Obama wysyła predatory
Stany Zjednoczone wznawiają swoje zaangażowanie militarne w objętej
rewoltą Libii. Jak poinformował sekretarz obrony USA Robert Gates, Waszyngton
wyśle w najbliższym czasie uzbrojone samoloty bezzałogowe do wykonywania misji
bojowych w tym kraju. Jednocześnie Gates podkreślił, że nie oznacza to wcale
pełnego zaangażowania jego kraju w tę wojnę. Amerykanie bowiem jak ognia boją
się islamskich oskarżeń o prowadzenie kolejnej wojny przeciwko muzułmanom.
Użycie bezzałogowych samolotów typu Predator zostało, według oficjalnych
doniesień Pentagonu, zatwierdzone także przez prezydenta Stanów Zjednoczonych
Baracka Obamę. Robert Gates podkreślił, że tego typu maszyny pozwolą zachodniej
koalicji na większą precyzję i możliwości wykonywania nalotów na jednostki i
koszary armii Muammara Kaddafiego. US Army uważa tego typu maszyny za bardzo
skuteczne, Amerykanie podkreślają, że predatory działają już od dłuższego czasu
na granicy pakistańsko-afgańskiej i sprawdziły się bardzo dobrze do namierzania
bojowników Al-Kaidy. Ten rodzaj wsparcia ma w znacznym stopniu ułatwić
rebeliantom odpieranie ataków wojsk pułkownika Kaddafiego w takich miastach jak
Misrata czy Bengazi. Do tej pory bowiem siły opozycji zamiast zapowiadanego
marszu na zachód, wciąż muszą bronić się w swoich twierdzach we wschodniej
części kraju, bo mają za małe siły, żeby pokonać wojska rządowe.
Jak twierdzi Gates, wysłanie bezzałogowców nad terytorium Libii wcale nie
oznacza powrotu pełnego zaangażowania Waszyngtonu w wojnę w Libii. Takie
insynuacje pojawiły się w amerykańskich mediach, sugerujących, że Biały Dom
uznał, iż ta misja militarna praktycznie stoi w miejscu i dlatego samoloty US
Air Force miałyby wspomóc rebeliantów. Takie doniesienia dementuje także szef
sztabów sił zbrojnych USA, admirał Mike Mullen, który twierdzi, że dotychczasowe
działania sprawdzają się, a w wyniku ataków powietrznych NATO Libia straciła już
od 30 do 40 procent potencjału bojowego swych sił lądowych. Jednocześnie
zaznaczył, że siły lojalne w stosunku do dyktatora nie zamierzają przerwać
swoich ataków, co może doprowadzić do zrodzenia się sytuacji patowej.
Obecnie armia Kaddafiego skupia się na atakowaniu kontrolowanych przez
rebeliantów instalacji naftowych, zaprzeczając tym samym swoim wcześniejszym
deklaracjom, iż jako że ropociągi "są własnością ludu", nie będą one nigdy celem
ich akcji militarnych. Wczoraj doszło do ataku na przepompownię ropy naftowej w
pobliżu Tobruku, na wschodzie kraju. Według najnowszych doniesień w starciach
tych zginęło co najmniej osiem osób. Rząd libijski zaprzeczył doniesieniom,
jakoby atakował instalacje naftowe, a odpowiedzialnością za napaść obarczył
samych rebeliantów i NATO. Rzecznik rządu Moussa Ibrahim zagroził, że jeśli
zachodnia koalicja wprowadzi do libijskich miast wojska lądowe, wówczas armia
Kaddafiego "rozpęta w nich piekło". Sojusz jest tego świadomy i nie wspomina o
akcjach sił lądowych, za to dyskutowana jest cały czas kwestia ewentualnego
zaopatrywania sił antyrządowych w broń.
Rebelianci na razie mogą się pochwalić niewielkimi osiągnięciami. W ostatnich
dniach udało się im m.in. przejąć kontrolę nad częścią granicy
libijsko-tunezyjskiej. Zdobycie kilku punktów kontrolnych w zachodniej części
kraju poprzedzone było intensywnymi walkami w okolicznych górach. Podobnie
krwawe starcia toczą się także w pobliżu Misraty. Według doniesień służb
medycznych w ostatnim tygodniu w Libii zginęło około 1000 osób. W samej
Misracie, jak twierdzą świadkowie i przedstawiciele sił antyrządowych, snajperzy
Kaddafiego strzelają do cywilów. Administracja dyktatora takie oskarżenia
zdecydowanie odrzuca.
Łukasz Sianożęcki
