Kryzys wycina szkoły
Niedawna decyzja łódzkich radnych o likwidacji blisko 20 tamtejszych szkół
zszokowała wielu mieszkańców miasta. Jednak podobne uchwały mogą zapaść w innych
polskich miejscowościach. Wszystko przez coraz bardziej odczuwalny kryzys
demograficzny i za małe środki na edukację przekazywane przez rząd Donalda Tuska
do samorządów, nierekompensujące nawet podwyżek dla nauczycieli. Otwiera to
drogę do tworzenia szkół molochów, w których trudniej jest uczyć, nie
wspominając o wychowaniu…
Uchwałę o zamiarze likwidacji szkoły nr 40 w Łodzi, obok 17 innych i 3
funkcjonujących jedynie formalnie z powodu braku uczniów, podjęła Rada Miasta
Łodzi podczas sesji 23 lutego bieżącego roku. Gdy za 5 lat proces wygaszania tej
placówki (likwidacji poprzez wstrzymywanie naboru nowych roczników) zostanie
zakończony, cały budynek zostanie oddany do użytku Młodzieżowego Ośrodka
Socjoterapii, mieszczącego się obecnie na parterze.
Szkoły przegrywają z demografią…
Władze urzędu miasta uzasadniają swoją decyzję m.in. tym, że w likwidowanych
szkołach "wiatr hula po korytarzach", czyli brakuje w nich uczniów. – Na skutek
niżu demograficznego w ciągu ostatnich 4 lat z łódzkich szkół ubyło ok. 9 tys.
uczniów. W tym samym czasie koszty ich utrzymania wzrosły o 165 mln zł –
tłumaczy wiceprezydent Łodzi Krzysztof Piątkowski, odpowiedzialny w urzędzie
miasta za sprawy edukacji i restrukturyzację szkół. – Do szkół
ponadgimnazjalnych w nowym roku szkolnym trafi o 500 uczniów mniej niż rok
wcześniej – tłumaczy.
Jednak część mieszkańców utrzymuje, że są dane wskazujące na to, iż w Łodzi już
rodzi się więcej dzieci, co powinno skłonić władze urzędu miasta do rewizji
swoich prognoz. – Żadne analizy przygotowywane przez demografów nie potwierdzają
tezy, jakoby w przyszłych latach miało w Łodzi przybywać dzieci – odpowiada
jednak twardo wiceprezydent.
Ale w niewielkiej szkole nr 40 po korytarzach hulają dzieci, nie wiatr. – Nie
chcemy przenosić się do innej szkoły – mówi uczennica II klasy, dodając, że
wierzy jeszcze, że szkołę uda się uratować.
Taką nadzieję mają także rodzice dzieci i nauczyciele. – Szansa zawsze jest. Na
tutejsze ogromne osiedla przypada tylko jedna, właśnie nasza szkoła. Ponadto w
osiedlowym przedszkolu jest aż 100 dzieci – wylicza dyrektor placówki Małgorzata
Palmowska. Podkreśla też, iż mimo groźby likwidacji placówki do I klasy w nowym
roku szkolnym rozpoczynającym się we wrześniu zapisanych jest już 20 dzieci,
choć nabór jeszcze trwa do końca marca. – Oznacza to wzrost liczby uczniów w
porównaniu z rokiem poprzednim – zauważa dyrektor Palmowska.
Jej opinię podzielają także rodzice. – W pobliżu szkoły budowanych jest blisko
10 nowych bloków – dodaje Monika Kordalska, która liczy wciąż, że jej syn będzie
uczęszczał do I klasy od września właśnie w tej szkole.
…i pieniędzmi
Władze miasta odpowiadają, że koszty i tak muszą ciąć. – Szkoła na ul. Praussa
jest niedoinwestowana, z powodu zaleceń sanepidu zamknięto tam salę
gimnastyczną. Znaczna część rodziców wybiera inne szkoły, dlatego klasy liczą
zaledwie po kilkanaście osób – ucina krótko wiceprezydent Piątkowski.
Rzeczywiście, na brak funduszy na inwestycje narzekają zarówno rodzice, jak i
nauczyciele SP nr 40. Tymczasem nieremontowane i nieocieplane obiekty zwiększają
koszty ich utrzymania. W ten sposób powstaje błędne koło.
Przedstawiciele urzędu miasta odpowiadają, że miastu brakuje funduszy na
remonty, dlatego zaoszczędzone na likwidacjach pieniądze, szacowane na 5 mln zł
rocznie, chcą przekazać szkołom, które nadal będą funkcjonować. – Samorząd
wydaje co roku ponad 800 mln zł na utrzymanie szkół, dlatego jesteśmy zmuszeni
do ograniczenia kosztów – zaznacza wiceprezydent Łodzi.
