Smoleńsk w cieniu orlików

Gdy ludzie zostają odcięci od kulturowego źródła, stają się kulturowymi
kalekami, dla których Puchar im. Premiera Donalda Tuska (główne trofeum w
dziecięcym Turnieju Orlika) budzi znikome kontrowersje w odróżnieniu od Izby
Pamięci Ryszarda Kuklińskiego lub pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej na
Krakowskim Przedmieściu noszącego imię antykomunistycznego prezydenta.

Pomniki w wolnym świecie wznoszą ludzie w przypływie silnego i szczerego
wzburzenia emocjonalnego. Wypływa ono z zakorzenionej w naszej naturze potrzeby
podtrzymania wspólnoty i przekazania cząstki siebie. Nie w sensie materialnym
rzecz jasna, lecz pod postacią idei, uczucia lub pragnienia zadośćuczynienia
wyrządzonemu przez siebie złu. Ostatni z przykładów każe nam wspomnieć obrazek
XVI-wiecznego szlachcica fundującego w geście pokutnym przybytek kościelny.
Setki obelisków wyrosły w wyniku traumy. Skrajnym doznaniem tego rodzaju była
dla Francuzów i Brytyjczyków np. Wielka Wojna, podczas gdy dla nas, Polaków – II
wojna światowa. W wyniku konfliktu zbrojnego z lat 1914-1918 zginęło prawie 1,5
mln Francuzów i ponad 700 tys. Brytyjczyków. Kalectwa psychicznego, zwłaszcza
nabytego przez mieszkańców ojczyzny de Gaulle´a, nie podleczyło nawet "tylko" po
ok. pół miliona ofiar wojskowych i cywilów z czasów szalonej wojny 1939-1945.
Już I wojna światowa spowodowała, że Francję pokrył las cmentarzy, ale przede
wszystkim pomników. Przybyły ich tysiące, a liczba wszystkich wzrosła do 40
tysięcy. Współcześni historycy tworzą dlań nawet podziały. Jeden z nich,
autorstwa francuskiego badacza Antoine´a Prosta, wyszczególnia cztery kategorie
obelisków. Pomnik obywatelski – skromny monument, raczej bez ozdób, za to z
listą poległych i ewentualnie krzyżem wojennym. Następnie dwie kategorie
pomników patriotycznych: triumfujące i żałobnicze. I wreszcie ostatni typ,
właściwy dla Francji – pomnik pacyfistyczny.
Łatwo zauważyć, że poszczególne "modele" opisują psychiczne nastawienie
pomysłodawców i fundatorów. Pomniki obywatelski i pacyfistyczny, np. z
sentencją: "Niech wojna będzie przeklęta", budowano, gdy konflikt zbrojny budził
niejednoznaczne emocje i wywoływał podziały społeczne. Tak było z francuską
"brudną wojną" w Algierii z lat 50. i 60., tak było z amerykańską interwencją w
Wietnamie w latach 60. i 70. Biorący udział w tych działaniach wynieśli z nich
straszliwe rany fizyczne, zginęło 25 tys. Francuzów i 58 tys. Amerykanów, ale
najboleśniejsze były rany psychiczne; trauma wojenna i wątpliwości moralne. Dość
powiedzieć, że "obywatelski" pomnik z imionami i nazwiskami poległych w
Indochinach odsłonięto w obecności 15 tys. kombatantów dopiero w trakcie
kadencji prezydenta Ronalda Reagana w 1982 roku.
Kształt pomnika, jego idea i przekaz wypływa z ducha Narodu. Wszystkie te cechy
należą do specyfiki konkretnego kodu kulturowego. Nie jest oczywiście bez
znaczenia siła traumy i nastawienie psychiczne osób wznoszących monument.
Pomniki triumfujące znamionują nastawienie ofensywne, pomniki żałobne –
introwersyjne, lub – jak np. tablica z nazwiskami – zbliżone do neutralnego.

