Podzwonne dla Nadberezyńców

Rozejm i traktat ryski sprzed 90 lat przekreśliły spuściznę Wielkiego
Księstwa Litewskiego i historii Rzeczypospolitej wolnych narodów. Kilkusetletni
dorobek wielu pokoleń Polaków na kresowych ziemiach, nad Dnieprem i Berezyną,
zmiażdżył walec bolszewizmu.

18 marca 1921 r. w Rydze został podpisany traktat pokojowy między Polską a Rosją
sowiecką i Ukrainą, który kończył wojnę polsko-bolszewicką. Zgodnie z jego
postanowieniami Polska odzyskała ziemie sprzed trzeciego i częściowo drugiego
rozbioru, rezygnując natomiast z terenów zagarniętych przez Rosję w 1772 roku.
Dziś o tym wydarzeniu sprzed dziesięcioleci rzadko się wspomina. Kto by tam
roztrząsał skutki porozumienia, które przecięło na pół ziemie, niegdyś z dumą
deklarujące swą przynależność do Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Wtedy jego
apologeci tłumaczyli potrzebę podpisania układu polską racją stanu.
"Oddanie bez walki wielkiego terytorium z kilku milionami mieszkańców poczytane
zostało za wielką mądrość polityczną" – pisał na ten temat Michał Kryspin
Pawlikowski w swojej książce "Wojna i sezon", zaznaczając z goryczą: "Tylko kto
pomyślał o tej dzielnej, twardej, pracowitej szlachcie zagrodowej i
zaściankowej, o tym milionie Michniewiczów, Tumiłowiczów, Huszczów, Kandybów,
Szpilewskich i tylu, tylu innych, którzy w pierwszej kolejce poszli pod nóż lub
na tułaczkę do tundr Karelii lub kopalń Uralu?".
Celem tego artykułu nie jest rozważanie nad słusznością zawartego porozumienia
ani uprawianie "sentymentalnego imperializmu", jedynie próba dotknięcia śladów
przeszłości. Historia wszak jest dla każdego narodu tym, czym jest wspomnienie
dla pojedynczej osoby. Takie powroty są potrzebne każdemu pokoleniu, gdyż "nie
ze zwycięstw, ale z porażek czerpiemy naukę na przyszłość".

