Litwa szuka nowych sojuszy

Z Audriusem Bacziulisem, litewskim politologiem i publicystą, rozmawia
Mariusz Bober

Polacy na Litwie znów czują się zawiedzeni: prezydent Bronisław Komorowski
miał dla nich tylko okrągłe słowa i gesty. Tymczasem nasi rodacy czują się coraz
bardziej dyskryminowani jako mniejszość narodowa: trwa zamach na polskie
szkolnictwo, wciąż nierozwiązany jest problem zwrotu ziemi.

– Te sprawy są nierozwiązane z różnych powodów, na przykład zwrot ziemi to
problem wyłącznie finansowy. Grunty – szczególnie pod Wilnem – były w ostatnich
latach bardzo drogie. Ludzie, którzy zasiadali w samorządzie – zarówno Wilna,
jak i okręgu wileńskiego – którzy zajmowali się sprawą zwrotu ziemi, po prostu
"nie mieli w tym interesu", aby oddawać ją obywatelom. Podobnie było w rejonach
Kowna i Kłajpedy, gdy ruszały tam wielkie inwestycje budowlane.

Urzędnicy ci czerpali korzyści z tego, że nie zwracali nieruchomości
prawowitym właścicielom?

– Ależ oczywiście! Urzędnicy, którzy decydowali o zwrocie gruntów, mają zwykle
po kilka, a nawet kilkanaście działek na terenach, na których nadzorowali sprawę
zwrotu ziemi. Dopiero niedawno, gdy kryzys odcisnął się na litewskiej
gospodarce, a firmy budowlane zapowiedziały, że wstrzymują rozbudowę na terenach
podwileńskich i nastawiają się na inwestycje w samej stolicy, stało się jasne,
że cena ziemi w jej okolicach będzie spadać.

Ale to oznacza, że zwrot ziemi w samym Wilnie prawowitym właścicielom będzie
nadal blokowany…

– W stolicy nie będzie zwrotu ziemi, bo takie są zapisy ustawy w tej sprawie.
Podobnie jest w Kownie i innych miastach. Natomiast mają być wypłacane
odszkodowania lub zwracane grunty w innych rejonach kraju.

Nawet na odszkodowania polscy właściciele czekają już niemal 20 lat…
– Podobnie jest w innych rejonach Litwy i dotyczy to wszystkich mieszkańców. Ja
dopiero niedawno, po 14 latach starań, odzyskałem działkę po dziadku położoną
niedaleko Kowna.

Ale zgoda na zapisywanie nazwisk Polaków w ojczystym języku nie pociąga za
sobą niemal żadnych kosztów, a jednak ustawa w tej sprawie jest nadal blokowana
w litewskim parlamencie…

– To jest ewidentna wina władz litewskich. Zakaz zapisywania nazwisk w językach
narodowych to jeszcze sowiecki relikt. Nie rozumiem, dlaczego jest on nadal
podtrzymywany na Litwie. Odnosząc się zaś do słów prezydenta Komorowskiego [że 2
dni przed katastrofą smoleńską litewski Sejm odrzucił ustawę w sprawie pisowni
nazwisk – red.], chciałbym przypomnieć, jak rzeczywiście wyglądała sytuacja.
Otóż wynik głosowania był efektem nieoczekiwanego zachowania socjalistów. Jeden
z ich przywódców, Gedyminas Kirkilas, jeszcze dzień wcześniej zapewniał, m.in.
premiera Andriusa Kubiliusa, że socjaliści poprą ustawę. Głosując ostatecznie
przeciw, zapewne chcieli pokazać, że rządząca centroprawicowa koalicja nie
potrafi – tak jak to robili wcześniej socjaldemokraci – wywiązać się z
zobowiązań realizacji strategicznych relacji z Polską. Ale ważne były też
zapewne przyczyny ekonomiczne. Socjaldemokraci "siedzą w kieszeni" rosyjskich
koncernów energetycznych, np. Kirkilas został premierem z wyraźnym poparciem
przedstawiciela Gazpromu na Litwie. Im gorsze są relacje między Polską a Litwą,
tym mniejsze są szanse, że powstaną wspólne projekty, których nie chce Rosja,
np. łączący nasze kraje most energetyczny. Brak dobrego klimatu w relacjach
polsko-litewskich nadal utrudnia rozwiązanie tego problemu. Cały ubiegły rok to
była walka słów, quasi-zimna wojna między Polską a Litwą.

Wynikało to z odrzucenia przez rząd Donalda Tuska strategicznego partnerstwa
z Litwą – fundamentalnego projektu polityki wschodniej PiS i śp. prezydenta
Lecha Kaczyńskiego?