"Podpalacze" i "zmęczeni"
Przechodząc już bliżej naszych, polskich spraw, traumatycznym wydarzeniem o
zasięgu ogólnopolskim była bez wątpienia katastrofa, w której zginął prezydent
Lech Kaczyński oraz blisko stu towarzyszących mu najwyższych dostojników
państwowych. Tragedia poruszyła miliony obywateli i chyba nikogo nie pozostawiła
obojętnym. Powstało wiele propozycji dotyczących sposobów upamiętnienia ofiar, a
pośród nich dwie najważniejsze: pochówek pary prezydenckiej na Wawelu oraz,
niewzniesiony jeszcze, pomnik przed Pałacem Prezydenckim.
Dyskusja, a raczej natrętnie reżyserowane przedstawienie, inspirowane przez rząd
i główne ośrodki medialne, nie skupiła się wszakże wokół formy głównego pomnika
"smoleńskiego". Zresztą zamysły animatorów upamiętnienia nie wyszły nigdy poza
koncept pomnika patriotyczno-żałobnego i obywatelskiego. Z kolei obaj wielcy
inspiratorzy: rząd i media, podzielili społeczeństwo, w końcu nawet rodziny
ofiar, na dwie skonfliktowane grupy: "dobrych" i "złych"; "prowokatorów" i
"prowokowanych"; "racjonalnych" i "obłąkanych"; "podpalaczy spokoju publicznego"
i "zwolenników spokoju"; wreszcie "zmęczonych" i polską opozycję spod znaku PiS.
Dzięki tej metodzie powstał zamęt, w którym skrajności mieszają się z
naturalnym, kulturowym zapotrzebowaniem Narodu, niezbędnym nie tylko do samego
istnienia, lecz także do rozwoju.
Jak w związku z tym odpowiedzieć na pytanie, co z dwojga: czy drwiny z dyskusji
o "katastrofie smoleńskiej", czy oburzenie na te drwiny, ma podłoże kulturowe?
Tym razem nie jest to zadanie dla historyka sztuki czy epistemologa, lecz dla
etnologa. Rzeczony specjalista zwróci uwagę, że do polskiego kodu kulturowego
należy np. wiara chrześcijańska bądź wielowiekowa tradycja walki o wolność. One
to stanowią dla nas punkt odniesienia. Bierzemy je pod uwagę, rozmawiając o
problemach oświaty, wojska i wymiaru sprawiedliwości. Obojętnie, czy jesteśmy
wierzącym czy ateistą, imigrantem czy "tutejszym". Psychologicznymi swego
rodzaju punktami orientacyjnymi Polaka będą składniki rodzimej kultury.
Co będzie zatem punktem odniesienia dla obecnej "dyskusji" o "Smoleńsku"? Jakiż
to czynnik kulturowy sprawia, że jeszcze mamy wątpliwości, kto ma rację w
sporze: modlący się kontra sikający na znicze, zwolennik upamiętnienia
największej katastrofy po II wojnie światowej kontra zadowolony z siebie
przeciwnik tego uczczenia? Możemy śmiało stwierdzić, że nie ma takiego punktu w
zbiorze elementów kultury narodowej.
O układzie debaty decydują losy formacji rządzącej. Potocznie mówiąc – jej
interes. Od 10 kwietnia 2010 r. boryka się ona z ważkim dla siebie samej
problemem egzystencjalnym, wizerunkowym i społecznym. Autonomicznie bierne wobec
władzy media pozwalają na wyżej zarysowany przebieg "dyskusji" społecznej,
dlatego urasta on do rozmiarów ogólnonarodowych.

Ukryte motywy
Mamy więc ugrupowanie, którego liderów drażni krzyż przed Pałacem Prezydenckim,
prowokuje niedoszły pomnik ofiar, denerwują znicze – potencjalny zaczyn
monumentu, oraz wycie syren w rocznicę katastrofy. W dalszej kolejności mamy
żurnalistów biegających z mikrofonami i rozwianym włosem, z odrazą i uśmiechem
pogardy przepytujących liderów opozycji "w sprawie Smoleńska", by za pomocą
szklanego ekranu wykazać następnie niedorzeczność debaty w oparciu o kod
kulturowy. Na końcu mamy najpopularniejszego w Polsce narciarza i setki jemu
podobnych, oburzonych na stawiaczy pytań i pomników, lecz nie np. na rząd
sabotujący jedno i drugie, czym zabiera spokój zarówno "stawiaczom", jak i
"zmęczonym". Mamy liderkę formacji politycznej Polska Jest Najważniejsza, która
zapytana przez dziennikarkę koncernu medialnego TVN, dlaczego "temat Smoleńska"
jest tematem przewodnim ugrupowania, drżącym głosem tłumaczy się, że tak nie
jest…
Co zatem kieruje motywacją formacji rządzącej? Jakiż to czynnik pozakulturowy
każe jej stawiać desperacki opór, a zarazem zawzięcie kontratakować ogromną,
jakby nie było, część polskiego społeczeństwa? Trudno jednoznacznie orzec,
dlaczego z krzepką smoleńską tradycją walczą najwyżsi decydenci w państwie. A to
oni właśnie wyznaczają trend i dają niższym szczeblom sygnał do działania.
Gdzie umiejscowiony jest właściwy punkt odniesienia? Podenerwowanie i agresja
wywoływane rzeczoną tematyką wskazują, że za kurtyną działań rządu stoi
tajemniczy strach i związany z nim wstyd. Czym jest on wywoływany? Postawą
społeczeństwa? Weryfikując obojętność historyczną kierownictwa obu ugrupowań
rządzących, dostrzegalną choćby w polityce wojskowej, można wskazać na rozkład
jakościowy i ilościowy polskiej armii; w polityce zagranicznej zaś na
podporządkowanie interesów Polski jej dwóm największym sąsiadom, czy w polityce
oświatowej na powolne wycofywanie przedmiotu historia ze szkół, walkę z
niezależnymi instytucjami naukowymi (jak IPN i Uniwersytet Jagielloński) oraz
przyzwolenie na budowę "ekumenicznego" pomnika dedykowanego najeźdźcom Polski z
1920 roku. W tym kontekście społeczeństwo wydaje się jedynie dodatkowym
elementem nacisku. Czym jest wobec tego element nadrzędny? Jeszcze tego nie
wiemy.