Władze miasta tłumaczą też, że część przeznaczonych do likwidacji placówek nie
spełnia norm przeciwpożarowych. Zdaniem wiceprezydenta, straż pożarna od lat
domaga się wyprowadzenia dzieci z obu budynków. – Gdyby doszło tam do tragedii,
także przedstawiciele urzędu miasta mogliby usłyszeć zarzuty od prokuratora –
tłumaczy.
Przetrwają tylko szkoły molochy?
Rodzice mają poważne zastrzeżenia co do propozycji urzędu miasta przeniesienia
uczniów. – Pierwsza szkoła, którą nam zaproponowano, jest oddalona o ponad 1,5
kilometra. Aby do niej dojść, dzieci musiałyby przechodzić przez tory kolejowe i
dwie duże ulice, a nie kursuje tam komunikacja miejska – mówi rozżalona mama
ucznia II klasy, dodając, że pozostałe propozycje również nie są dobre dla
dzieci.
Nauka w tych szkołach odbywałaby się w systemie dwuzmianowym, co nie jest dobre
dla dzieci w szkole podstawowej ani dla pracujących rodziców. Dlatego zarówno
oni, jak i nauczyciele wystosowali protest przeciw likwidacji placówki. Podobnie
jak rodzice innych szkół wskazują, iż boją się, że ich dzieci trafią do dużych
placówek, w których z powodu większej liczby dzieci są gorsze warunki do
zapewnienia dobrej edukacji i wychowania.
Opinię tę potwierdza Sławomir Kosowski, wiceminister edukacji w okresie rządów
PiS. – Wzrost liczby uczniów w szkole, a także w klasie spowoduje pogorszenie
efektów nauczania. Moim zdaniem, przyczyni się to również do lawinowego
narastania agresji w szkołach, bowiem w wyniku wzrostu liczby uczniów zwiększy
się anonimowość w szkołach – wskazuje.
Co na to władze miejskie? – Będziemy przenosić całe klasy, więc ich uczniowie
będą kontynuować naukę w tym samym składzie i najczęściej z tymi samymi
nauczycielami. Klasy nie będą zatem większe – mówi wiceprezydent Piątkowski, w
ten sam sposób odpowiadając na argument, że przeniesienie jednocześnie
wszystkich uczniów likwidowanych szkół odbije się na ich psychice.
Zdaniem wiceprezydenta, zmiany służą dobru dzieci także dlatego, że w nowych
szkołach będą miały zapewnione lepsze warunki. – Jedna ze szkół, do których będą
przeniesieni uczniowie z pobliskiej szkoły podstawowej, jest w stanie prowadzić
równolegle 14 oddziałów. Jest tam lodowisko, działa orlik i zasadniczo szkoła ma
dobrą infrastrukturę – przekonuje wiceprezydent.
Cóż, że sami budowali…
Protest – i to na jednej z ulic miasta – zorganizowali niedawno także rodzice
uczniów przeznaczonej do likwidacji jeszcze w tym roku Szkoły Podstawowej nr 203
w Łodzi. Uczące się tam dzieci zostaną przeniesione do szkoły nr 202, oddalonej
o prawie 5 kilometrów. Wiceprezydent Piątkowski zapewnia jednak, że miasto
zorganizuje dowóz do nowej szkoły.
Żal rodziców jest tym większy, że to właśnie okoliczni mieszkańcy oraz ich
rodzice budowali placówkę pod koniec lat 50.
Na władzach miasta nie robi to jednak wrażenia. – Doceniam wkład finansowy
rodziców. Ale chyba nie ma takiej szkoły w Łodzi czy nawet w Polsce, w której
rodzice nie inwestowaliby w remont, nie doposażali jej – tłumaczy. Zaznacza
jednocześnie, że większość budynków, w których zostaną zlikwidowane szkoły,
będzie nadal służyć celom edukacyjnym, a w trzech z nich powstaną przedszkola.
Jedno z nich ma powstać właśnie w SP nr 203. – Tyle że zablokowano nam nawet
nabór do przedszkola – dziwi się Dorota Szulkowska, p.o. dyrektor. Tak jak
pozostałym dyrektorom likwidowanych placówek przekazano jej informację o
zamiarze likwidacji na kilka dni przed uchwałą rady miasta w tej sprawie podczas
bezpośredniego spotkania z wiceprezydentem Piątkowskim. – Usłyszałam, że szkoła
jest likwidowana, bo nie ma sali gimnastycznej, a poza tym dotacja oświatowa nie
pokrywa kosztów edukacji, które w przeliczeniu na jednego ucznia wynoszą ok. 900
złotych. Kolejnym argumentem było to, że szkoła ma coraz mniej uczniów. – Mamy
80 uczniów w szkole, a zmieści się nie więcej niż 110 – odpowiada dyrektor
Szulkowska, przyznając, że także jej szkoła odczuwa kryzys demograficzny.
