pana
kraju jest silnie podzielone, że obok siebie istnieją dwa narody: ten, który
jest postkomunistyczny i którego reprezentacja polityczna przegrała w ostatnich
wyborach, i ten bardzo tradycyjny, którego odrodzenie dziś obserwujemy.
– Krótko odpowiedzieć na to pytanie nie jest łatwo, to jest sprawa bardzo
skomplikowana, a powierzchowna wypowiedź może być fałszywa. Ale spróbujmy. Po
pierwsze, cały naród jest postkomunistyczny, przecież wszyscy żyliśmy w tym
samym ustroju. Inna kwestia, kogo na ile przerabiał system totalitarny. Komunizm
pozbawił nas elity intelektualnej, a z nową elitą bywało raczej marnie. Terror
zrobił swoje, szczególnie po 1956 roku. Zwykły śmiertelnik chciał żyć w miarę
spokojnie, a system Kadara to diabelsko sprawnie wykorzystał: stworzono warunki
tak zwanej małej stabilizacji w zamian za niewtrącanie się do polityki.
Dziesiątki lat takiego życia wykształciły bierną masę, która oczekiwała
wszystkiego od "góry", poczynając od mieszkania, na możliwości uzyskania
telefonu kończąc. Niech władza da. Władza dała, dopóki wystarczyło z kredytów
zagranicznych. A tu raptem koniec, trzeba brać odpowiedzialność za siebie. Szok.
Komunizm zostawił po sobie same długi i bałagan, pierwsza wybrana w wolnych
wyborach władza niekomunistyczna nie potrafiła dać nic więcej, "tylko" wolność.
No to przy następnej okazji głosowano na poprzedników, którzy dali. Potem
zdarzył się w oczach lewicy "wypadek" – prawica dostała znów cztery lata
rządzenia. Potem ponownie przyszła postkomuna, i to na dwie kadencje. Owszem,
czasami dała – i znów nie z wypracowanego, tylko – starym zwyczajem – biorąc
niesamowite pożyczki zagraniczne. No i mamy, co mamy. Naród rzeczywiście miał
ich wreszcie dosyć. Teraz obraz jest następujący: postkomuna ma ok. 10 proc.,
liberałowie 6, a rządzące siły narodowe resztę. Podział jest "dramatyczny"
raczej z punktu widzenia dzisiejszej parlamentarnej opozycji. Ze strony
rządzących, którzy dysponują przeszło dwiema trzecimi głosów, sytuacja wygląda
na dość stabilną. Wydaje się, że Węgrom otworzyły się oczy. A poza tym zegar
biologiczny też tyka: znaczną część uprawnionych do głosowania stanowi już
pokolenie wychowane w czasach wolności.
Jak Węgrzy dziś celebrują święta narodowe? Które są najważniejsze?
– Gdy rządziła prawica, zawsze świętowaliśmy z największą godnością. Za kadencji
postkomunistów i lewicowych liberałów bywały z tym trudności. Rządząca elita
lewicowa organizowała święta dla siebie i na swój wypaczony sposób, odgradzała
się od ludzi kordonami, prowokowała społeczeństwo, by stworzyć powód do
uderzenia na niezadowolony tłum policją szturmową, jak na przykład w
październiku 2006 roku. Jak za dawnych czasów. Teraz, od prawie roku, nie ma
żadnych kordonów, wszyscy mogą świętować swobodnie, gdzie i jak się komu podoba.
Premier występuje publicznie wśród ludzi, a na dachach nie widać sylwetek
strzelców wyborowych. Rewolucję przy urnach, jak to określił premier Orban,
widać gołym okiem i przy godnym świętowaniu. Najważniejszym świętem narodowym
jest 20 sierpnia, Dzień Świętego Stefana. Tego dnia wspominamy twórcę
europejskiej, chrześcijańskiej państwowości Węgier, władcę, który w godzinie
śmierci ofiarował i przekazał swój kraj opiece Matki Bożej. Notabene, na świecie
są tylko dwa takie kraje, które uważają, że są krajami Maryi Panny: Węgry i
Polska. To chyba znamienne. A innymi największymi naszymi świętami są 15 marca,
rocznica Wiosny Ludów na Węgrzech, kiedy ramię w ramię walczyło z nami przeszło
4 tysiące polskich ochotników "o naszą i waszą wolność", oraz 23 października,
rocznica wybuchu powstania z 1956 roku. Znamienne też, że pierwszym hasłem
rozruchów było: "wszyscy Węgrzy, chodźcie z nami, pójdziemy za Polakami".
