Zbudują drugą Japonię?
Japonia zmaga się z jedną z największych katastrof naturalnych w swojej
historii. Trzęsienie ziemi i tsunami, które uderzyły w północno-wschodnią część
kraju, zabiły tysiące mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Zadały także olbrzymi
cios trzeciej gospodarce świata.
Patrząc na relacje, które napływają do nas z Japonii, widzimy obszary dotknięte
katastrofą i tragedię wielu tysięcy ludzi, płonące lub opuszczone budynki,
miasta zalane przez tsunami, brak prądu, powszechny brak podstawowych towarów, a
w niektórych rejonach reglamentację żywności, ze szczególnym uwzględnieniem
dzieci oraz osób powyżej 75. roku życia. Prawie 350tys. ludzi znajduje się w
państwowych schronach, chwilowo bez możliwości powrotu do własnego domu, często
bez możliwości kontaktu za pośrednictwem telefonu komórkowego.
Wszystko to w kraju, który, cyklicznie narażony na katastrofy naturalne, posiada
systemy wczesnego ostrzegania, oparte na najnowocześniejszych zdobyczach
techniki, a jego społeczeństwo jest według wszelkich ocen najlepiej na świecie
przygotowane na tego rodzaju katastrofy. Zdyscyplinowani obywatele, szkoleni od
najmłodszych lat, wspierani są przez programy rządowe i rozbudowane strategie
ewakuacyjne w budynkach, które wznoszone są wedle najbardziej nowatorskich i
zapewniających bezpieczeństwo technik architektonicznych. Obecnie zarówno liczne
domy i wieżowce, jak i zniszczona przez kataklizm infrastruktura będą ze
względów bezpieczeństwa burzone i odbudowywane. Wszystko to okazało się
niewystarczające w starciu z potężnymi siłami natury.
Wielu ekonomistów podkreśla, że katastrofa może wyjść japońskiej gospodarce
paradoksalnie na dobre i przyczynić się do jej ożywienia. Pojawią się bowiem
miejsca pracy napędzane potrzebą odbudowy kraju. Abstrahując od dwuznaczności
takich wypowiedzi w momencie tragedii, nie do końca są one zgodne z prawdą.
Dlaczego klęska żywiołowa zawsze stanowi problem, a nie jego rozwiązanie? Po
odbudowie infrastruktury gospodarka japońska po pewnym czasie wróci do stanu
sprzed katastrofy, jednak klęska, którą obecnie obserwujemy, uniemożliwi
akumulację środków finansowych na inne inwestycje, które powstałyby, gdyby do
tragedii nie doszło.
Światowy lider zadłużenia
Trzęsienie ziemi oraz tsunami dotknęło dość rozległe terytorium Japonii. Zasadne
wydaje się porównanie tego kataklizmu do trzęsienia ziemi, do którego doszło w
1995 roku w Kobe. Kosztowało one Japonię niemal 130 mld USD (10 biliardów
jenów). Zdaniem ministra finansów Kraju Kwitnącej Wiśni Kaoru Yosano, tym razem
koszty te będą znacznie wyższe. Choć wstępne prognozy początkowo nie
potwierdzały rozmiarów tragedii, ponieważ okolice północno-wschodniej Japonii,
dotknięte klęską naturalną, wytwarzają zaledwie 7,5 proc. japońskiego PKB (to
prawie trzykrotnie mniej niż zniszczony w 1995 roku region Kansai), to
długofalowych strat nie można jednak bagatelizować.
Znacznie trudniej także dziś, po okresie zmarnowanej dekady rozwoju
gospodarczego, zapewnić pomoc gospodarczą. Japoński Bank Centralny, mając
związane ręce niemal zerowymi stopami procentowymi, próbuje chronić wewnętrzne
rynki finansowe, wstrzykując w gospodarkę gigantyczną kwotę 183 mld USD (15
biliardów jenów), by pomóc podmiotom operującym na japońskim rynku utrzymać
płynność finansową. To operacja bez precedensu w historii Japonii. Dodatkowo
bank centralny zorganizuje szeroko operacje otwartego rynku, polegające na
zakupie krótkoterminowych papierów wartościowych o wartości 98 mld USD (8
biliardów jenów). Działania takie w krótkim okresie pozwolą na utrzymanie
stabilności japońskiego rynku finansowego i sprawią, że kryzys nie rozleje się
na resztę świata. Ale w długim okresie mogą być przyczyną kłopotów budżetowych i
skoku cen. Jest także wielką niewiadomą, w jaki sposób odbije się to na
japońskiej walucie, która do tej pory zachowuje pozory stabilności.
