Domowe myśli o kryzysie portugalskim

Gdy będą trwały przetargi, kto jest następny w kolejce do kryzysu po
Portugalii, niech nasi politycy załatwią, że nie będziemy to my. Mimo że pokusa
otrzymania 60 czy 80 mln euro pomocy jest czymś wyjątkowym, to lepiej nie być w
tej kolejce.

Kryzys portugalski przypadkowo zbiegł się w czasie z udziałem w procedurze
"pozyskiwania" środków unijnych. Po raz nie wiem który liczne gremium, skądinąd
poważnych ludzi, którzy prawdopodobnie nie tylko nie czytali przedłożonej
dokumentacji, ale nawet nie bardzo orientują się, czego wniosek dotyczy,
zdecydowali (tym razem negatywnie) o wydatkowaniu dość dużych pieniędzy
publicznych. W kilku innych przypadkach zapadły akurat decyzje pozytywne, choć
tryb ich podejmowania był identyczny: setki nikomu niepotrzebnych stron służą w
rzeczywistości tylko temu, aby ich nikt nie czytał. Jest już prawie nieukrywaną
tajemnicą, że procedury te, mimo rygorów i formalizmu, nie rządzą się
jakimkolwiek racjonalizmem, a w rzeczywistości najbardziej przypominają grę
losową.
Skojarzenie tych zjawisk z kazusem portugalskim jest dość oczywiste. Nasuwa się
bowiem pytanie, czy monitoring mający formalne cechy nadzoru, sprawowany przez
organ UE nad tym, co się dzieje w gospodarkach, a zwłaszcza w finansach
publicznych państw członkowskich, ma tu równie fasadowy charakter. Przecież to,
co dziś uważa się za dowód głębokiej zapaści, nie zdarzyło się tam wczoraj ani
przedwczoraj. Być może, jak w każdej strukturze biurokratycznej, do ostatniej
chwili należało nie dostrzegać kłopotliwych problemów, ufając starej maksymie,
że większość spraw rozwiąże się sama, a te trudne po prostu nie dają się
racjonalnie rozwiązać, więc nie należy się odrywać od rozwiązywania krzyżówek
lub stawiania pasjansów. Ale żarty na bok: sądzę, że biedne kraje Unii,
niezależnie od tego, po której stronie żelaznej kurtyny zastały je w nieodległej
przeszłości decyzje polityków, tkwią wciąż w dziedzictwie przeszłości będącej
jej teraźniejszością i prawdopodobnie przyszłością. Dotyczy to nie tylko
Portugalii, ale również naszego kraju, ale o tym za chwilę.

Pusta kasa

Czym jest więc kazus Portugalii? Czy tylko kolejnym ogniwem domina, które po
Grecji i Irlandii obejmie inne państwa zarówno "starej i dobrej", jak i "nowej"
Europy? Tak naprawdę to niewiele wiemy o tym, dlaczego tylko niektóre państwa
wysuwane są do roli ofiar kryzysu, inne – mimo podobnych trudności – utrzymują
status enklaw stabilności. Podejrzewam, że działa tu podobny sposób kreacji, co
w przypadku katastrof nuklearnych: o amerykańskich dowiadujemy się po fakcie, z
którym oczywiście dano sobie radę, japońskie przedstawiane są wyłącznie przez
pryzmat heroizmu, rosyjskie zaś są oczywiście dowodem niekompetencji, braku
odpowiedzialności oraz słowiańskiego bałaganu. W spektaklu pt. "Kryzys" jesteśmy
niezbyt mądrymi widzami, którzy na pewno nie zasługują na przesadny szacunek
autorów libretta oraz występujących aktorów. Teraz politycy odgrywają wyuczone
role, które malują już w ciemnych barwach istniejący stan rzeczy. Wiemy tylko,
że konieczny jest odpowiedni rytuał, po czym przyjdzie (musi przyjść) ratunek.
Oczywiście skuteczny. Jak w dobrej bajce, gdzie na dramatyczne wezwanie
potrzebujących przychodzi dobry czarnoksiężnik. Schemat z minionego już
bezpowrotnie dziedzictwa. Dobry czarnoksiężnik nie tylko da pieniądze, ale każe
zrobić porządek, zacisnąć pasa, ograniczyć zbędne (?) wydatki. Musi być surowy,
choć przecież z istoty dobry i sprawiedliwy. Zbiór magicznych zachowań o dość
naiwnej dramaturgii, aby nie wyszło, że pieniądze drukuje się "za darmo".
Następnym etapem będzie pokorne przyjęcie "twardych" warunków pomocy, które
później już nikogo nie interesują. Bo i po co? Dziś przecież rządzi pokolenie,
które wie, jak się "pozyskuje" (nie "zarabia") pieniądze: najpierw zgoda,
obiecanki, potem można robić, co się chce. Któż zresztą jest w stanie wymóc
przestrzeganie przyjętych warunków przez biedniejącą większość? Już dawno nikt w
tym regionie nie ma takiej władzy. Wszyscy potulnie przyjmują "drakońskie"
programy oszczędnościowe, potem zaczynają się masowe protesty, do których władze
uzdrawianego kraju podchodzą z ograniczoną restryktywnością. Najważniejszą
umiejętnością każdej demokratycznie wybranej władzy, zwłaszcza rodem ze "starej"
Europy, jest zdolność do wydania każdej ilości pieniędzy publicznych, jakie są
jeszcze do wydania. Tylko osiemnastowieczni królowie potrafili w swoim skąpstwie
i tępocie gromadzić w skarbnicach beczki ze złotem, co słusznie wymagało
napiętnowania. Później władzę nad pieniędzmi przejęli biurokraci i politycy o
demokratycznej legitymacji, więc już w naszej części świata nie uchowały się
żadne beczki ze złotem w publicznych skarbnicach (w prywatnych – jak
najbardziej). Dziś istotą rządzenia jest szybko wydać to, co się ma, a najlepiej
również to, czego się nie ma. Zresztą różnica między jednym a drugim źródłem
wydatków została dostatecznie zatarta i tak naprawdę nikt nie wie, czy wydatkuje
się jeszcze "bieżące dochody", czy już jest to "deficyt". Zresztą, czy ma to
większe znaczenie, skoro to, co się zalicza (albo nie zalicza) do długu
publicznego, jest przedmiotem uzgodnień politycznych? Dotyczy to także deficytu.
Najlepszym tego przykładem była niedawno dyskusja o obligacjach skarbowych w
posiadaniu OFE. Niektórzy nawet twierdzili, że akurat te obligacje nie są już
"długiem publicznym" i ponoć niewiele brakowało, aby się to dało "załatwić".

