Niezwyciężony w slalomie gigancie
Z kpt. Piotrem Kuliszem, pilotem 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa
Transportowego, rozmawia Marta Ziarnik
Arkadiusza Protasiuka i Roberta Grzywnę znał Pan od wielu lat.
– Tak. Roberta i Arka poznałem w Liceum Lotniczym w Dęblinie, którego wspólnie
jesteśmy absolwentami. Muszę jednak zaznaczyć, że nasza znajomość w tamtym
okresie była raczej powierzchowna, ponieważ byliśmy w innych klasach i na innych
rocznikach. Wiem jednak, że obaj byli dobrymi i zdolnymi uczniami i że ukończyli
szkołę średnią z dobrymi i bardzo dobrymi wynikami.
Ale z tego, co wiem, Wasze więzi zacieśniły się w ostatnich latach.
– To prawda. Tak jak mówiłem, z czasów liceum obu ich znałem, ale bliżej się z
nimi nie przyjaźniłem z racji różnicy rocznikowej. Okazję do lepszego poznania
Roberta i Arka miałem dopiero w momencie, gdy rozpocząłem pracę w 36. Specjalnym
Pułku Lotnictwa Transportowego w Warszawie. Było to w 2001 roku. I to właśnie
dopiero tam, w 36. Pułku mogłem poznać ich bliżej, z czego jestem bardzo dumny.
Mógłby Pan opowiedzieć o nich coś więcej?
– Chyba więcej będę mógł powiedzieć o Robercie, bo był osobą, z którą łączyła
mnie szczególnie bliska znajomość. W ostatnich latach wielokrotnie spędzaliśmy
wspólnie z naszymi rodzinami urlopy i często spotykaliśmy się prywatnie. Także
nasze dzieci bardzo lubiły się wspólnie bawić.
O Robercie mogę powiedzieć, że był wyjątkowo inteligentnym człowiekiem o bardzo
szerokich zainteresowaniach i dużej wiedzy z wielu dziedzin – można o nim wręcz
powiedzieć, że był erudytą. I mimo że miał tak dużą wiedzę, każdy mógł z nim
porozmawiać swobodnie na każdy temat, nie czując się przy tym gorszym, gdyż
Robert świetnie potrafił poprowadzić każdą rozmowę. Nigdy się nie wywyższał nad
swoich rozmówców.
Robert Grzywna znany był zwłaszcza z poczucia humoru.
– Tak, to był jego wielki atut, dzięki któremu przełamywał pierwsze bariery w
kontaktach z innymi. Robert był bardzo wesołym i dowcipnym kolegą. I co jest
raczej rzadkie, a przez to warte odnotowania, to fakt, że jego poczucie humoru
było bardzo inteligentne, co w nim ceniłem i lubiłem. To wszystko sprawiało, że
Robert był wyjątkowo lubianym przez wszystkich kolegą.
Charakterystyczne jest też to, że był bardzo mocno zaangażowany w życie
rodzinne. Właściwie nie było dnia w czasie naszych wspólnych rozmów, aby nie
odnosił się do swojej córeczki Martyny. Często opowiadał mi, jak ona rośnie i
jak się rozwija. Zawsze był z niej taki dumny… A gdy Martynka chorowała, mocno
to przeżywał i bardzo się o nią martwił. Zwłaszcza gdy podczas jej choroby
musiał wykonać jakiś lot, co wiązało się z jego nieobecnością w domu. Jeśli
jednak zdarzały się takie sytuacje, że nie było go w takich chwilach w domu,
wówczas bardzo często dzwonił do żony i pytał o córeczkę. Między innymi też po
takich właśnie drobnych gestach widać było, jak mocno jest zaangażowany w życie
rodzinne. Robert utrzymywał też bardzo bliski kontakt z rodzicami swojej żony, a
szczególnie z teściem, który jest emerytowanym oficerem i do którego miał
ogromny szacunek. Często w żartach z innymi kolegami śmialiśmy się, że to
ewenement tak dobrze współgrać z teściami…
Robert pochodził z okolic Szklarskiej Poręby, co często podkreślał, mówiąc:
"Jestem prawie góralem, prawie, bo w tak młodym wieku ubrałem mundur i
przeprowadziłem się do Dęblina". Myślę, że był bardzo dumny ze swoich korzeni.
Tak samo dumny był ze swojej rodziny. Dzięki temu, że wychował się w górach,
fenomenalnie jeździł też na nartach. W dzieciństwie był czynnym sportowcem,
należał do klubu sportowego i jako młody zawodnik brał udział w wielu zawodach
narciarskich. Potem już jako oficer był wielokrotnie zwycięzcą zawodów w
slalomie gigancie, organizowanym wśród personelu latającego Sił Powietrznych.
Był tak dobry, że samo zbliżenie się do jego wyniku stawało się dużym wyczynem.
Zresztą sportowe korzenie pozwalały mu czynnie udzielać się w innych
dyscyplinach. Robert grał również w piłkę i razem z zespołem 36. SPLT, którego
był reprezentantem, zdobywał kilkakrotnie puchary i wyróżnienia.
Podobno jego pasją była też muzyka?
– Wiem, że Robert w okresie wczesnej młodości uczęszczał do szkoły muzycznej.
Grał świetnie na pianinie, akordeonie i trąbce. Pamiętam, jak w czasie
koleżeńskich spotkań nie mógł "opędzić" się od notorycznych próśb, aby coś
zaintonował. Zawsze staraliśmy się, aby na tego typu prywatnych uroczystościach
był sprawny instrument, z którego Robert mógłby skorzystać – oczywiście ku
naszej wielkiej uciesze. Miał w swoim repertuarze mnóstwo wojskowych i
lotniczych melodii, które świetnie wpisywały się w charakter naszych spotkań.
Zawsze będę go wspominał jako człowieka, który dzięki swojemu charakterowi,
optymizmowi i zainteresowaniom zjednywał sobie ludzi. I widać było, że bardzo
lubił ludzi.
O majorze Protasiuku Pana koledzy wypowiadają się w samych superlatywach.
– Nie wątpię. Właściwie o Arku można powiedzieć dokładnie to samo, co o
Robercie, tyle że ze wskazaniem na jeszcze inne jego zainteresowania. Podobnie
jak Robert, Arek także był doskonale obeznany w tematyce muzycznej. Pamiętam, że
miał mnóstwo płyt i potrafił długo opowiadać na ten temat. Robił to w sposób na
tyle ciekawy, że nawet postronnych słuchaczy nie nudził. Był bardzo
wysportowany. Wielokrotnie obserwowałem go w czasie naszych obozów kondycyjnych,
jak przez godzinę potrafił pływać wspaniałym stylowym kraulem od krawędzi do
krawędzi basenu. Poza tym miał ścisły umysł i był wyjątkowo inteligentny.
Również on był bardzo mocno związany z rodziną. Robert i Arek byli ludźmi
niezwykle wartościowymi i naszej lotniczej rodzinie jest nam ich bardzo brak.
Dziękuję za rozmowę