– Chyba nie ma jednej przyczyny. Jedna z odpowiedzi może być taka, że obecne
władze Polski uznały, iż lepiej jest przyjaźnić się z dużymi krajami
europejskimi niż mniejszymi sąsiadami, jak Ukraina czy Litwa. Koncepcja ścisłej
współpracy z tymi krajami oraz z Białorusią została przez obecne władze Polski
zarzucona. Według Tuska i Sikorskiego, obecna strefa polskich interesów to
Berlin i Moskwa, a państwa, które leżą między Polską a Rosją, tylko "mieszają".
To jest kardynalna zmiana całej polityki Polski ostatniego 20-lecia.

Skoro dotychczas była "zimna wojna", to Litwa odbiera politykę Warszawy jako
wrogą?

– Tak jest odbierane zachowanie Radosława Sikorskiego. Zachowanie Bronisława
Komorowskiego – neutralnie, choć ma dobre stosunki z prezydent Litwy Dalią
Grybauskaite. Z kolei szef litewskiego rządu Andrius Kubilius ma dobre relacje z
Donaldem Tuskiem. Dlatego dla obecnych stosunków polsko-litewskich duże
znaczenie ma to, kto reprezentuje Polskę. Na przykład Radosław Sikorski miał za
złe Litwie, że nasi politycy nie poparli jego kandydatury na szefa NATO.
Niezadowolenie wywołane tą sytuacją polski minister przekłada na kształtowanie
relacji z Litwą.

Co jeszcze sprawia, że szef polskiego MSZ budzi taką irytację na Litwie?
– Sikorski chce być tym, który rozmawia zarówno z Berlinem, jak i z Moskwą,
"robiąc wielką politykę", ale w taki sposób, by między Polską i Rosją zniknęła
Białoruś. Tak właśnie w Wilnie jest odbierana polityka szefa polskiego MSZ.
Litewskich polityków denerwuje to, że Sikorski psuje wiele ich inicjatyw. W
dodatku sprzyjająca mu prasa w Polsce od razu naśladuje go, krytykując Litwę, że
np. "psuje jedność europejską", gdy prezydent Grybauskaite spotkała się z
Alaksandrem Łukaszenką. Ale gdy do Mińska na spotkanie z nim pojechał Sikorski
wspólnie z szefem niemieckiego MSZ Guido Westerwellem, ogłoszono, że jadą
ratować demokrację na Białorusi, choć od razu było wiadomo, że nie będzie tam
żadnej demokracji. Łukaszenka odrzucił finansowe propozycje UE, dobrze
rozumiejąc, że tak naprawdę Sikorski i Westerwelle działali w interesie Rosji…

Dlaczego tak Pan uważa?
– Bo obaleniem Łukaszenki obecnie zainteresowany jest głównie premier Rosji
Władimir Putin.

Ale współpracując coraz ściślej z Łukaszenką, władze Litwy same narażają się
na zarzuty wzmacniania autorytarnego reżimu na Białorusi.

– A jak UE ocenia swoją współpracę z Putinem, który jest jeszcze gorszy od
Łukaszenki? W Rosji pod rządami Putina zginęło dużo więcej jego przeciwników niż
na Białorusi przeciwników Łukaszenki. Moim zdaniem, sytuacja w tym kraju pod
względem stosunków między władzami i opozycją jest lepsza niż w Rosji.

Podtrzymuje Pan swoje niedawne komentarze, że to polityka wschodnia Warszawy
zmusza Wilno do zmiany partnera strategicznego na… Alaksandra Łukaszenkę, bo
władzom polskim nie zależy już na uniezależnieniu się od Rosji?

– Powiem inaczej. Litwie łatwiej jest obecnie dogadać się w wielu sprawach,
zwłaszcza w zakresie współpracy energetycznej, z Łukaszenką niż z władzami
polskimi.

Czy to znaczy, że władze polskie blokują jakieś projekty strategiczne z
Litwą, np. most energetyczny?

– Most energetyczny jest budowany.

Większym problemem jest spór Orlenu z władzami litewskimi w sprawie zakupu
naftoportu w Kłajpedzie, skąd polska firma chciała wybudować rurociąg do
Możejek?