Utracona ojczyzna
Tak można by określić trzytomową powieść Floriana Czarnyszewicza "Nadberezyńcy",
osnutą na tle wydarzeń z lat 1911-1921 rozgrywających się w zaściankach polskiej
szlachty nad Berezyną. Biografia autora, pochodzącego z okolic Bobrujska, w
wielu przypadkach odzwierciedla życiowe koleje bohaterów książki podejmujących
nierówną walkę w obronie polskości swojej małej ojczyzny. To właśnie traktat
ryski ostatecznie zadecydował o jej oddaniu pod władzę Rosji sowieckiej.
Znamienne jest, co zaznacza w posłowiu do ostatniej edycji powieści Maciej
Urbanowski – że ofiarą komunizmu pada nie ziemiaństwo, lecz pracowity lud
polskich zaścianków, na którego wyzwoleniu rzekomo zależało ideologom nowego
ustroju.
Codzienny trud mieszkańców zaścianka Smolarnia, ich mocne trwanie w wierze i
przywiązaniu do tradycji, walka o zachowanie mowy ojczystej i troska o nauczanie
dzieci w języku polskim – to wszystko Czarnyszewicz opisuje bogatą, realistyczną
prozą, wspaniałym językiem kresowym. Uciskana przez władze carskie, przeżywająca
niespokojny okres wojny i rewolucji, wreszcie ciemiężona przez dyktat nowego
ustroju – ludność tej ziemi, niczym potężna puszcza nadberezyńska, trzyma się
swych wielowiekowych korzeni. Jej gorące marzenia o przyszłym życiu w wolnej
Polsce, obleczone w najpiękniejsze obrazy, jak najcenniejszy skarb przechowywane
i pielęgnowane w sercach, legły jednak w gruzach.
Tom drugi "Nadberezyńców" kończy scena wizytacji pasterskiej księdza biskupa
Zygmunta Łozińskiego i jego znamienne słowa skierowane do mieszkańców ziem
mińsko-mohylewskich: "Dzieci moje, powinniście wytrwać w wierze. Wytrzymajcie aż
do końca. Stoicie przed możliwością nowych bolesnych prób i doświadczeń. Tam na
wschodzie wisi czarna chmura wielka, dzika, niebezpieczna. Chmura zarazy
bezbożnej, rozkładu moralnego, nieprawości; chmura pożogi, mordu, barbarzyństwa.
Może ona tu nawrócić. (…) Gorzki to kielich byłby do wypicia, ale nie trzeba
rozpaczać; powinniście ten ciężar przyjąć z odwagą, godną prawdziwych
chrześcijan". Jak bowiem trafnie zauważa Andrzej St. Kowalczyk: "Przez Białoruś
przebiega granica między światem normalnym a jakąś koszmarną barbarią, podział
ten zresztą ma charakter nie tylko polityczny i cywilizacyjny, lecz również
transcendentny".
Nazywana przez wielu epopeą o zmierzchu polskości, jedną z najważniejszych i
najpiękniejszych powieści XX w., mimo całkowitej porażki dążeń jej bohaterów
przemawia do czytelnika słowami nadziei, każąc wierzyć, że mimo wszystko, "(…)
tam, za Berezyną, wciąż czekają – oni – ich ziemia, lasy, obłoki, trele, mogiły,
ruiny chutorów. Kresowy świat istnieje nadal – wbrew politycznym klęskom, jest
czymś w rodzaju zakopanego skarbu czekającego na herosa-zdobywcę". Utwór
literacki tym samym w dużej mierze przerasta określone granice, stając się dla
nas faktycznie dokumentem dziejowym sprzed stu lat.
Trylogia Floriana Czarnyszewicza kończy się tuż przed podpisaniem traktatu w
Rydze. Główni jej bohaterowie – Stach Bohuszewicz i Kościk Wasilewski wracają do
Bobrujska, do stacjonujących tam jeszcze oddziałów polskich. Jak potoczyły się
ich dalsze losy – czytelnikowi pozostaje tylko snuć przypuszczenia. Co się stało
z zaściankiem Smolarnia i jego mieszkańcami: Piotrowskimi, Sokołowskimi,
Zdanowiczami, jak ułożyło się życie pięknej Karusi – na te pytania autor nie
daje odpowiedzi. Musiał opuścić na zawsze swoje rodzinne strony: jego
nadberezyńska ojczyzna stała się częścią "czerwonego imperium"…