Tożsamość wyjałowiona
Dlaczego dopiero dziś rozstrzyga się przetarg na budowę pomnika Witolda
Pileckiego? W czasach PRL nie było mowy o budowie pomników upamiętniających
patriotów i wydarzenia godzące w interes Związku Sowieckiego i dobre
samopoczucie moskiewskich namiestników. Stawiano pomniki zgodne z dominującą
ideologią.
W III RP, choć trudno na razie wyrokować, czy wybudowanie pomnika bolszewikom to
detal czy odświeżony trend, brak komfortu pozostał. Pozostał, ponieważ jego
"nosiciele" utrzymali się na każdym niemalże szczeblu administracji państwowej
oraz we wszystkich sektorach władzy. Kultura nie funkcjonuje w próżni, więc gdy
nie ma nosicieli, obumiera. Gdy ludzie zostają odcięci od kulturowego źródła –
np. w epokach zdominowanych przez PRL i jałowej III RP – stają się kulturowymi
kalekami. Kalekami, dla których Puchar im. Premiera Donalda Tuska, główne
trofeum w dziecięcym Turnieju Orlika, budzi znikome kontrowersje w odróżnieniu
od Izby Pamięci Ryszarda Kuklińskiego lub pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej
na Krakowskim Przedmieściu noszącego imię antykomunistycznego prezydenta…
Jeśli II wojna światowa dla Polaków zakończyła się w 1989 r., można by
spodziewać się do tej pory wysypu pomników upamiętniających klęskę zadaną nam
przez komunizm po 1945 r. i zwycięstwo nad nim po 1989 roku. Tymczasem poruszamy
się po ulicach Zwycięstwa, przechodzimy obok tablic oraz pomników poświęconych
Zwycięstwu, ale zwycięstwu Armii Czerwonej nad III Rzeszą… To jakie było to
polskie zwycięstwo? Owszem, powstało wiele tablic upamiętniających heroizm
"Solidarności", ale pokolenie polityków, którzy skąpali własne biogramy w
sukcesie "Solidarności", nie potrafiło choć kropelki tego, nad wyraz oszczędnego
zapału poświęcić na użytek pokolenia powstańców z 1970 r. bądź generacji
partyzantów antykomunistycznych pokroju Pileckiego. Zamiast otworzyć Polskę na
pomniki, pozwolili, aby duch narodowy gnił.
Wbrew postkomunistycznej propagandzie mówiącej, że "pomników ci u nas dostatek,
nowych nie trzeba", Polska pomnikiem nigdy nie stała. Dla Zachodu naszych
kilkadziesiąt tysięcy pomników jest normą. W Wielkiej Brytanii naliczono ich
nawet 60 tysięcy. Jednak rodzimi politycy próbowali przez ostatnie 20 lat wmówić
Polakom, że dopiero gdy przerobią cmentarze na parkingi, "w głowach się im
poukłada". Myśl ta doskonale świadczy o stanie umysłowym autorów i realizatorów
projektu III RP, potrafiących prędzej zamieniać, zamykać i oddawać, niż budować
i tworzyć. Doskonale też wpisuje się w praktykę działania obecnych władz Polski.
Wyjaśnia też wszystkim zainteresowanym postawę obecnej grupy rządzącej, włącznie
z człowiekiem wybranym w sondażach i w wyborach powszechnych na stanowisko
prezydenta RP.

 

Paweł Zyzak
 

Autor jest historykiem, doktorantem Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu,
stypendystą Institute of World Politics w Waszyngtonie; opublikował książkę,
która zyskała duży rozgłos: "Lech Wałęsa – biografia polityczna legendarnego
przywódcy "Solidarności" do 1988 roku".

drukuj