Nie szukaliśmy żywych
Tuż po katastrofie smoleńskiej świat obiegła wiadomość o trzech karetkach
pogotowia wyjeżdżających z miejsca, gdzie znajdował się wrak. Pojawiła się
nadzieja, że troje pasażerów ocalało. Szybko okazała się ona płonna, ale o
tajemniczych karetkach mówiło się jeszcze dość długo. Reporterom "Naszego
Dziennika" udało się przeprowadzić rozmowy z osobami z obsady karetek, które
wtedy spieszyły na pomoc. Jak ustaliliśmy, 10 kwietnia ub.r. na miejsce
katastrofy rzeczywiście wyjechały trzy karetki. Dwie z miejskiej smoleńskiej
stacji pogotowia ratunkowego i jedna ze stacji rejonowej. Oprócz tego na miejscu
dyżurowała jeszcze jedna karetka od początku przewidziana do zabezpieczania
wizyty polskiej delegacji.
W Rosji system pomocy doraźnej opiera się na własnej sieci szpitali o
specjalizacji urazowej. W Smoleńsku taki szpital jest w centrum miasta, około 6
km od miejsca katastrofy. Zajmuje spory kompleks budynków starych i nowych,
którym na pierwszy rzut oka przydałby się remont generalny. Jednak pogotowie
działa sprawnie, karetki są drogą radiową kierowane do kolejnych przypadków.
Telefonistki pamiętają 10 kwietnia ubiegłego roku. Potwierdzają, że dwa zespoły
zostały skierowane na lotnisko, a kiedy okazało się, że nie ma żywych, wróciły
do swoich zadań.
Regularnie odbywające się uroczystości w Lesie Katyńskim zabezpiecza jednak inna
jednostka pogotowia ratunkowego, działająca nie w mieście, ale w tzw. rejonie
smoleńskim, czyli okolicznych miejscowościach. Odwiedzamy Centralny Szpital
Rejonowy. Okazuje się, że mieści się on w małej wiosce Pokornowo, około 8
kilometrów od miejsca katastrofy. Jednak można się stąd dostać na lotnisko
szybciej, bo po podmiejskiej szosie karetka może jechać z większą prędkością niż
przez miasto.
Szpital to piętrowy, zupełnie sypiący się budynek, oddział pogotowia ratunkowego
mieści się zaś w czymś w rodzaju większej wiejskiej chaty. Tak udziela się
pomocy 45 tysiącom mieszkańców rejonu smoleńskiego. Rozmawiamy z dyspozytorką
Walentiną Antoniewicz. – Dyżurowałam tego dnia. Już od siódmej rano nasz
samochód był na lotnisku i oczekiwał na polską delegację. Lekarz i dwoje
sanitariuszy. Kiedy to się stało, zadzwonił zastępca głównego lekarza ze
Smoleńska i powiedział, że rozbił się samolot. I żeby kierować karetkę na pomoc.
I ja jeden z moich samochodów, który jechał na inne wezwanie, skierowałam do
Smoleńska, na lotnisko wojskowe – relacjonuje.
Maszyna, którą cofnięto z innego wezwania, musiała znajdować się gdzieś dalej,
bo ostatecznie nie dotarła na lotnisko. – Gdzieś po pięciu minutach zadzwoniono
znowu, że żywych nie ma. To już ustalili funkcjonariusze MCzS [Ministerstwa
Sytuacji Nadzwyczajnych], a za nimi potwierdziła to od razu ekipa naszej
karetki. Skoro nie była już potrzebna pomoc medyczna, skierowałam nasz samochód
do innego wezwania – wyjaśnia. Pokazuje nam komputer połączony z rejestratorem
wszystkich rozmów, w którym zapisywane są zgłoszenia. – Katastrofa to wezwanie
tzw. pierwszej kategorii i mniej poważne problemy muszą czekać. Mamy cztery
stopnie pilności różnych przypadków, żeby lepiej gospodarować sprzętem –
objaśnia kobieta, i gdy wspomina 10 kwietnia, prawie płacze. – Nie wiem, jak to
mogło się stać. To straszne. Tak żal ludzi. Tacy wykształceni, doświadczeni… –
dodaje wzruszona.
Rozmawiamy też z Aleksandrą Ignatienkową, ratownikiem medycznym z karetki. Miała
czekać na samolot, a potem jechać w kolumnie pojazdów prezydenta Polski.
Niechętnie rozmawia z dziennikarzami, nie chce wspominać koszmaru z Siewiernego
10 kwietnia. Chociaż jest jednym z nielicznych bezpośrednich świadków zdarzenia,
nie była przesłuchiwana ani przez prokuraturę rosyjską, ani polską.
Zeznania złożył natomiast Nikołaj Bodin. To również lekarz, i to właśnie
pogotowia ratunkowego, ale 10 kwietnia 2010 roku nie miał dyżuru, chciał spędzić
ranek na daczy. Położona jest w pobliżu lotniska, zaraz obok ścieżki podejścia
samolotów i radiolatarni. Bodin był prawdopodobnie ostatnią osobą, która
widziała samolot jeszcze w powietrzu. To na jego działce znajduje się brzoza,
którą ścięło skrzydło samolotu, jednocześnie rozłamując się, co miało być jedną
z bezpośrednich przyczyn katastrofy.
Lekarz widział, jak lecąca wyjątkowo nisko maszyna uderzyła w drzewo, on sam
przewrócił się od silnego podmuchu. – Postawiłem przy tej brzozie krzyż, bo to w
końcu chrześcijanie zginęli, choć nie prawosławni – mówi. Bodin zauważył, że
dokładnie w czasie, gdy samolot przelatywał nad nim, raptem włączył mocno
silnik. – Najpierw wyglądał tak jak każdy, który tutaj ląduje. Leciał cicho, z
wypuszczonym podwoziem. Jeszcze obok radiolatarni przeleciał cicho. A potem
zaczął ścinać drzewa, olchę, brzozę, jodły tam dalej, cały ten mój "sad" –
opowiada lekarz. Według niego, z powodu mgły widoczność wynosiła co najwyżej 10
metrów. Ale samolot był poniżej mgły. – Dokładnie wtedy, kiedy on przeciął tę
brzozę, włączył silniki na wysoką moc – zapewnia nasz rozmówca.
Bodin był zaniepokojony lecącym nisko samolotem, wkrótce usłyszał syreny,
pobiegł w stronę lotniska, aby udzielić pomocy rannym. Jednak stwierdził, że
przy tym stopniu zniszczeń nie może być żywych, poza tym zauważył karetki
pogotowia, i sam się oddalił. Co ciekawe, w protokołach zeznań Bodina zapisane
jest jego wspomnienie człowieka w skórzanym ubraniu, który fotografował miejsce
katastrofy. W rozmowie z reporterami "Naszego Dziennika" nie potwierdza tej
informacji.
Piotr Falkowski