"Zasypany piołunem ślad"
O losach jednej z miliona rodzin tej właśnie szlachty zagrodowej z terenów,
które po traktacie ryskim znalazły się po "tamtej" stronie granicy, usłyszałam
parę lat temu od pani Felicji z Eysymontów Bobrowej.
– Nigdy nie opowiadałam o tym wcześniej, nawet swoim dzieciom. Nie chciałam, by
to zaszkodziło ich przyszłości. A tak zawsze marzyłam, by przekazać prawdę o
tamtych czasach, o tym, że przecież nad Berezyną, tak samo jak nad Niemnem i
Wilią, mieszkali Polacy – mówiła pani Felicja. Rozkładając na stole albumy,
kopie archiwalnych dokumentów, potwierdzające własność ziemską, świadectwo z
senackiego departamentu heroldii w Petersburgu o nadaniu ojcu tytułu
szlacheckiego, przez kilka godzin opowiadała historię zwykłej polskiej rodziny
kresowej.
Rodzina Eysymontów posiadała na własność niezbyt okazałe, zaledwie 31 dziesięcin
i 1776 sążni liczące, grunta rolne uroczyska Hrynica w powiecie (ujeździe)
ihumeńskim guberni mińskiej. Tyle samo mniej więcej wynosiły posiadłości
najbliższych sąsiadów, szlachty zagrodowej: Uścinowiczów, Nieciowskich,
Kowalewskich, Łukaszewiczów, Foktów. Gospodarzyli na roli, a wszystko, co
posiadali, pracy rąk własnych zawdzięczali, najmując robotników tylko sezonowo:
na sianokosy, żniwa, wykopki.
– Ojciec umiał robić wszystko, prócz gimnazjum skończył bowiem kurs ogrodnictwa,
szczególnie zaś miłował się w kwiatach. W mojej dziecięcej pamięci jak przez sen
zachowało się świętowanie dożynek: jak to szykowano obfite jadło, na podwórku
ustawiano długie stoły, jak śpiewano i tańczono, a dla ojca splatano wianek i
uroczyście wkładano na głowę. Ojciec podczas zabawy grał na cymbałach
(skonfiskowano je potem podczas "rozkułacziwanija"), mama pięknie śpiewała.
Zamożność naszej rodziny nie była wyjątkiem, tak samo żyli sąsiedzi, często
spokrewnieni ze sobą. Spotykano się podczas dorocznych odpustów w pobliskich
Bohuszewiczach przy kościele, w chórze śpiewała matka, często zabierając tam
również dzieci. Kościół w Bohuszewiczach wkrótce potem został rozebrany, zaś w
odległej o 8 km Berezynie po prostu został spalony – wspominała pani Felicja.
Nowy ustrój, który zapanował na tych terenach po traktacie ryskim, w myśl zasady
"dzielić wszystkim po równo", niezwłocznie zabrał się do zaprowadzania nowych
porządków. Po raz pierwszy Feliksa Eysymonta zabrano do aresztu w 1930 roku. Po
dwóch tygodniach wypuszczono go do domu z nakazem szykowania się w daleką drogę.
Rozkazano nasuszyć sucharów, warzyw i stawić się z koniem, saniami, z dwiema
piłami i toporami, gdyż – jak mówiono – zostanie wysłany na roboty do lasu.
Oto dramatyczna opowieść pani Felicji: – Ojciec pożegnał się z nami, jak się
potem okazało, na zawsze. Razem z nim zabrano wtedy 30 mężczyzn z naszego
powiatu. Trzy lata później dostaliśmy wiadomość o losach ojca i jego
współtowarzyszy: podróż trwała trzy miesiące, ludzie po drodze umierali z głodu,
jedli konie. Przywieziono ich do lasu i rozkazano: "Tu budujcie się, tu
będziecie mieszkać – to osiedle będzie się nazywało Kotłas". Tam, w lesie,
zbudowali baraki i zaczęli pracować przy budowie miasta. A w 1932 roku
aresztowano mamę, oskarżając ją o zachęcanie ludzi do masowych modłów. Z domu
zaś wszystko zabrano, a nas, sześcioro dzieci wraz z babcią, zamknięto w kuchni,
do jedzenia nie zostawiając nawet jednej kartofli. Po tygodniu mamę zwolnili z
więzienia, chciano ją wywieźć, lecz ponieważ miała tyle małych dzieci, a brata
