U Błasika nie dało się „zerwać” ze służby

Z ks. mgr. Błażejem Woszczkiem, honorowym kapelanem pilotów, rozmawia
Piotr Czartoryski-Sziler

Jak to się stało, że związał się Ksiądz z lotnictwem?
– Pochodzę z okolic Dęblina, zawsze marzyłem o tym, by zostać lotnikiem.
Poczyniłem już nawet starania, by dostać się do szkoły lotniczej w Dęblinie.
Jednak, jak widać, moje życie ułożyło się inaczej. Powołanie dawało o sobie
znać, tym silniej w momencie, gdy zaczynałem starać się o przyjęcie do Szkoły
Orląt. Wybrałem drogę kapłaństwa, ale pasja lotnicza pozostała. Dziś mam bardzo
dobre relacje ze szkołą w Dęblinie, oficerami, pilotami.

Praca pilota zbliża go do Boga?
– Oczywiście. Mam wielu przyjaciół lotników wojskowych i
cywilnych-aeroklubowych. Zawsze, kiedy się zjawiam, albo gdy zabierają mnie w
powietrze, śmieją się: "Co, chcesz być bliżej Szefa?". Zawsze Bóg i świadomość
Boża kojarzy się z niebem, bo tak mówi Ewangelia i my również tak obrazowo to
sobie wyobrażamy. Lotnicy mają w sobie wielką wiarę w sercu, znam wielu, którzy
nie ruszą w powietrze bez obrazka Matki Bożej Loretańskiej, Matki Bożej
Katedralnej z Lublina czy medalika lub różańca. Często opowiadają, że czują
opiekę Opatrzności tam, w powietrzu, gdzie decydują nieraz o życiu człowieka
sekundy. Bardzo rzadko zdarza się – mówię tu o lotnikach wojskowych – by pilot
był niewierzący. Wspominają sytuacje, z których po ludzku – według praw fizyki i
zdrowego rozsądku – nie powinni byli wyjść cało, a jednak bezpiecznie lądowali.

W jakich okolicznościach poznał Ksiądz gen. Andrzeja Błasika?
– Poznałem go na jednej z uroczystości w Dęblinie. Generał Błasik był wtedy
komendantem szkoły Orląt. Jako kleryk brałem udział w odprawianej wówczas Mszy
św., na której zwrócił on moją szczególną uwagę, bo w przeciwieństwie do innych
oficerów przystąpił do Komunii Świętej. Był to szczególny znak i przykład dla
innych żołnierzy, którzy podczas Mszy św. niekoniecznie uczestniczyli w praktyce
Komunii Eucharystycznej, mimo iż pewnie byli ludźmi wierzącymi. Bliżej poznałem
się z panem generałem, gdy jako diakon starałem się zorganizować na Tydzień
Muzyki Chrześcijańskiej występ orkiestry Sił Powietrznych w seminarium
lubelskim. Potrzebna była zgoda dowódcy, wszystko trzeba było więc załatwiać
osobiście z gen. Błasikiem lub przez jego sekretariat. Udało mi się podejść do
generała w przerwie którychś z jego zajęć, powiedziałem mu o pomyśle z
orkiestrą. Generał od razu zainteresował się sprawą i zajął się nią osobiście,
tak jak gdyby była najważniejsza ze wszystkich, czym wzbudził mój wielki
szacunek. Powiedział mi nawet wtedy, żebym nie załatwiał tej sprawy przez
sekretariat, bo odłożą ją, jako mniej ważną, że sam wszystkim się zajmie. Dzięki
niemu mieliśmy piękny występ orkiestry Sił Powietrznych w lubelskim seminarium,
który wzbudził powszechne zainteresowanie i uznanie, bo przyszło wielu ludzi.

Często później spotykał się Ksiądz z generałem?
– Spotykaliśmy się każdorazowo przy okazji różnych uroczystości. Podczas części
nieoficjalnej udawało mi się zawsze zamienić z nim kilka słów. Pomimo że był
oblegany, dla każdego zawsze znalazł chwilę, by porozmawiać czy zrobić sobie
pamiątkowe zdjęcie. Ostatni raz widzieliśmy się 10 stycznia 2010 r., a więc
dokładnie trzy miesiące przed katastrofą, na pogrzebie gen. pilota Tadeusza Góry
w Świdniku.

