Ubezpieczenia od kolejek

Potrzeba zdrowotna i konieczność leczenia, a nie zasobność portfela powinny
decydować o dostępie do świadczeń zdrowotnych. Proponowane przez rząd dodatkowe
ubezpieczenia są żywcem zaczerpnięte z teorii darwinizmu społecznego – bogatszy
jest mocniejszy i lepszy niż przeciętny obywatel. Co ze zwykłą ludzką
solidarnością, z zasadami etyki?

W ramach kolejnej już, tym razem wiosennej ofensywy ustawodawczej, realizowanej
według platformerskiego scenariusza działań PR-owskich polegających na robieniu
Polakom wody z mózgu, rząd Donalda Tuska zapowiedział rychłe rewolucyjne (który
to już raz…) zmiany w polskiej ochronie zdrowia. Tym razem na rewolucyjnym
celowniku pojawiły się dodatkowe dobrowolne ubezpieczenia zdrowotne jako
panaceum na wszystkie trapiące nas problemy polskiej służby zdrowia. Na naprędce
zwołanej konferencji prasowej minister zdrowia Ewa Kopacz za pośrednictwem
mediów roztoczyła przed naszymi obywatelami wspaniałą wizję funkcjonowania
ochrony zdrowia w Polsce, oczywiście w niedalekiej przyszłości. Wizja ta miałaby
się urzeczywistnić poprzez wprowadzenie dodatkowych, dobrowolnych komercyjnych
ubezpieczeń zdrowotnych. Kilka dni później na stronach internetowych
Ministerstwa Zdrowia pojawił się projekt dotyczący tej propozycji ustawy.

Nihil novi
W uzasadnieniu do projektu ustawy o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych
opierano się na przesłankach statystycznych, według których w polskim systemie
opieki zdrowotnej oprócz około 60 miliardów złotych przeznaczonych na leczenie
naszych obywateli przez Narodowy Fundusz Zdrowia (obowiązkowa składka zdrowotna
uzupełniona w niewielkim stopniu przez budżet państwa), krąży ponad 30 miliardów
złotych, które Polacy z własnej kieszeni przeznaczają na leczenie. To właśnie te
środki finansowe powinny, zdaniem pani minister, zasilić finansowo nasz system
zdrowotny. Na marginesie trzeba przypomnieć, że ogromną część tych funduszów
pochłaniają dopłaty dokonywane przez pacjentów na zakup leków w aptekach, a więc
w żaden sposób nie mogą być skierowane na finansowanie leczenia. Zgodnie z
argumentacją rządu, przepisy regulujące działalność dodatkowych ubezpieczeń
zdrowotnych mają zagwarantować świadczeniobiorcom (czytaj: polskim pacjentom)
należytą realizację ich uprawnień wynikających z Konstytucji RP i z innych
ustaw. Ze zdumieniem konstatuję, że po to, by publiczne pieniądze przeznaczone
na ochronę zdrowia były wydawane racjonalnie i gwarantowały pacjentom właściwy
poziom opieki zdrowotnej, trzeba wprowadzić ubezpieczenia prywatne, komercyjne.
Tak sformułowana absurdalna teza ocierająca się o najlepsze przykłady
purnonsensu nie ma żadnego odniesienia i wytłumaczenia w tekście ustawy.
Zdaniem specjalistów i ekspertów z zakresu ubezpieczeń, proponowane w projekcie
zmiany nie wnoszą do naszego systemu organizacji i finansowania świadczeń
zdrowotnych istotnych zmian. Co więcej, ich wprowadzenie spowoduje nasilenie się
istniejących już przecież w naszej służbie zdrowia problemów i patologii.
Z tekstu projektu ustawy o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych wynika, że
proponowane są pewnego rodzaju ubezpieczenia o charakterze komplementarnym i
suplementarnym.
Od czego więc ten, kto będzie chciał i dodatkowo miał pieniądze, będzie się
ubezpieczał? Wygląda na to, że jedynym powodem dodatkowego ubezpieczenia
zdrowotnego będzie ubezpieczenie się od kolejki oczekujących na leczenie. To
rozwiązanie będzie zatem podobne do funkcjonujących w niektórych hipermarketach
tzw. kas ekspresowych. Masz dodatkową polisę – szybciej skorzystasz z leczenia
reglamentowanego, które oznacza konieczność oczekiwania w kilkumiesięcznej,
często kilkuletniej, kolejce na konkretną poradę specjalistyczną czy zabieg
operacyjny. Inaczej – zamiast stać w kolejce rok lub dwa, będziesz "załatwiony"
ekspresowo. Jak to się ma do zasad prawidłowego kwalifikowania do zabiegu
operacyjnego w myśl zasad obowiązujących w prawie wszystkich istniejących
systemach opieki zdrowotnej, w których jedynym powodem skrócenia oczekiwania na
leczenie są względy zdrowotne, czyli pogorszenie się stanu zdrowia? To przecież
podstawowa zasada nowoczesnego państwa prawa, kardynalna zasada realizowana
przez służbę zdrowia w cywilizowanych krajach świata.
Uważam, że proponowana ustawa to ogromny krok wstecz, chyba że na serio weźmiemy
przemyślenia posłanki Platformy Obywatelskiej Joanny Muchy o traktowaniu przez
chorych pacjentów wizyty u lekarza jako swoistej rozrywki.

