Zelig Ślązakiem na złość Kaczyńskiemu

Mamy Wielki Post, więc z tej okazji powtarzam historyjkę wyczytaną we
wspomnieniach pewnej arystokratki, jak to, będąc panienką, była strasznie dumna
– do tego stopnia, że postanowiła zwierzyć się z tego spowiednikowi. On na to,
że pewnie pochodzi ze starej, zasłużonej dla kraju rodziny. Ona – że owszem,
rodzina stara i nawet zasłużona – ale to nie powód tej dumy. – No to – powiada
spowiednik – pewnie twoi rodzice mają jakieś wybitne osiągnięcia. – Tu akurat
żadnych – odpowiedziała szczerze dumna panienka. – No to pewnie ty jesteś bardzo
ładna – dociekał spowiednik. – Nie narzekam – odparła – ale znowu nic
specjalnego. – Hmm – zadumał się spowiednik – ty, moje dziecko, wcale nie jesteś
dumna, tylko głupia, a to nie grzech.

Dzisiaj oczywiście takie osoby tworzą specjalną kategorię, nazywaną
celebrytami. Na przykład panienki, które za pieniądze się fotografują. Również
filuci, którzy je fotografują, a potem te fotografie drukują na kredowym
papierze i sprzedają amatorom. I tak dalej. Dzięki temu celebryci są znani i
cieszą się rosnącym autorytetem, w związku z czym inni celebryci, poprzebierani
dla rozmaitości za dziennikarzy, a nawet za polityków, na przykład za premiera
rządu, zasięgają ich opinii w różnych fundamentalnych sprawach, no a oni swoimi
słowami opowiadają im, co myślą o świecie i życiu. Te opowieści z szybkością
światła rozpowszechniane są na cały nieszczęśliwy kraj, stwarzając wrażenie, że
skoro w tym celu wykorzystywane są takie wspaniałe techniki komunikacyjne, to i
treść musi być szalenie ważna. Tymczasem najczęściej bywa odwrotnie i przy
pomocy rzeczywiście wspaniałych technik komunikacyjnych przekazywane są bardzo
proste komunikaty.
Niedawno pan redaktor Marcin Meller, uważany za jednego z czołowych celebrytów z
racji działania w branży eksploatującej nieskromne panienki, dał wyraz swemu
rozczarowaniu Platformą Obywatelską i rządem premiera Tuska. Wywołało to w
środowisku ogromne poruszenie, w następstwie którego sam premier Donald Tusk
przeprowadził z grupą celebrytów rodzaj pojednawczych palaverów białego
człowieka z dzikimi. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać, tym bardziej że
prezes Jarosław Kaczyński, wyrywając sobie zdania z kontekstu, skrytykował
separatystyczne tendencje objawiane przez część działaczy politycznych ze
Śląska. Ponieważ oskarżenia Jana Kobylańskiego o antysemityzm stały się już tak
nudne, że nie byłyby w stanie zainteresować nawet psa z kulawą nogą, a poza tym,
w kontekście festiwalu "światowej sławy historyka", jaki urządzili mu tubylczy
kolaboranci, i zapowiedzi "bojkotu" Polski przez radcę Światowego Kongresu Żydów
– trochę ryzykowne, celebryci skwapliwie uczepili się tej szansy na ponowne
uczestnictwo w pozostałościach uczty z pańskiego stołu i nader pryncypialnie
skrytykowali objawy "nacjonalizmu". A pan redaktor Marcin Meller oświadczył
nawet, że na złość Kaczyńskiemu podczas Narodowego Spisu Powszechnego przyzna
się do narodowości śląskiej. Pomijając już okoliczność, że w przypadku pana
redaktora Mellera taki krok nosiłby nie tylko wszelkie znamiona apostazji, ale i
swoistego mezaliansu, to znacznie bardziej frapujący jest problem prawny.
Informacje podawane rachmistrzom spisowym podlegają przecież takim samym rygorom
jak zeznania w sądzie, zatem poświadczenie nieprawdy jest przestępstwem ściganym
z oskarżenia publicznego. Ja oczywiście oglądałem film "Zelig", gdzie Woody
Allen przedstawiał osobnika, któremu w otoczeniu Murzynów natychmiast czernieje
skóra, a w towarzystwie kobiet w ciąży rośnie brzuch, ale czy niezawisły sąd
uznałby to za okoliczność wyłączającą winę? Nie jestem nawet pewien – chyba że
Siły Wyższe wydałyby odmienne rozkazy czy niezawisłe sądy uwzględniłyby
tłumaczenie, że takie poświadczenie nieprawdy było motywowane szlachetnym
pragnieniem zrobienia na złość Jarosławowi Kaczyńskiemu. Ja rozumiem, że pan
redaktor Marcin Meller nade wszystko pragnie dogodzić nie tylko narodowości
śląskiej, ale również naszemu nieszczęśliwemu, tubylczemu krajowi, ale czy aby
nie poświęca się zanadto? Zwłaszcza że chyba wie, iż stanowisko odkupiciela
naszego mniej wartościowego, tubylczego narodu zostało zarezerwowane dla kogoś
innego jeszcze przy okrągłym stole.

Stanisław Michalkiewicz
 

drukuj