Czy są tradycje związane ze świętowaniem, których nie udało się zachować?
– Nic mi nie wiadomo o podobnych brakach.
Czy w węgierską świadomość historyczną mocno wpisały się wydarzenia związane
z Powstaniem Węgierskim z 1956 roku? Węgierski sztandar z wyprutą gwiazdą ma
dziś wielką symbolikę. W Polsce pewnym symbolem jest rocznica powstania
"Solidarności", bardzo jednak niedoceniana.
– Z naszym 1956 rokiem jest trochę podobnie. Każdy pamięta inaczej, zależy, po
której stronie barykady się stało. Niemniej, moim zdaniem, udaje nam się
znajdować to, co nas wszystkich łączy, i potrafimy z godnością świętować pamięć
tamtych dni. W przypadku "Solidarności" powinno być podobnie. Przecież to był
wielki czyn, wielki ruch, który potrafił bez przemocy zwyciężyć komunizm. Spory
powinno się zostawić do rozstrzygnięcia historykom, a świętując powstanie
"Solidarności", podjąć próby odtworzenia atmosfery uniesień tamtego okresu. Nie
doceniając tych wielkich chwil, tylko pomagamy odbrązawiaczom.
Węgrzy będą świętowali dzień ustanowienia nowej konstytucji? W polskiej
pamięci narodowej z pewnością swoje piętno odciśnie katastrofa smoleńska. Dziś
trudno ocenić, jak silne ono będzie.
– Rzeczywiście, bardzo trudno. Ale czy 3 maja 1791 roku ktokolwiek wiedział, jak
w przyszłości będzie oceniana ówczesna Konstytucja, czy będą świętować jej
ustanowienie? Na razie jedno jest pewne: wreszcie mamy nową ustawę zasadniczą,
która zaczyna się słowami naszego hymnu narodowego: "Boże, pobłogosław Węgrów".
To chyba rokuje dobrze na przyszłość.
Jak świętowanie narodowe wyglądało w czasach komunistycznych, a w
szczególności w okresie kadarowskiego gulaszowego socjalizmu?
– Owszem, warto wspominać te obłudne święta komunistyczne, chociażby po to, by
wykazać, jak one były fałszywe. Kazano nam świętować nową okupację po starej,
przy letnim piwie i taniej kiełbasie, urządzać święto pracy raz na rok, podczas
gdy na co dzień pracowało się w potwornych warunkach. Przecież nawet daty świąt
komunistycznych przypisane do pewnych wydarzeń były często oszukane. O tematyce
już nie mówię. Na przykład największe święto za komuny na Węgrzech, czyli 4
kwietnia, Święto Wyzwolenia… Otóż niby 4 kwietnia 1945 roku Armia Czerwona
"wyzwoliła" cały kraj. Nieprawda: stało się to parę dni później. A wyzwolenie
też nie jest właściwym określeniem, gdyż nastąpiła tylko zmiana brunatnego
totalitaryzmu na czerwony. Albo święto Węgierskiej Republiki Rad z 1919 roku:
przecież to było 133 dni strasznego bolszewickiego terroru. Nie przez przypadek
władze węgierskie posunęły się do desperackiego kroku w sierpniu 1920 roku, gdy
cały niemal zapas amunicji przekazały toczącej śmiertelny bój z armią czerwoną
Polsce. Gdyby Warszawa padła, to i do nas powróciliby bolszewicy. Niestety,
fałszywe święta komunistyczne rzeczywiście odbijają się na współczesności. I
jeśli nie pokażemy ich natury społeczeństwu, to mogą zatruwać i przyszłość.
Podziela Pan zarzut, że celebrujemy rocznice klęsk?
– Z klęsk także należy wyciągać wnioski, podnosić morale. Rzeczywiście,
doznaliśmy wielu klęsk, ale żadna klęska nie jest ostateczną tragedią, dopóki
się nie poddajemy, nie zachowujemy się jak pokonani. Nawet w Biblii jest
napisane, że pod ciężarem palma rośnie. A węgierskie porzekadło uczy, że nie ten
jest mężem na schwał, który bije, lecz ten, który wytrzymuje.
Dziękuję za rozmowę.