Szkodliwa segregacja
Czy proponowane zmiany wnoszą nową jakość do systemu? Moim zdaniem, nie. Co
więcej, jestem przeciwnikiem stworzonego przez projekt ustawy o dobrowolnych
dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych podziału osób na posiadających
ubezpieczenie publiczne i posiadających ubezpieczenie prywatne, przy
jednoczesnym wspólnym źródle udzielania świadczeń. Takie rozwiązanie, moim
zdaniem, spowoduje reakcje rynkowe, które nie będą leżały w zamierzeniach
ustawodawcy (zawsze należy mieć w pamięci możliwe reakcje strony podażowej i
popytowej). W moim rozumieniu klasyfikacji dobrowolnych ubezpieczeń chorobowych
ubezpieczenia komplementarne powinny być świadczone poza systemem
świadczeniodawców "publicznych" (dokładnie kontraktowanych przez oddziały NFZ).
Przecież ich rozwój ma swoje korzenie w nieefektywnym systemie publicznym i
przejawia się rozwojem systemu równoległego. Nie należy dzielić
świadczeniobiorców, a podzielić świadczenia, tj.: na te pokryte w całości przez
system publiczny (wówczas ubezpieczenia suplementarne mają system równoległy),
pokryte w części przez system publiczny (dopłaty jako ubezpieczenia
komplementarne są finansowane z dobrowolnych ubezpieczeń, natomiast dla osób
najbiedniejszych składka na to ubezpieczenie finansowana jest z budżetu państwa)
oraz na niepokryte przez system publiczny (rozwiązanie podobne do poprzedniego).
Jednakże, aby osiągnąć ten cel, wszystkie świadczenia, procedury muszą być
precyzyjnie zdefiniowane oraz regularnie weryfikowane, na co trzeba całego
sztabu specjalistów i środków finansowych na pokrycie kosztów ich pracy.
Za skrajnie niesprawiedliwą ze względów społecznych uważam również propozycję
odliczenia składki na dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne od podatku dochodowego
PIT. Moim zdaniem, oznacza to, że ewentualne ulgi z zasady będą nakierowane na
osoby o znacznych dochodach. Co ma w związku z tym począć przeciętny rencista
czy emeryt? Notabene z przepisów ustawy nie wynika w żaden sposób, by do tego
systemu mógł na normalnych zasadach przystąpić schorowany starszy człowiek, a
jeżeli już, to jest pewne, że nie będzie w stanie zapłacić wyliczonej przez
prywatnych ubezpieczycieli składki. Będzie ona bowiem musiała opiewać na kwoty
wielotysięczne. A co z tymi, którzy nie podlegają podatkom od dochodów
osobistych, np. rolnikami? Jakie propozycje ulg i zachęt ma dla tej niemałej
przecież grupy rząd PO – PSL?

Szpital to nie fabryka
Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na fragmenty uzasadnienia projektu, które
nawiązują do racjonalnego – według autorów – wykorzystania bazy szpitalnej (tzw.
zasobów szpitalnych). Nie jest prawdą, że zabiegi operacyjne i inne procedury w
szpitalach odbywają się przez 24 h na dobę. Tak nie dzieje się w żadnym znanym
mi szpitalu europejskim. Po prostu pomieszczenia, w których wykonuje się
zabiegi, muszą być przez ściśle określony czas sprzątane, dezynfekowane,
wietrzone, muszą być sterylizowane narzędzia itd. W przypadku zaniedbań w tej
tak ważnej sferze procedur medycznych pojawiają się duże ilości powikłań i
zakażeń szpitalnych, a to przecież katastrofa dla pacjenta, szpitala, nie mówiąc
już o płatniku. Leczenie powikłań, zakażeń szpitalnych to ogromne, dodatkowe
koszty. Każdy dobrze zarządzany szpital zwraca na odpowiednie przerwy
technologiczne bardzo dużą uwagę. W potężnej klinice uniwersyteckiej w Monachium
zabiegi operacyjne, te planowe, wykonywane są w godzinach 8.00-17.00 z
wyłączeniem dni wolnych od pracy. W pozostałym czasie obowiązuje przerwa
techniczna, by unikać za wszelką cenę niekorzystnego narażenia pacjenta na
powikłania. Swoją drogą, kto w polskich warunkach ma przeprowadzać te dodatkowe
zabiegi po godzinie 15.00? Przecież w większości polskich szpitali o godzinie
13.00, najpóźniej 15.00, poza lekarskim personelem dyżurnym nie uświadczysz
innego personelu. Lekarze w tym czasie przyjmują w innych placówkach
leczniczych, często w gabinetach prywatnych. Czy autorzy projektu myślą, że
odpowiednia premia finansowa w sposób magiczny załatwi ten problem? Chętnie
zobaczyłbym chirurga, anestezjologa, którzy po godzinie 15.00 za premię w
wysokości około 50 zł realizują zapowiedzi rządu wynikające z projektu ustawy o
dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych. Przecież w tym samym czasie zarobi
wielokrotnie więcej w innej placówce.
Nie czas w tym miejscu na szczegółową analizę projektu ustawy, eksperci
zajmujący się zawodowo systemami opieki zdrowotnej i ubezpieczeniami nie
pozostawiają żadnych złudzeń co do wartości tego dokumentu. Proponowane
rozwiązania nie wpłyną w żaden sposób na poprawę dostępności i jakości leczenia
w polskiej służbie zdrowia. Wygląda na to, że rewolucyjne zmiany, jak uczy
doświadczenie, pozostaną jedynie gromkim dęciem w tubę propagandową. Nie dajmy
się zwariować.

Bolesław Piecha
 

drukuj