Jak Ksiądz zapamiętał gen. Andrzeja Błasika?
– Przede wszystkim jako dobrego człowieka i chrześcijanina. Wiara miała dla
niego wielki sens i znaczenie, także w byciu dowódcą i generałem. Byłem
świadkiem korzystania przez niego z praktyk sakramentalnych, przystępowania do
Komunii Świętej, o czym już wspomniałem, a więc dawania prawdziwego świadectwa
wiary. Z relacji jego kolegów pilotów, współpracowników, jak również samych
żołnierzy, którymi dowodził, wiem, że był przez nich traktowany jako bardzo
dobry pilot, generał i dowódca. Generał był zawsze ludzki, potrafił znaleźć się
w każdej sytuacji i w problemie człowieka. Podwładni wiedzieli, że można było do
niego ze wszystkim się zgłosić, jak również, że respektował wszystkie zasady
obowiązujące w wojsku.

Były jakieś spięcia?
– Jako dowódca strzegł zawsze obowiązujących w wojsku zasad i ich wypełniania. W
Dęblinie generał nieraz kwadrans przed zakończeniem pracy spacerował w cywilnym
ubraniu po garnizonie. Kto wiedział, że to jest generał, to wiedział. Ale nie
wszyscy mieli tę świadomość. Gdy ktoś próbował "urwać" się ze służby wcześniej,
przed zakończonymi godzinami pracy, generał skutecznie przypominał mu o tym, że
to niestosowne. W takim postępowaniu przejawiała się jedynie jego skrupulatność.
Miał zasadę, że żołnierz ma prawo być dobrze dowodzony i tego się trzymał.
Starał się być dobrym dowódcą i myślę, że nim był. Ci, którzy służyli pod jego
komendą, opowiadają o jego wielkim zaangażowaniu dla wojska kosztem życia
prywatnego i własnego zdrowia. Gdy tylko mógł komuś pomóc, zawsze to czynił.

Czy był Ksiądz kiedykolwiek świadkiem nacisków gen. Błasika na podwładnych,
zachęcania do łamania procedur wojskowych lub słyszał Ksiądz o podobnych
przypadkach?

– Osobiście nie miałem z takimi sytuacjami do czynienia. Nigdy też nie słyszałem
o żadnych naciskach z jego strony. Wiem od jego podwładnych, którzy z nim
bezpośrednio pracowali, że przestrzegał zawsze obowiązujących przepisów i starał
się, by inni również to robili. Dowodem jest choćby to, że zwracał szczególną
uwagę również na punktualność i czas pracy, który obowiązywał. Respektował
zasady, bo wiedział, że są po to, by ich przestrzegać, a nie je łamać. Wiem od
jego małżonki, pani Ewy, z którą się znamy, jak bardzo przeżywał to, co się
stało z samolotem CASA pod Mirosławcem. Mimo że przecież od niedawna wtedy
dowodził Siłami Powietrznymi, bardzo przeżywał, że tak się stało i włożył wielki
wysiłek, by wyjaśnić przyczyny tej tragedii. Wiadomo, że jako dowódca musiał tak
postąpić, ale z tego, co wiem, zaangażował się w to również bardzo osobiście.
Także pani Ewa Błasik wiele czasu poświęciła na pomoc wdowom i rodzinom
poległych pilotów. W moim odczuciu pomoc, jaką okazali tym rodzinom, w znacznym
stopniu wykraczała poza ramy zwyczajnej służby.

Gdyby miał go Ksiądz krótko scharakteryzować jako dowódcę Sił Powietrznych,
co by Ksiądz o nim powiedział?

– Sądzę, że był bardzo ważnym generałem z punktu widzenia spraw polskich.
Cechowało go, powiedziałabym, takie polskie myślenie. Mam na myśli przede
wszystkim dobrą znajomość polskiej historii, szczególnie oręża polskiego, oraz
zamiłowanie do tego, co robił. Jego myślenie było jednocześnie myśleniem
nowoczesnym, bo chciał, by nasze Siły Powietrzne stały się bardzo prestiżowym
rodzajem sił zbrojnych, zakorzenionym w świadomości historycznej, kim był polski
lotnik. Łączył tradycję z nowoczesnością w sposób mądry i godny. Był też wielkim
patriotą. Wiem, że bardzo kochał Polskę i mundur polskiego pilota, który nosił.
To było piękne w jego osobie.

