Czyja jest TVP?
TVP ma pozostać zmonopolizowana przez ludzi o światopoglądzie lewicowym i
liberalnym, nie ma w niej miejsca dla tradycjonalistycznej i patriotycznej
prawicy. Jakkolwiek ułożą się koalicje w KRRiT, Radzie Nadzorczej i Zarządzie
TVP, w żadnej nie przewiduje się udziału nikogo, kto kojarzyłby się z Prawem i
Sprawiedliwością.
Wieczorem 3 marca Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, po siedmiu miesiącach
pracy i sporów, wybrała Radę Nadzorczą Telewizji Polskiej na najbliższe trzy
lata. Nikt nie próbuje udawać, że w rezultacie uzyskane zostało
"odpolitycznienie" mediów publicznych. Wręcz przeciwnie, w siedmioosobowym
składzie wprost wskazuje się dwóch członków PSL i dwóch przedstawicieli SLD. Do
tego dochodzi dwóch delegatów ministerstw (czyli Platformy Obywatelskiej). Jako
siódmego, dla zademonstrowania rzekomego pluralizmu, wskazano prof. Wojciecha
Roszkowskiego, byłego eurodeputowanego PiS. Pat uniemożliwiający wyłonienie
składu rady wydawał się nie do przezwyciężenia, przepychanki trwały kilka
miesięcy. Lewica żądała dla siebie trzech mandatów w radzie, uzyskała dwa.
Platforma, nie mogąc przezwyciężyć oporu ludzi Grzegorza Napieralskiego,
postanowiła ich kosztem o wzmocnieniu PSL, sama zostawiając sobie tylko dwa
miejsca będące w gestii rządu. Ludowcy uzyskali dzięki temu w nowych władzach
TVP nieproporcjonalnie dużą reprezentację. Osoba prof. Roszkowskiego w tych
układankach niestety się nie liczy. Nikt nie potrzebuje jego głosu, by uzyskać
większość w siedmioosobowym gremium. Łatwo policzyć, że konfiguracje mogą być
trzy: PO z PSL (2+2), PO z SLD (2+2) oraz – najmniej dziś prawdopodobna – SLD z
PSL (2+2).
Nowo wybrana rada nadzorcza ma teraz obowiązek wskazać nowy skład trzyosobowego
zarządu telewizji, który rządzić będzie na Woronicza do roku 2015. Do tego
potrzebny jest konkurs, a jego wyniki musi zatwierdzić (i dokonać rzeczywistego
wyboru prezesa i jego dwu zastępców) wyższa instancja, czyli Krajowa Rada
Radiofonii i Telewizji. Zanim to nastąpi (może minąć kolejnych kilka miesięcy),
nowa rada nadzorcza ma prawo czasowo delegować do pełnienia funkcji szefa
telewizji jednego ze swoich członków. Tak też się stało. W piątek, 4 marca, jak
ogłoszono – na okres sześciu tygodni, pełniącym obowiązki prezesem został
Juliusz Braun, delegat ministra kultury w radzie nadzorczej, a więc osoba
związana z PO. Kto będzie potem decydował o personaliach władz polskiej
telewizji? Krótkoterminowo, jednak w praktyce nawet przez wiele miesięcy – może
to być PO i PSL (do tego wystarcza zwykła większość w radzie nadzorczej).
Długoterminowo, a więc w perspektywie kilku lat – nikt bez poparcia SLD się nie
przeciśnie (do tego trzeba czterech z pięciu głosów w KRRiT, tu SLD ma dwóch
członków, a PO i PSL dysponują łącznie tylko trzema głosami). Dlatego największą
siłą w przyszłych decyzjach personalnych w mediach publicznych rozporządza
lewica.
SLD szachuje Platformę
Jak do tego doszło? Latem ubiegłego roku politykom Platformy Obywatelskiej
wydawało się, że całkowicie objęli władzę nad mediami publicznymi w Polsce.
Decyzją Bronisława Komorowskiego przed upływem kadencji rozwiązana została
wybrana w 2006 roku, za czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości oraz Lecha
Kaczyńskiego, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, natomiast Sejm przyjął
specustawę medialną, na mocy której równie gwałtownie zakończone miały być
kadencje Rad Nadzorczych TVP i Polskiego Radia. Głównym celem rządzącej partii
było odsunięcie od jakichkolwiek wpływów w środkach przekazu ludzi kojarzonych z
partią Jarosława Kaczyńskiego. Platforma popełniła jednak dwa błędy. Dała się w
dziecinny sposób wymanewrować politykom SLD, którzy umiejętnie wykorzystali
fakt, że zaślepieni wrogością do opozycyjnej prawicy ludzie Tuska nie
dostrzegli, iż decydujący głos przy wyborze nowych władz mediów publicznych będą
mieli ludzie lewicy, a nie Platformy.
