Bez prawa łaski

Z Waldemarem Goskiem, synem ppor. Franciszka Goska ps. "Sęk",
bohaterskiego żołnierza Polski Podziemnej, zamordowanego wyrokiem
komunistycznego sądu, rozmawia Adam Białous

W którym momencie życia Franciszek Gosk rozpoczął służbę wojskową ?
– Mój ojciec po raz pierwszy związał się z wojskiem, kiedy jako nastoletni
chłopak zawyżył swój wiek, zaciągnął się w szeregi Wojska Polskiego, zasilanego
ochotnikami, by odeprzeć bolszewicką nawałę w roku 1920. Kiedy z Bożą pomocą
wroga udało się pokonać i zakończyć wojnę, ojciec nie chciał się rozstać z
wojskiem – bo sobie w tej służbie bardzo zasmakował. Najpierw był w piechocie,
później w szwadronie kawalerii Korpusu Ochrony Pogranicza, który stacjonował w
Stołpcach na Nowogródczyźnie. Niełatwa to była służba. Wschodnia granica
Rzeczypospolitej, której strzegli żołnierze KOP, ciągle wrzała, często
dochodziło do potyczek z komunistyczną partyzantką czy sowieckimi bandami.
Ojciec często wracał wówczas ze służby do domu bardzo zmęczony, prawie nie
rozstawał się z bronią.

Życie Państwa rodziny w tym okresie można jednak określić niemal jako
sielankę w porównaniu z tragicznymi zmianami, jakie przyniosła II wojna.

– Tak, to prawda. Ja na pewno w okresie dzieciństwa byłem szczęśliwy. Trwało to
do wybuchu wojny 1 września 1939 roku. Jako że ze Związkiem Sowieckim
obowiązywał pakt o nieagresji, większą część oddziałów KOP skierowano do walki
na zachodniej granicy. Również szwadron "Stołpce" wchodzący w skład pułku
"Snów", w którym służył mój tato Franciszek Gosk, ruszył do boju z Niemcami.
Niestety Związek Sowiecki, jak to było w jego zwyczaju, nie dotrzymał
podpisanego z Polską paktu i zaatakował ją 17 września. Wtedy dla nas świat się
zupełnie zawalił. Widziałem czołgi sowieckie wkraczające do Stołpc, to było
straszne. Z mamą wychodziliśmy codziennie na dworzec, wyglądać, czy w którymś
transporcie polskich żołnierzy wiezionych na Wschód nie ma mojego ojca.

Znaleźliście ojca w którymś z bydlęcych wagonów wiozących polskich oficerów
na zagładę?

– Na szczęście ojcu udało się uniknąć losu polskich oficerów zamordowanych w
ZSRS. Nie spotkała go również śmierć na bitewnym polu, nie trafił do niemieckiej
niewoli. Wrócił szczęśliwie do Stołpc. W domu nie zabawił jednak długo, gdyż
ostrzeżono go, że będzie wywieziony z rodziną na Wschód. Jeszcze w Stołpcach
dosięgło naszą rodzinę nieszczęście, gdyż w listopadzie 1939 r. zmarła moja
mama. Ojciec więc ze swoim małoletnim synem Waldemarem, czyli ze mną, wyjechał w
głąb Polski. Osiedliliśmy się u dziadków w Wysokiem Mazowieckiem. Jednak i tu
znaleźli nas Sowieci. Chcieli naszą rodzinę wywieźć na Wschód, byliśmy już nawet
na liście deportacyjnej, jednak wybuchła wojna niemiecko-sowiecka, co nas
uratowało. Życie zaczęło toczyć się swoim biegiem. Był to dla naszej rodziny
czas w miarę spokojny. Ojciec ożenił się po raz drugi, z siostrą mojej zmarłej
matki. Doczekał się z nią czworga dzieci.

Jednak Pana ojcu nie było dane cieszyć się domowymi pieleszami.
– O nie. Żołnierska dusza mojego ojca nie pozwoliła mu długo żyć bez wojaczki,
więc wkrótce wstąpił w szeregi podziemnego Związku Walki Zbrojnej
przekształconego później w Armię Krajową. Jego aktywna działalność została
szybko doceniona przez dowódcę okręgu ppłk. Władysława Liniarskiego "Mścisława".
W pisanej przez niego opinii o ppor. Franciszku Gosku ps. "Sęk" jest informacja,
że własnym sumptem i staraniem uzbroił cały pluton piechoty AK, co wówczas było
nie lada wyczynem. Z plutonem tym prowadził wiele akcji przeciwko niemieckiemu
okupantowi, aż do czasu wkroczenia na ziemie polskie Armii Czerwonej w roku
1944.