jeszcze piersią karmiła, wypuszczono. Zostawiono nam konia i krowę, pozwolono
też wziąć zboże i ziemniaki. Dwa lata później, w maju 1934 roku, kiedy akurat
skończyliśmy wszystko sadzić w ogrodzie, przyjechało dużo powozów i powiedziano
do mamy: "Eysmoncicha, wychodź z domu, my ciebie rozkułaczamy". Wtedy już u nas
zabrano wszystko; nawet kury wyłapano. Kiedy zabierano krowę, my płakaliśmy na
głos, a oni na to: "Cóż my za komuniści jesteśmy, jeżeli ze szczeniętami nie
możemy dać rady".
Mama, widząc to, odeszła od rozumu, chciała skoczyć do studni, a potem biegała
po polu i śpiewała. Widząc to, płakaliśmy z przerażenia, na szczęście pewna
staruszka ją wyleczyła i mama powoli doszła do siebie. Nas wyrzucono z domu, a
wszystkie zabudowania i sprzęt gospodarczy oddano do kołchozu. By zdobyć chociaż
jakiś kąt na zimę, mama odkupiła warzywnię po ziemniakach, krewni pomogli zrobić
podłogę, postawić piec. Tak żyliśmy w wiecznym strachu i niepewności o
jutrzejszy dzień.
Wkrótce otrzymaliśmy wiadomość od krewnej, że ojciec nasz zmarł śmiercią
głodową, ostatnie tygodnie leżał opuchnięty z głodu, a po śmierci nawet nie
można było go pogrzebać, wrzucono go po prostu do czterometrowej zaspy. Ludzie
umierali tam ciągle i nikt ich nie grzebał, na tyle głębokie były tam śniegi.
Kotłas zbudowano na ludzkich kościach, są tam i kości mojego ojca, który
skończył żywot po trzech latach nieludzkich cierpień. Pamiętam, po przeczytaniu
listu klęczeliśmy wieczorem i płacząc, modliliśmy się za jego duszę – wspomina
pani Felicja.
Lecz w 1937 roku przyszły jeszcze straszniejsze czasy. Nocami po okolicy zaczął
krążyć czarny samochód, zwany "woronom" i rozpoczęły się masowe aresztowania
Polaków. Wtedy z sąsiedztwa zabrano prawie wszystkich mężczyzn – przepadli jak
kamień w wodę. Rodziny gubiły się w domysłach. Dopiero teraz wiadomo, że
wywieziono ich do lasu i rozstrzelano. Kuropaty pod Mińskiem – to nie jedyne
miejsce zbroczone niewinną polską krwią. Również dlatego teraz się mówi, że
Polaków nad Berezyną i Dnieprem nie było.
Kiedy mieszkańców okolicznych zaścianków zaczęto przesiedlać do wsi, chałupę
Eysmontów zburzono traktorem; przez pewien czas musieli mieszkać w oborze, z
której w grudniu 1940 r. też ich wypędzono – piętno "kułackiej rodziny"
usprawiedliwiało wszystko. Jedynie początek wojny z Niemcami uratował ich od
wywózki, gdyż w spisach już figurowało ich nazwisko. W 1943 r. pani Felicja nie
uniknęła wywiezienia do Niemiec. Tam, w jednej z fabryk broni w Bremie, przeżyła
ciężkie bombardowanie. Po wojnie rodzina Eysymontów postanowiła opuścić wciąż
niebezpieczne rodzinne strony i szukać schronienia w Wilnie. – To mama uratowała
nas, dzieci, od całkowitej zagłady. Była tak niezłomnego ducha, że nie poddała
się żadnym dziejowym kataklizmom. Uczyła nas nie zapominać, że jesteśmy Polakami
i katolikami. Jak źrenicy oka strzegła dokumentów na ziemię, nie wiem, jak jej
się to udało po tylu przeprowadzkach i ucieczkach – nie kryje wzruszenia pani
Felicja.
Dalej była już zupełnie inna historia. Pani Felicja założyła własną rodzinę:
dzieci wyrosły na porządnych ludzi, ale nieuleczalna choroba zabrała męża i
dwóch synów. Mówi o tym ze smutkiem, lecz wewnętrznie pogodzona z wolą Bożą. Bez
kropli łez, których w żaden sposób nie mogła powstrzymać, opowiadając bolesne
dzieje dalekiego dzieciństwa. – Dlaczego taki los przypadł w udziale nam i wielu
innym? – na to pytanie nikt nie da już odpowiedzi.