Pierwszy błąd popełniony przez PO polegał na wyborze przez Sejm w skład
pięcioosobowej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji aż dwóch przedstawicieli
SLD. Do podjęcia jakiejkolwiek uchwały przez KRRiT potrzeba zgodnie z ustawą
kwalifikowanej większości głosów. Nie wystarczy zwykła większość trzech głosów,
do każdej decyzji potrzeba co najmniej czwartego głosu, a więc głosu
przynajmniej jednego z przedstawicieli SLD. I ludzie Grzegorza Napieralskiego ze
swej silnej pozycji skwapliwie korzystają. Każda decyzja KRRiT musi mieć placet
lewicy. SLD może więc blokować wybór przyszłego zarządu TVP tak długo, aż nie
uzyska korzystnego dla siebie rozwiązania. Podobnie blokować może próby
odwołania popieranego przez siebie prezesa TVP.
Partia Napieralskiego liczy też na zmianę układu sił w przyszłym, wybranym
jesienią Sejmie. Przyszły parlament może znów podjąć próbę ustawowej zmiany
władz telewizji. Lewica ma nadzieję, że w razie niekorzystnego dla siebie
rozstrzygnięcia personalnego i przedłużającego się chaosu znajdzie większość
parlamentarną, dzięki której zagwarantuje sobie poszerzenie zakresu wpływów w
mediach. Że nie jest to niemożliwe, uczy niedawna historia, kiedy to w okresie
ostatnich pięciu lat próby nowego rozdania w mediach publicznych za pomocą
odpowiedniej ustawy sejmowej podejmowane były pięciokrotnie.
Naród wydziedziczony z mediów
W całym tym gorszącym międzypartyjnym sporze zapomina się o najważniejszym:
prawdziwym właścicielem Telewizji Polskiej jest Naród. Do tej pory przez ponad
dwadzieścia lat jego elity nie potrafiły w sposób sprawiedliwy ustalić zasad
zarządzania tym arcyważnym dla kultury i tożsamości dobrem wspólnym. Z udziału w
nim przez lata systematycznie eliminowany jest nurt prawicowy, konserwatywny i
niepodległościowy. Trwa dramatyczna zapaść finansowa TVP i Polskiego Radia,
pokazująca samobójczą dla państwa politykę utraty suwerenności w dziedzinie
kultury.
Cóż zatem pozostaje milionom Polaków, którzy nie chcą, by przez najbliższe lata
ich Telewizja Polska była znów postawem sukna rozdzieranym przez PSL, SLD i PO?
Wyrzec się należnej im własności? Podstawowym hasłem widzów TVP nurtu
prawicowego powinno być: "Musimy się policzyć". To ważny argument, coraz
ważniejszy w dzisiejszym świecie. "Policzenie się" działa w dwie strony.
Mobilizuje własne szeregi i stwarza istotne narzędzie nacisku na stronę
przeciwną. Ciągle zbyt mało stosuje się w naszym kraju prostych sposobów
wyrażania swego zdania: poprzez list, skargę, protest do Krajowej Rady
Radiofonii i Telewizji, rady nadzorczej, programowej. Porównajmy: w Polsce
rocznie odnotowuje się zaledwie około tysiąca interwencji obywatelskich w
sprawie mediów, w Wielkiej Brytanii – siedemdziesiąt tysięcy! Wielu wydaje się,
że to nie ma znaczenia. Otóż ma. Niezadowolenie kilkuset tysięcy ludzi ma
wymierny rezultat ekonomiczny. Poparcie kilkuset tysięcy ludzi – daje również
efekt mierzony w złotówkach, choćby odpowiednie wpływy z reklamy. Wie o tym
każdy, kto choć trochę orientuje się w ekonomii. Istotne są także wyrazy
poparcia kierowane do niezależnych publicystów i nagłaśniane w niezależnych
mediach. Konieczne jest wsparcie dla konkretnych audycji, programów i osób. Musi
być wiadomo, że stoją za nimi setki tysięcy zdeterminowanych odbiorców. Nie
mniej ważne pozostaje wspieranie mediów "drugiego obiegu", mediów prawdy. Ten
nurt jest coraz silniejszy, ale nie dość silny jak na wielomilionowy prawicowy
elektorat. Nawet najlepsze jednak niezależne prywatne media nie są w stanie
zastąpić mediów publicznych.