Nie idźmy tą drogą

Przykład Grecji, Irlandii i Portugalii skłania jednak do pewnych ogólnych
wniosków. Monolityczny obraz Unii Europejskiej akurat pęka tam, gdzie ponoć jej
misja była szczególnie ważna. To tym krajom "wuniowstąpienie" miało dać awans i
szybki wzrost dobrobytu, pozwalający równać się z bogatymi liderami. Teraz
okazuje się, że są to "chorzy ludzie Europy", których gospodarki zaczęły się
"gwałtownie kurczyć", a sukcesy były tylko pozorne, bo na kredyt. Zapewne w tych
stwierdzeniach jest wiele prawdy. Jakoś jednak niewielu chce pójść o krok dalej
i zadać pytanie, czy aby kraje, które przez ostatnie dwa stulecia były
przykładem biedy i głodu, mogły w ciągu kilkunastu lat nadrobić wiekowe
opóźnienia. A może ich sukces był tylko papierowy? A może bez nadmiernego
zadłużenia nie było możliwości (pewnie nie było) stworzenia pozornego wzrostu
ekonomicznego i cywilizacyjnego, a przede wszystkim potwierdzenia tezy, że
przyjęcie do UE niesie za sobą wydobycie się z dna biedy i powszechnego awansu?
Jaki postulat powinniśmy mieć do naszych polityków? Gdy będą trwały przetargi,
kto jest następny w kolejce do kryzysu po Portugalii, niech załatwią, że nie
będziemy to my. Mimo że pokusa otrzymania 60 czy 80 mln euro darowanej pomocy
jest czymś naprawdę wyjątkowym, to lepiej być gdzieś z boku tej kolejki. Trzeba
coś obiecać, zwłaszcza że podejmujemy "niezbędne działania", "utrzymujemy w
ryzach deficyt budżetowy" oraz "podwyższymy podatki", bo jest to język, który
otwiera właściwe drzwi. Chyba nie jesteśmy liczącym się graczem, a już na pewno
opinie o naszych umiejętnościach finansowych niewiele różnią się od europejskiej
klasyki na temat Polski i Polaków rodem z korespondencji Fryderyka Wielkiego.

Lepiej jednak, aby wszystkie gorzkie i bolesne posunięcia były naszego
autorstwa, a ich promotorami i wykonawcami powinni być nielubiani, a tak
naprawdę nieszanowani politycy. Dlaczego? Sądzę, że ci wszyscy, którzy tak
myślą, tworzą ową konieczną wielkość, która dziś decyduje o naszej tożsamości.

 

Prof. dr hab. Witold Modzelewski

Autor jest prawnikiem, ekspertem w dziedzinie finansów i polityki podatkowej,
profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, prezesem Instytutu Studiów Podatkowych.

drukuj