– Tak. Podobnie jak Polska nie sprywatyzowała swojego naftoportu, również Litwa
nie zamierza tego robić. Terminal w Kłajpedzie jest bowiem gwarancją tego, że
nie zostanie zmonopolizowany transport paliw do naszego kraju. Plany Orlenu
wskazują natomiast na inny ważny problem na Litwie, mianowicie funkcjonowanie
litewskich kolei, które są gniazdem postkomunistów. Im zależy na tym, by zdobyć
"swoją część" zysków z transportu ropy z Kłajpedy do Możejek koleją…
Największy jednak problem z inwestycją w Możejki polega na tym, że nawet gdyby
przeprowadzić wszystkie planowane inwestycje Orlenu, to i tak działalność
Możejek nie będzie wystarczająco opłacalna, jeśli nie zostaną zapewnione dostawy
ropy rurociągiem. Problem w tym, że ten biegnie tylko z Rosji, a tamtejsza firma
zablokowała dostawy ropy na Litwę zaraz po tym, jak Orlen kupił Możejki…

Ewentualna sprzedaż przez Orlen jednej z rosyjskich firm udziałów w Możejkach
będzie oznaczać pogrzeb strategicznego partnerstwa polsko-litewskiego?

– Tak to zostanie odebrane na Litwie. Ale władze litewskie przyjmą taką decyzję
ze spokojem, bo nic innego nie mogą zrobić.

Podczas zeszłotygodniowej wizyty na Litwie prezydent Łotwy Valdis Zatlers
deklarował, że nadal wierzy w realizację polsko-litewsko-estońsko-łotewskiej
inwestycji w budowę elektrowni atomowej w Ignalinie. Jak te szanse oceniają
władze litewskie?

– Również wierzą, że uda się ją zrealizować i rząd Kubiliusa zrobi wszystko, by
to osiągnąć. Z ostatniego spotkania w Warszawie z premierem Tuskiem i premierami
innych krajów bałtyckich, gdzie była omawiana sprawa budowy elektrowni atomowej,
Kubilius wrócił bardzo zadowolony, przeświadczony o pełnym porozumieniu i
poparciu Brukseli. Trudno natomiast przewidzieć, co zrobią jego następcy [w
przyszłym roku na Litwie odbędą się wybory parlamentarne – red.]. Ale
przynajmniej zrobi wszystko, co się da, żeby sprawa budowy elektrowni stała się
nieodwołalna.

Władze litewskie zaniepokoiły informacje o rozmowach rządu Donalda Tuska w
sprawie importu energii z Kaliningradu?

– Nie, nie wierzę w taki scenariusz. Taka inwestycja wymagałaby ogromnych
inwestycji w rozbudowę sieci energetycznej zarówno po stronie Polski, jak i
Rosji. A Unia dofinansowała już budowę mostu energetycznego z Litwą i jest
wątpliwe, by sfinansowała również budowę połączenia z Kaliningradem.

Także w tej dziedzinie widać, że Litwa stawia na współpracę z Białorusią. Są
już plany importu energii z tego kraju…

– Ale chodzi tu raczej o pomysł tranzytowego przesyłu energii z Ukrainy. Nie
wydaje mi się, by Białoruś miała jakiekolwiek nadwyżki energii na sprzedaż.
Pojawiające się zapowiedzi budowy nowej elektrowni atomowej w tym kraju są moim
zdaniem mało realne. Kto ją zbuduje? Rosja?

Państwa bałtyckie chcą też budować terminale LNG, choć mówią wprost, jak
premier Andrius Kubilius, że one nie będą funkcjonowały bez połączenia z
systemami energetycznymi Polski i Finlandii…

– Jeśli inne kraje bałtyckie, np. Łotwa, chcą zbudować terminale, to niech to
robią, pod warunkiem, że zrealizują te projekty zgodnie z zaleceniami UE, a więc
że inny podmiot będzie właścicielem sieci rurociągów, a inny będzie przesyłać
nimi gaz. Mówiąc wprost – jeśli uda im się odsunąć Gazprom od zarządzania
rurociągami, to nie widzę zagrożenia dla bezpieczeństwa energetycznego państw
regionu. Nawet Białoruś chce zbudować własny terminal na litewskim wybrzeżu i
gdyby odbyło się to zgodnie z tymi regułami, to dlaczego nie miałaby taka
inwestycja zostać zrealizowana? Litwa liczy również na to, że zdobędzie wsparcie
finansowe z Unii Europejskiej dla planów połączenia ze skandynawskim systemem
rurociągów. Dotychczasowe rozmowy w tej sprawie są obiecujące. Również
obiecująco wygląda rozwinięcie współpracy w dymensji nordyckiej, co pokazało
m.in. ostatnie spotkanie państw bałtyckich i nordyckich w Wielkiej Brytanii [pod
której egidą tworzony jest polityczny sojusz tych państw w ramach UE – red.].
Litwa sama nie jest w stanie osiągać ważnych dla niej celów, dlatego musi szukać
wsparcia.

I szuka go w sojuszu z Wielką Brytanią i państwami skandynawskimi, bo nie
może liczyć na władze Polski?

– Oczywiście! Władze Polski również mogłyby być uczestnikiem tego sojuszu, ale
nie dołączyły do niego.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj