Za dużo polskości w mediach?

Według nowego projektu prawa prasowego redaktor naczelny polskiej gazety
nie musi mieć polskiego obywatelstwa. Jednocześnie z oporem medialnych biznesów
i ich ekspertów spotyka się projekt innego zapisu ustawowego – egzekwującego
obowiązek nadawania polskojęzycznej muzyki w polskich rozgłośniach radiowych.
Przy jeszcze innych zmianach prawnych część narodowych archiwaliów telewizyjnych
mają ochotę przejąć stacje komercyjne. Jaka jest kondycja polskości w prasie, w
eterze i na wizji?

W czasie gdy dla sporej części Polaków depolonizacja (własnościowa, kulturalna,
obyczajowa) mediów jest oczywistym faktem, znajdują się ludzie, którzy dopatrują
się wręcz przeciwnych problemów i potrzeb. I nie jest to grupa zmarginalizowana,
skoro bierze udział w pisaniu projektu ustawy. Mam na myśli pomysł na
nowelizację ustawy prawo prasowe przekazaną pod koniec 2010 roku przez
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego do Rady Ministrów i obecnie
szeroko dyskutowaną.
Nowy projekt legislacyjny spotkał się już z szeroką krytyką prawników i
środowiska dziennikarskiego. W żadnym z komentarzy nie napotkałem jednak
krytycznej opinii o rezygnacji z wymogu posiadania polskiego obywatelstwa przez
osoby pełniące funkcję redaktora naczelnego. Dotychczasowe przepisy przewidywały
uzasadnione odstępstwa od tej reguły. Dlaczego to nie wystarczy? Bo "wymóg nie
przystaje do obecnych realiów panujących na rynku pracy, a po wejściu Polski do
Unii Europejskiej jest wręcz sprzeczny z podstawową zasadą wolności podejmowania
pracy zarobkowej w państwach członkowskich. Zniesienie wymogu obywatelstwa
polskiego stworzy szanse dla obcokrajowców, którzy chcieli pełnić funkcję
redaktora naczelnego w polskich gazetach" – uzasadniają autorzy projektu.

"Wolność zarobkowania" ponad Konstytucją

Od dnia wejścia w życie ustawy czwartą władzę nad Polakami będzie mógł sprawować
każdy, bez obłudnego chowania się za plecami osób związanych formalnie z polską
państwowością. "Wolność zarobkowania" jest bowiem dla autorów nowelizacji
ważniejsza od zapisanej we wszystkich Konstytucjach niepodległej Polski zasady,
iż "władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu" (w obecnie
obowiązującej Konstytucji art. 4). Oczywiście literalnie i legalistycznie
przepis ten dotyczy trzech pozostałych władz (ustawodawczej, wykonawczej i
sądowniczej), których dostosowanie do unijnej "wolności zarobkowania" jest
zapewne kwestią dalszej przyszłości. Nie wątpię, że w kolejnej czarnej godzinie
naszych dziejów znajdą się tacy, którzy zechcą "stworzyć szansę dla
obcokrajowców", którzy chcieliby pełnić funkcję prezydenta Polski, polskiego
posła czy sędziego…
Niestety, nie wszystkie inicjatywy wychodzące z naszych ministerstw są tak
światłe, dlatego spotykają się ze skuteczną krytyką przedstawicieli
międzynarodowych interesów muzycznych w Polsce. Mam na myśli próbę egzekwowania
obowiązku, aby jedna trzecia wszystkich odtwarzanych przez rozgłośnie radiowe
utworów była polska. Przepis obligujący do tego już istnieje, ale jest przez
biznesy radiowe omijany. Utwory polskie są emitowane, ale w nocy. Przewrotna
argumentacja mówi, że nie ma odpowiednich polskich utworów w modnych gatunkach
muzycznych. Tymczasem polscy artyści alarmują od lat, że ich twórczość nie może
się przebić, bo… nie jest puszczana w radiu. Jednak "stworzenie szansy dla
krajowców" nie może liczyć na dobrą prasę i poparcie rządu. Stosowny zapis w
ustawie – mówiący, że 70 procent utworów polskojęzycznych powinno być nadawane w
godzinach 6.00-23.00 – znalazł się w projekcie nowelizacji ustawy o radiofonii i
telewizji wysłanym z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego do Rady
Ministrów 10 grudnia 2010 roku. Jednak w projekcie przyjętym przez Radę
Ministrów 4 stycznia 2011 r. zapis ten zniknął. Do 12 lutego Sejm prowadził
konsultacje dotyczące tego projektu, a już w dniach 23-25 lutego br. może się on
znaleźć w porządku obrad izby. To jest ostatni moment, aby się o niego upomnieć.

Przywrócić mediom polską kulturę

"Szanse dla krajowców" nie są dla Platformy Obywatelskiej ważne, chyba że są to
krajowcy predestynowani do pełnienia funkcji rodzimych magnatów medialnych.
Wówczas mogą liczyć na wsparcie instytucji rządowej. Ministerstwo Kultury i
Dziedzictwa Narodowego przygotowuje projekt tzw. digitalizacji. Oznacza ona, w
uproszczeniu, umieszczenie na nośnikach cyfrowych i udostępnienie w internecie
m.in. archiwów Polskiego Radia i Telewizji Polskiej. Telewizje komercyjne będą
mogły liczyć na wsparcie instytucji rządowej w dostępie do tych zasobów.
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie będzie się tym zajmować samo,
lecz kompetencje w tym zakresie chce przekazać Narodowemu Instytutowi
Audiowizualnemu (NINA). Nic dziwnego, że taki krok spotkał się ze sprzeciwem
Komitetu Obywatelskiego Mediów Publicznych reprezentującego niektórych twórców.
Prezes NINA Michał Merczyński już teraz broni interesów mediów komercyjnych
przed "niesprawiedliwą formułą" prawną, która mogłaby "faworyzować TVP" (cytaty
za: J. Cieślak, Czas wielkiej digitalizacji, "Rzeczpospolita" z 23.06.2010 r.).
Aż strach pomyśleć, co się stanie, gdy nowa ustawa upełnomocni NINA do
dysponowania archiwami. Tymczasem rozwiązanie prawne i finansowe kwestii
digitalizacji jest rzeczywiście pilną sprawą. Taśmy magnetyczne z lat 70. mogą
utracić zapis bezpowrotnie. Jednak z przedwyborczo-oszczędnościowego planu prac
legislacyjnych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2011
odpowiednia problematyka wypadła. Wcześniej była przekładana "na potem" przez
cały rok 2010.
Jak widać na ostatnim przykładzie, polskie obywatelstwo redaktorów naczelnych i
posiadaczy mediów nie rozwiąże naczelnego problemu polskiej sfery medialnej.
Najważniejszym postulatem dotyczącym środków społecznego komunikowania w Polsce
wydaje się przywrócenie ich kulturze polskiej. Oznaczałoby to ugruntowanie w
instytucjach czwartej władzy tożsamości narodowej. Nie wystarczą do tego
działania broniące niektórych elementów składowych tej tożsamości, nawet tak
ważnych jak język polski czy związek z polską państwowością.
Zadanie jest o tyle trudne, że nie można go zrealizować wyłącznie przy pomocy
instrumentów prawnych. W przeciwieństwie do państwowości (opartej na tychże
instrumentach prawnych) tożsamość narodowa konstytuuje się poprzez osobowe
decyzje o charakterze moralnym. Narodowotwórcze działania osób są społecznie
wzmacniane przez narodowy obyczaj, którego strzec może jedynie narodowa opinia
publiczna. Nie da się go zadekretować przepisem. Katalizatorem zaś tego trudnego
procesu umacniania tożsamości narodowej powinna być zdrowo funkcjonująca elita
narodu. Mówiąc obrazowo: swoje bycie Polakiem potwierdza się poprzez znajomość
dokonań polskich geniuszy, solidną pracę z myślą o wspólnym dobru, poprzez
uczucia i język ćwiczone na Kochanowskim, Słowackim, Sienkiewiczu. Jest to
możliwe, gdy sprzeciw społeczny powstrzymuje poszczególne jednostki od
zaprzedania talentów doktorowi Frankensteinowi, grabienia trupów powstańców
styczniowych i zostania folksdojczem. Polakiem można pozostać, spoglądając na
polską elitę tworzącą arcydzieła nauki, sukcesy ekonomiczne i polityczne, a
także dzięki wciąż nowym perłom narodowej literatury i sztuki.
Nie ma zatem drogi na skróty do umocnienia polskości w prasie, w eterze i na
wizji. Niedopuszczenie do ogłoszenia szkodliwego antyprawa to warunek konieczny,
ale niewystarczający. Bez wulkanu energii romantyków, pracowitości pozytywistów
i ambicji przedwojennych narodowców nie odwojujemy czwartej władzy w Polsce.
Katolicyzm jest istotnym elementem polskiej kultury. Czy można pogodzić ambicje
budowania medialnych potęg z franciszkańskim chrześcijaństwem? Tak. Dziedzictwo
św. Maksymiliana Marii Kolbego zobowiązuje.
 

Radosław Brzózka

 

Autor jest teologiem i filozofem, redaktorem naczelnym
lubelskich "Zeszytów Społecznych KIK" oraz wortalu Realitas.pl. W latach
2004-2008 był członkiem Rady Programowej TVP Lublin i Rady Programowej Radia
Lublin.

drukuj