Warto zauważyć, iż od 1995 roku zdecydowanie rósł japoński dług publiczny i
przed obecnym tsunami wynosił już 226 proc. PKB (przy aktualnym deficycie
budżetowym 9 proc. PKB). Dalsze wydatki rządowe oraz programy pomocowe zwiększą
go do skali nieznanej wcześniej nigdzie na świecie. Japonia już jest światowym
liderem pod względem zadłużenia i choć zaledwie 5 proc. tego długu jest w
posiadaniu inwestorów zagranicznych, to nie zmienia faktu, że teraz to japońskie
rodziny będą finansować jego zwiększenie, obsługę, a w przyszłości spłatę.
Nie sposób pominąć informacji, iż katastrofa w Japonii i zwiększenie japońskiego
długu publicznego będzie miała wpływ na światowy rynek skupowania długu oraz
związanych z nim obligacji. Mając nadwyżkę handlową, Japończycy są w stanie
skupować aktywa zagraniczne i inwestować w obligacje innych państw, akumulując
ich długi (zwłaszcza tych, które tego najbardziej potrzebują, czyli krajów
peryferii euro, tzw. PIIGS). W obecnej sytuacji Japonia chwilowo wstrzyma się z
zakupem długu innych krajów. Dołączy teraz do państw, które sprzedają, a nie
kupują zadłużenie.
Kryzys nie ominie także przedsiębiorstw działających w Japonii. Duże straty
poniosą firmy z branży oferującej produkty montowane – czyli branża samochodowa
i branża produktów użytkowych z udziałem elektroniki. Każde zatrzymanie taśmy to
wielomilionowe straty dla korporacji oferujących te wyroby. W innych branżach,
takich jak ubezpieczeniowa, jest jeszcze gorzej. Japończycy, świadomi ryzyka
związanego z położeniem kraju pomiędzy dwoma płytami tektonicznymi, chętnie
ubezpieczają się (w przeciwieństwie do biednych i nieświadomych mieszkańców Sri
Lanki czy Indonezji, gdzie odpowiednio jedynie 1 proc. i 6 proc. osób było
ubezpieczonych w trakcie gigantycznego tsunami w grudniu 2004 roku). Jest więc
bardzo prawdopodobne, iż firmy ubezpieczeniowe będą musiały pozbyć się własnych
aktywów, aby spłacić wierzycieli. Może to oznaczać kłopoty finansowe nawet
największych operatorów oferujących ubezpieczenia i spadek wartości ich akcji na
światowych giełdach.
Hossa dla budowlańców
Nie wszyscy jednak stracą na trzęsieniu ziemi. Zyski będą realizować japońscy
budowlańcy, jedni z nielicznych, przed którymi katastrofa otwiera wspaniałe
perspektywy i którzy już walczą o przyszłe kontrakty. Dzień po trzęsieniu ziemi
akcje niektórych spółek konstruktorskich na japońskiej giełdzie NIKKEI 225
wzrosły aż o 40 procent.
Trudno ocenić także wpływ katastrofy na rynek energetyczny. Sytuacja w
japońskiej elektrowni Fukushima nie jest jeszcze dokładnie znana. Pojawiają się
liczne porównania do wybuchu reaktora z Czarnobyla, ale nie wiemy, na ile ta
analogia okaże się uzasadniona. Wydaje się, że przekaz dla społeczności
międzynarodowej jest jednak jasny – to koniec lat świetności energii atomowej,
najwydajniejszego źródła energii. Narasta presja, by zaprzestać używania
reaktorów atomowych. Świadczą o tym na przykład niedawne apele Niemiec pod
adresem Polski o zaprzestanie budowy elektrowni atomowych (dodajmy, że w
Niemczech działa obecnie 17 takich elektrowni, ale pojawiają się już próby
ograniczenia tej liczby). W tej sytuacji zapewne silniej promowane będą
wspierane przez Unię Europejską źródła "zielonej" energii odnawialnej.
Skutki katastrofy naturalnej na szczęście nie dotkną bezpośrednio Polski.
Możliwe, że niektóre produkty japońskie staną się trudniej dostępne, jednak
globalny rynek wymusi na przedsiębiorstwach japońskich zwiększoną
konkurencyjność, tak aby nie utracić udziałów w rynkach na rzecz firm
koreańskich czy chińskich. Rynki finansowe w Polsce, Europie i Stanach
Zjednoczonych pozostaną stabilne.
Sergiusz Prokurat, Radosław Pyffel
Sergiusz Prokurat jest historykiem i ekonomistą specjalizującym
się w tematyce gospodarki azjatyckiej, ekspertem i współzałożycielem Centrum
Studiów Polska – Azja.
Radosław Pyffel jest socjologiem, ekspertem w Instytucie Sobieskiego w obszarze
polityki Chin i Azji, prezesem Centrum Studiów Polska – Azja.