Polskość w defensywie
Prorocze słowa ks. bp. Łozińskiego, skierowane do ludności nadberezyńskiej,
niestety wkrótce się sprawdziły. Miażdżący walec bolszewizmu zgniótł niemal
całkowicie kilkusetletni dorobek wielu pokoleń na tych ziemiach. Spustoszył
dusze i umysły ludzkie. Wyzuł ze świadomości narodowej, odebrał wiarę.
Po Nadberezyńcach, po 20 latach, przyszła kolej na tereny naddźwińskie i
nadniemeńskie. Wileńszczyznę rozdarto między nowo utworzone republiki sowieckie:
ponad 2/3 terytorium przypadło w udziale Białorusi, reszta – Litwie. Historia
narodu i państwa, którego granice – tym razem w Jałcie – znów przesunięto na
zachód, miała swoją tragiczną powtórkę nad Niemnem i Wilią.
Ze smutkiem należy stwierdzić, iż ostatnie 20-lecie przyniosło na te tereny nie
mniej bolesne zmiany. Oto dowiadujemy się, według danych oficjalnego spisu
ludności, o "zniknięciu" na Białorusi w ciągu ostatniego dziesięciolecia 100
tys. Polaków, czyli jednej czwartej obywateli tej narodowości. Dotąd, jak
wiadomo, Kościół rzymskokatolicki na Białorusi, gdzie Polacy mogli posługiwać
się w nabożeństwach językiem ojczystym, nawet w czasach największych
prześladowań, stanowił główną ostoję polskości. "Wielka siła narodu polskiego
pozostaje – narodu, w którym jakkolwiek już zatraciła się częściowo mowa
przodków, jednak trzyma się świadomość i miłość braterska i mieszka w nim duch"
– pisał wspomniany tu Czarnyszewicz.
Z początkiem lat 90. ubiegłego wieku proces rusyfikacji, narzucony ludności
Białorusi przez władze ZSRS, ustąpił miejsce białorutenizacji tej części
społeczeństwa, która określała siebie jako Polaków katolików. Tak zwane
demokratyczne siły odrodzenia narodu białoruskiego zaczęły niezwłocznie promować
tezę o skatoliczonych Białorusinach – kościelnych Polakach. Przepisywanie
historii i dorabianie nowej teorii na potrzebę określonych dążeń politycznych
szybko rozwinęło skrzydła i stało się popularne, także na płaszczyźnie
wyznaniowej. W miejsce używanego dotąd w nabożeństwach języka polskiego zaczęto
pospiesznie, często bez zgody wiernych, wprowadzać język białoruski. Teoria o
tym, że Kościół rzymskokatolicki na Białorusi nie jest Kościołem polskim, lecz
powszechnym i powinien utożsamiać się z danym państwem, zyskała aprobatę zarówno
jego hierarchów, jak i poparcie oficjalnych władz kraju.
Pospiesznie wprowadzane zmiany szczególnie boleśnie odbiły się w sercach ludzi
wiernie służących Kościołowi na przestrzeni wszystkich lat ateizacji. Odgórnie
narzucane decyzje, często bez poszanowania ich zdania, a faktycznie wbrew prawom
człowieka, były i pozostają niezrozumiałe. Przytoczony na wstępie cytat M.K.
Pawlikowskiego o traktacie ryskim można sparafrazować szeregiem nowych pytań:
tylko kto pomyślał o tych rzeszach wiernych, które odważnie i dzielnie broniły
świątyń Bożych przed zamknięciem lub rozbiórką; o dzielnych członkach komitetów
kościelnych docierających do Moskwy, by wystarać się o pozwolenie na posługę
kapłana; o matkach potajemnie nauczających dzieci pacierza po polsku? Jak
wytłumaczyć staruszce, w latach 60. gorliwie trwającej na modlitwie nawet przed
zamkniętymi drzwiami kościoła, że mowa, w której kierowała swe błagania do Pana
Boga, dziś szkodzi powszechnemu Kościołowi? Czyżby dlatego niektóre świątynie
już "oniemiały", pozostając bez śpiewu najpiękniejszych pieśni maryjnych,
wielkopostnych, bez polskich kolęd?
Rozejm i traktat ryski sprzed 90 lat przekreśliły spuściznę Wielkiego Księstwa
Litewskiego i historii Rzeczypospolitej wolnych narodów. "Cofnięcie się do
nieszczęsnej "linii Curzona" było jeszcze jednym cofnięciem się nie przed obcą
kulturą, lecz cofnięciem się kultury łacińskiej przed negacją wszelkiej kultury,
przed barbarzyństwem, które umie tylko niszczyć i zabierać, nic w zamian nie
dając" – ostrzegał przed laty M.K. Pawlikowski. Dziś ostatni już przyczółek
polskości na Wileńszczyźnie z determinacją walczy o polski język i polskie
szkoły na Litwie…

 

Czesława Paczkowska
 

Autorka jest dziennikarką, współpracuje z "Tygodnikiem Wileńszczyzny" na Litwie.

drukuj