W jaki sposób dowiedział się Ksiądz o katastrofie pod Smoleńskiem?
– Byłem wtedy jeszcze diakonem, oddelegowanym do posługi ks. bp. Ryszardowi
Karpińskiemu przy lubelskiej katedrze. Ksiądz biskup sprawował Mszę św. tego
dnia w swojej prywatnej kaplicy. Gdy szliśmy na śniadanie, wyszedł do nas
proboszcz katedry lubelskiej, ks. prałat Adam Lewandowski. Widać było
przerażenie na jego twarzy, więc ksiądz biskup, znany ze swojego poczucia
humoru, zażartował: "Co ksiądz prałat zobaczył ducha?". Ksiądz proboszcz odparł:
"Gorzej, księże biskupie, samolot z prezydentem, który leciał do Katynia, się
rozbił". Od razu udaliśmy się do pokoju, w którym ksiądz biskup miał telewizor,
i oglądaliśmy relację telewizyjną. Pamiętam, że ksiądz biskup wykonał wtedy
telefon do księdza pułkownika Jana Osińskiego, który leciał tym samolotem. Obaj
pochodzili z jednej parafii, bardzo dobrze się znali. Niestety, telefon pozostał
głuchy. Sam zdawałem sobie sprawę z faktu, że leciał tym samolotem gen. Błasik,
ponieważ dzień wcześniej pojawiła się informacja, że wszyscy dowódcy rodzajów
wojsk udadzą się tym samolotem do Katynia. Dodatkowo, znając nastawienie
generała do takich uroczystości, którym przypisywał wielką rangę, byłem święcie
przekonany, że poleciał do Katynia sam, a nie wydelegował swojego zastępcy. Gdy
była już potwierdzona wieść o śmierci wszystkich pasażerów, poleciliśmy ich
modlitwie, odmawiając za nich "Wieczny odpoczynek".

Ksiądz stracił w tej katastrofie inne bliskie osoby?
– Tak, oprócz gen. Błasika znałem również bardzo dobrze – byliśmy nawet na "ty"
– księdza pułkownika Jana Osińskiego. Znałem się z także z ks. bp. generałem
Tadeuszem Płoskim, kilkakrotnie się spotykaliśmy. Osobiście znałem również
ministra Aleksandra Szczygłę, gen. Franciszka Gągora oraz panią Barbarę Mamińską
z sekretariatu pana prezydenta, ponieważ pochodziła z moich stron. Jej ojciec
był w czasie II wojny światowej żołnierzem w oddziale Orlika. Dziś mam kontakt z
żołnierzami z tego oddziału, jestem członkiem ich koła. Przeżyłem tę katastrofę
również bardzo osobiście.

Raport rosyjskiego MAK zaprezentował generała jako podpitego furiata,
wywierającego presję na pilotów. Rosjanie obarczyli go w ten sposób
odpowiedzialnością za rozbicie maszyny.

– Przyjąłem to z wielkim bólem, zażenowaniem i zbulwersowaniem zarazem. Wiem,
jak generał bardzo poważnie traktował podobne uroczystości, jak do nich również
duchowo się przygotowywał. Był człowiekiem wierzącym, może nie obnosił się z
tym, ale tę wiarę w sercu miał. Skoro więc leciał do Katynia z prywatną intencją
i podchodził do tej uroczystości w sposób szczególny – a wiem, że tak było – to
absolutnie nie wierzę w to, że mógł spożywać jakiś alkohol przed tą
uroczystością. Zbyt wielkim szacunkiem darzył kwestie patriotyzmu. Nie jestem
fachowcem, ale mówienie o zawartości alkoholu we krwi generała po odnalezieniu
jego ciała po długim czasie jest czymś nie w porządku. We krwi, jeżeli w ogóle
miał, to raczej alkohol endogenny. Inną kwestią jest fakt, że takie informacje,
jak również dokumenty z sekcji generała, które częściowo nadal są na stronach
MAK, nie powinny być wywlekane na światło dzienne, tylko dostępne nielicznym.
To, co się dziś dzieje, jest bardzo krzywdzące dla rodziny generała, zadaje im
niepotrzebny ból.

Od samego początku winą za katastrofę obarczano załogę i właśnie gen.
Błasika. Jak Ksiądz odbiera ten przekaz?

– Wyrosłem w takim przekonaniu i tak zostałem wychowany, że o zmarłych mówi się
albo dobrze, albo wcale. Jeżeli nie ma potwierdzonych dowodów, a w tym przypadku
nie mamy właściwie żadnych stuprocentowych dowodów, nie można takich rzeczy
mówić. Cały czas toczy się śledztwo. Uważam, że dopóki nie zostanie ono
ostatecznie zakończone, powinna być tajemnica i milczenie, ponieważ cisza
sprzyja temu, żeby dochodzić do prawdy. Wyciągnięcie wszystkiego na światło
dzienne daje tylko pożywkę tym, którzy na tym żerują i chcą coś ugrać dla
siebie. W tym sensie uważam, że popełniono wielki błąd, który nie służy sprawie
i dojściu do prawdy, a tej przecież cały czas szukamy. Liczę, że prawda zostanie
ujawniona, bo nie jest tak, że już wszystko zostało przesądzone.