Miasto zignorowało obywateli?
Zarówno uczniowie, jak i ich rodzice, a nawet nauczyciele mają też pretensje do
władz miejskich, że nie przeprowadziły konsultacji społecznych i zlekceważyły
ich, a także samych uczniów. – Wraz z kolegą mogliśmy przed obradami rady
miejskiej rozmawiać z prezydent Hanną Zdanowską. Z jej strony cały czas padał
tylko jeden argument: pieniądze. O uczniu, jako osobie, która ma swoje plany,
uczucia, nie było mowy – mówi rozżalony Damian Judasz, uczeń Gimnazjum nr 9 w
Łodzi, tłumacząc motywy protestu swojego i innych kolegów przeciw likwidacji ich
szkoły.
Uchwałą rady miasta oburzone są także związki zawodowe pracowników oświaty.
Wystosowały listy protestacyjne, wskazując, że urząd miasta nie konsultował z
nimi tej decyzji, czego wymaga prawo. Dlatego zwróciły się do wojewody łódzkiego
o uchylenie uchwały. Wojewoda ma podjąć decyzję w tej sprawie do końca
przyszłego tygodnia.
Związkowcy rozważają nawet skierowanie sprawy do sądu, powołując się na uchwałę
Naczelnego Sądu Administracyjnego. Ta jednak w opinii wiceprezydenta Łodzi mówi
jedynie, że konsultacje społeczne należy przeprowadzić albo przed podjęciem tzw.
uchwały intencyjnej (o zamiarze w tym wypadku likwidacji szkół), albo przed
podjęciem samej decyzji niosącej ostateczne skutki prawne (likwidacji szkół).
Zdaniem Krzysztofa Piątkowskiego, zgodnie z prawem teraz właśnie są prowadzone
konsultacje. – Nie popełniliśmy żadnego wykroczenia – zaznacza wiceprezydent w
odpowiedzi na protesty.
Skutek polityki rządu
Władze miejskie przyznają, że jednym z powodów problemów samorządu z utrzymaniem
szkół jest zbyt niska dotacja oświatowa, czyli fundusze, jakie przekazywane są z
budżetu państwa na edukację uczniów. – Rząd podejmuje decyzje o kolejnych
podwyżkach dla nauczycieli, nie przekazując zwiększonych subwencji na ten cel –
mówi Krzysztof Piątkowski.
Problem dostrzega także poprzedni prezydent Łodzi dr Jerzy Kropiwnicki. – Prawo
do bezpłatnej edukacji jest zapisane w Konstytucji. Zobowiązuje ona przede
wszystkim rząd, a samorząd jedynie wykonuje to prawo – wskazuje.
Sławomir Kosowski zauważa z kolei, że decyzja łódzkich samorządowców jest
odbiciem polityki rządu, który chce ciąć wydatki, by załatać dziurę budżetową. –
Z jednej strony jest to na pewno nieformalny nacisk na likwidację szkół,
ponieważ ograniczenia finansowe nakładów na edukację choćby w postaci
niedoszacowanej subwencji oświatowej wymuszają na samorządach takie decyzje –
zauważa. Zaznacza jednocześnie, że likwidowanie szkół ułatwiła nowelizacja
ustawy o oświacie sprzed dwóch lat, w której koalicja rządowa przeforsowała
zapis pozbawiający kuratora oświaty możliwości wetowania decyzji o likwidacji
szkół. Zdaniem wiceministra Kosowskiego, polityka ta prowadzi w prostej linii do
prywatyzowania likwidowanych placówek.
W dodatku likwidacja szkół to problem nie tylko Łodzi. – Już mam informacje z
dwóch województw wskazujące na to, że zniknie w nich w najbliższym czasie ponad
300 szkół. Biorąc to pod uwagę, można szacować, że w skali kraju zostanie
zlikwidowanych nawet 1,5 tysiąca placówek oświatowych – wskazuje Sławomir
Kosowski. Jeśli te prognozy się potwierdzą, może się okazać, że w Polsce
postępuje już proces likwidacji "nierentownych" szkół, które zostaną
sprywatyzowane, podobnie jak PO chce zrobić ze szpitalami.
Mariusz Bober