Nie powinniśmy w żadnym razie uznać, że wobec przejęcia TVP przez lewicę do
spółki z liberałami należy zrezygnować ze stanowczego i głośnego domagania się
proporcjonalnej obecności nurtu prawicowego w ofercie programowej mediów
publicznych. Wręcz przeciwnie – tym bardziej rządząca większość ma obowiązek
udowodnić, że reaguje w obowiązujący w demokracji sposób na wielotysięczne
manifestacje niezadowolenia. Dotychczas działaniom tym brak odpowiedniej
koordynacji. Widzowie działają spontanicznie, w rozproszeniu, dając upust swej
frustracji na forach internetowych, w blogach. Spośród setek tysięcy widzów Jana
Pospieszalskiego tylko kilka tysięcy zaangażowało się czynnie w protesty, pisząc
do władz TVP, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, do samego autora "Warto
rozmawiać".
To już nie czasy PRL, to już nie lata 90.
Cała chaotyczna walka o władzę w polskich mediach publicznych dzieje się w
sytuacji poważnych tarapatów finansowych TVP. Opłaty abonamentowe zbierane są w
tak znikomej ilości, że finansują już tylko 10 proc. potrzeb telewizji. Reszta
pochodzi z wpływów reklamowych, co zmusza telewizję publiczną do rezygnacji z
ambitniejszej oferty i ścigania się mało wartościowymi produkcjami rozrywkowymi
z TVN i Polsatem.
Systematycznie i nieubłaganie spada liczba widzów telewizji publicznej. Jeszcze
przed rokiem wszystkie kanały TVP miały ponad 42 proc. udziału w oglądalności
telewizji przez polskich widzów łącznie. Teraz jest to już tylko 37 proc. (dane
TNS OBOP). Zyskują TVN i Polsat oraz coraz liczniejsze satelitarne stacje
tematyczne. To ma bezpośredni wpływ na niższe dochody telewizji publicznej z
reklam, bo reklamodawcy płacą zależnie od liczby widzów danego programu. TVP
przybywa silnych i bezwzględnych konkurentów dysponujących dodatkowymi źródłami
dochodów. Oprócz bogatej oferty telewizyjnej sprzedają oni dostęp do platform
satelitarnych, telefonii komórkowej, filmów na życzenie, internetu.
Dlatego tym głupsze i bardziej nieodpowiedzialne jest pozbawienie TVP oparcia w
postaci poczucia identyfikowania się z nią całego społeczeństwa, nie tylko
wyborców PO, SLD i PSL. Tym bardziej że to właśnie elektorat prawicowy i
tradycjonalistyczny może być tym, który rzeczywiście najsilniej wspiera
istnienie tej instytucji. Nie chce jej sprywatyzować, oddać pola TVN albo
jakiemuś koncernowi medialnemu z zagranicy. Chyba że ludzie telewizyjnego
establishmentu specjalnie piłują pracowicie gałąź, na której siedzą.
Warto jednak przypomnieć, że mamy rok 2011. To już nie czasy PRL ani nawet lata
90., kiedy można było ludzi skutecznie okłamywać. Społeczeństwo, Naród ma dziś
bardzo wiele nowych sposobów komunikowania się, działania i domagania się prawdy
w życiu publicznym, także w mediach. Kto wie, może upomni się o swoje media
publiczne prędzej, niż wielu dziś układającym personalne klocki w TVP się zdaje.
Barbara Bubula
Autorka w latach 2007-2010 była członkiem KRRiT desygnowanym przez prezydenta
Lecha Kaczyńskiego.
****************************
Kto wybiera (i odwołuje) prezesa TVP?
– Sejm, Senat i prezydent RP wybierają Krajową Radę Radiofonii i Telewizji (5
osób). Obecny skład został wyłoniony w 2010 roku przez Bronisława Komorowskiego,
PO, SLD i PSL. Kadencja KRRiT trwa sześć lat.
– Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji wybiera Radę Nadzorczą TVP (7 osób, w tym
dwóch przedstawicieli rządu). Kadencja trwa trzy lata.
– Rada nadzorcza przeprowadza konkurs na prezesa TVP i dwóch członków zarządu.
Ale to Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji wybiera (i odwołuje) prezesa oraz
zarząd TVP na wniosek rady nadzorczej. Odwołanie może też nastąpić na wniosek
ministra Skarbu Państwa. Kadencja prezesa TVP i zarządu trwa cztery lata