Komunistyczna bezpieka zainteresowała się od razu Pana ojcem?
– Nastąpiły liczne aresztowania i prześladowania. Nie uniknął tego smutnego losu
także mój ojciec. Co gorsza, wydał go jeden z podległych mu żołnierzy. Ojca jako
dowódcę batalionu Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość" (organizacji powstałej we
wrześniu 1945 r. na bazie Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj) aresztowano w
grudniu 1946 roku. Podczas przesłuchań był bity i torturowany. Nikogo jednak nie
wydał i odmówił współpracy z UB. Dlatego postawiono go przed Wojskowym Sądem
Rejonowym w Białymstoku. Mojego ojca oraz kilka innych osób sądził 14 stycznia
1947 r. na posiedzeniu wyjazdowym w Czyżewie sam szef tego sądu mjr Włodzimierz
Ostapowicz – nie bez powodu zwany "sędzią śmierć". W latach 1946-1952 wobec
żołnierzy podziemia niepodległościowego orzekł on około 200 wyroków śmierci, z
czego wykonano nie mniej niż 174.

Dlaczego komuniści zdecydowali się sądzić publicznie "Sęka"?
– Publiczny proces w Czyżewie miał na celu zastraszenie miejscowej ludności,
którą zmuszano, by była jego świadkiem. Wyroki ustalono już wcześniej, natomiast
wystąpienia obrońcy były tylko formalnością. Bezpieczeństwa komunistycznego sądu
bronił wóz pancerny oraz duża liczba sowieckich żołnierzy. Sam sąd nie trwał
długo. Na proces mnie nie wpuszczono, miałem wówczas 12 lat, kiedy więc
zobaczyłem, że ludzie się rozchodzą, pobiegłem tam szybko. Jeden znajomy
mężczyzna zatrzymał mnie jednak i powiedział: "Walduś, nie masz już ojca". Byłem
zrozpaczony. Podszedłem do stojących jeszcze w miejscu sądu prokuratora i
sędziego. Ściskałem ich za nogi, błagałem o litość dla ojca. Jednak zostałem
brutalnie odtrącony.

Pana rodzina podejmowała próby interwencji?
– Próbowaliśmy różnych sposobów, aby darowano mu życie. Jeździliśmy wszędzie,
gdzie się dało. Prosiliśmy we wszystkich urzędach. Byliśmy nawet u pierwszego
sekretarza PPR. Spotkaliśmy się tam jednak jedynie z obojętnością i wrogością.
Nikogo nie wzruszył widok matki z pięciorgiem małych dzieci, które miały zostać
bez ojca. Próbowaliśmy jeszcze uzyskać łaskę u okrutnego sędziego mjr.
Włodzimierza Ostapowicza, który wydał na ojca wyrok śmierci. Dom, w którym
mieszkał, na ulicy Mickiewicza w Białymstoku, strzeżony był przez żołnierzy.
Powiedzieliśmy, że jesteśmy z rodziny majora. Wtedy nas przepuścili. Weszliśmy
do mieszkania. Ostapowicz wyszedł do nas. Mama zaczęła prosić go o litość, o
łaskę dla taty. A on zaczął na nas krzyczeć i wyrzucił nas, tak że o mało co nie
spadliśmy ze schodów.

Pana ojciec wnioskował o ułaskawienia?
– Tak. Mój ojciec w piśmie do prezydenta Bolesława Bieruta zwrócił się z prośbą
o łaskę. Prosił o nią ze względu na to, że jak pisał, "rąk nie splamił bratnią
krwią" oraz z powodu swoich małoletnich dzieci, które miały być pozbawione ojca.
Skład sędziowski, opiniując tę prośbę, poradził jednak prezydentowi nie
korzystać z prawa łaski z uwagi na "niespokojny teren". Prezydent Bierut
posłuchał sędziów. Mojego ojca zamordowano. Pamiętam ten dzień, w którym się o
tym dowiedzieliśmy. Wówczas przyjechaliśmy do Białegostoku, do więzienia, gdzie
był tato. Prosiliśmy o widzenie, bo była taka możliwość, ale nie chcieli nas
wpuścić. Poszliśmy więc po wyjaśnienie do prokuratury. Pytamy, dlaczego? A oni
do nas: "Nie dostaniecie widzenia ani teraz, ani już nigdy". Zrozumieliśmy, że
tatę zabito. Po wykonaniu wyroku, 27 stycznia 1947 r., nie wydano nam ciała ojca
i tak do dnia dzisiejszego nie znamy miejsca jego pochówku.

Dziękuję za rozmowę.

 

drukuj