Ale dysponujemy bardzo ograniczonym instrumentarium, główny nurt śledztwa
toczy się w Rosji, bo to ona dysponuje bezpośrednimi dowodami.

– Nie chciałbym tu wchodzić w politykę, ale oczywiście ta sytuacja budzi wiele
niejasności. Jako kapłan mogę tylko powiedzieć, że o prawdę trzeba walczyć, ale
także się modlić. Myślę, że tutaj Ewangelia jest dla nas dobrym drogowskazem, bo
przecież większość ludzi na pokładzie tego samolotu była osobami wierzącymi,
także większość rodzin to ludzie wierzący. Dojście do prawdy o katastrofie
smoleńskiej również może nas wiele kosztować. Pamiętajmy jednak, że Pan Bóg
potrafi z każdej sytuacji, nawet tej często po ludzku niezrozumiałej, bolesnej,
wyprowadzić dobro. A więc myślę, że to dobro i ta prawda prędzej czy później
zwyciężą. Oby to było prędzej niż później.

Dlaczego, zdaniem Księdza, wojsko nie wzięło w obronę gen. Błasika?
– Osobiście nie rozumiem takiego zachowania. Dane jest mi znać osobiście i pana
generała Lecha Majewskiego, dowódcę Sił Powietrznych, i pana Bogdana Klicha,
ministra obrony narodowej. Mam pełen szacunek dla ich służby, nie chcę wchodzić
tu absolutnie w żadną politykę, ale uważam, że naczelne organa naszych urzędów
państwowych czy wojskowych powinny w jakiś sposób wziąć generała Błasika i
pamięć o jego dokonaniach w obronę. Ponieważ nadal trwa to śledztwo, mnożą się
tysiące spekulacji, potrzebny jest głos, by powstrzymać się od nich. Miałoby to
duże znaczenie, cały czas ufam, że tak się stanie, dobrze pamiętam słowa pana
ministra Bogdana Klicha, który powiedział nad trumną gen. Błasika, że będzie
bronił jego honoru. Bardzo bym chciał, żeby tak było.

Na razie tego honoru musi bronić samotnie wdowa po generale.
– To prawda. Najbardziej w tym wszystkim szkoda mi właśnie rodziny generała,
pani Ewy oraz dzieci – Joanny i Michała, które muszą patrzeć na to, jak hańbiony
jest honor ich ojca. I to właściwie bez żadnych dowodów, bo nie można mówić, że
dysponujemy jakimiś dowodami. Stąd też staram się ich wspierać comiesięczną Mszą
św. w intencji śp. generała, korespondencją, dobrym słowem, bo taka też jest
rola kapłana, by być z tymi, którzy cierpią. Ufam, że honor generała i prawdziwe
jego oblicze jako dowódcy, który polskie Siły Powietrzne wyniósł na odpowiedni
poziom i ten poziom utrzymywał, zostanie ochroniona. Że zostanie o nim pamięć ta
prawdziwa, a nie wypaczona i zniekształcona, którą się dziś przekazuje.

Jak, zdaniem Księdza, powinniśmy, przeżyć pierwszą rocznicę katastrofy
smoleńskiej?

– Przede wszystkim na modlitwie za tych, którzy polegli, bo zmarłym pomaga już
tylko nasza modlitwa. Jako kapłan nie mogę powiedzieć inaczej, ale tak samo też
czuję. Te uroczystości powinny być godne, ciche i spokojne. Zostawić trzeba
wszystkie spory polityczne, ten cały jazgot, który gdzieś narósł przy tym
wszystkim. Potrzeba w tym dniu wielkiej kultury, szczególnie aktualne jest teraz
powiedzenie, które funkcjonuje w naszej polskiej tradycji, "żeby było ciszej nad
tymi trumnami". Ważny jest nastrój zadumy, refleksji. W duchu też osobiście
proszę Boga, by tak było, by ustały wtedy wszelkie spory. Wiadomo, jedni mają
więcej racji, bo jest to walka o prawdę, inni zupełnie jej nie mają, ale na ten
czas to wszystko trzeba jakoś odłożyć i pomyśleć nad tym, co Pan Bóg chce nam
przez tę tragedię narodową powiedzieć. Bo przecież Bóg mówi również do człowieka
przez znaki. Pierwszą rocznicę tej katastrofy należy przeżyć w zadumie i
pochyleniu się nad sensem tego, co się stało.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj