Ekspiacja obłudna i nieszczera

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Właśnie "światowej sławy
historyk", czyli makabryczny bajdopisarz Jan Tomasz Gross, "w ostatecznej
wersji" swoich konfabulacji pretensjonalnie zatytułowanych "Złote żniwa"
zdecydował się zmniejszyć liczbę żydowskich ofiar polskich antysemitników z
"między 100 a 200 tysięcy" do zaledwie "kilkudziesięciu tysięcy". No – sam
cymes! Oto mamy znakomity przykład hucpy w działaniu. 200, 100, "kilkadziesiąt
tysięcy"… Jazda, potargujmy się! A może tylko tysiąc? A jakby tak jeszcze raz
sprawdzić, to kto wie, czy z tysiąca nie zrobiłaby się setka, a z setki –
kilkadziesiąt?

Ciekawe, co skłoniło "światowej sławy historyka" do takiego zmiękczenia rury.
Czyżby jacyś starsi i mądrzejsi doszli do wniosku, że na razie lepiej nie
przeciągać struny? Wszystko to oczywiście być może, ale nie mogę oprzeć się
wrażeniu, że gdybyśmy zamiast oburzać się i lamentować, zrobili zrzutkę i dobrze
państwu Grossom zapłacili, to kto wie – może nawet przypomnieliby sobie, że było
odwrotnie – że to Żydzi zabijali polskich antysemitników, a następnie dzielili
się łupami. Poszlaki są – proszę bardzo! Żyją jeszcze ludzie pamiętający, że
posiadanie złota i dolarów w czasach stalinowskich, a więc w okresie najlepszego
fartu dla Żydów, było w Polsce przestępstwem i że jeśli tylko UB dowiedział się
o takim delikwencie, to brał go w obroty i dotąd tłukł, aż powiedział, gdzie
schował. Wtedy przeważnie go zabijano, bo po co zostawiać świadków, a jeśli
nawet wypuszczano, to po tych wszystkich przejściach delikwent nie posiadał się
z radości, że jeszcze żywy – bo zdrowia to już raczej nie miał – i ani mu było w
głowie dochodzić jakiejś sprawiedliwości, w myśl zasady, że co upadło, to
przepadło. Ciekawe, jaka część tych łupów została następnie przez rzekome ofiary
"organicznego polskiego antysemityzmu" ewakuowana do bezcennego Izraela czy
innych Stanów Zjednoczonych, bo pozostała część, jak wiadomo, stała się
materialnym fundamentem wielu ubeckich dynastii, które w kolejnych
przepoczwarzeniach dostarczają nam dzisiaj tylu celebrytów wszystkich możliwych
płci.
Widocznie jednak to starsi i mądrzejsi musieli dojść do wniosku, że tym razem
przesadzili z tym całym "światowej sławy historykiem" i jego rewelacjami, bo
również dyrektor krakowskiego wydawnictwa Znak pani Danuta Skóra przeprosiła
wszystkich "urażonych książką Grossa". To chyba jakieś nieporozumienie? Nie
sądzę, by jakiś normalny człowiek mógł być "urażony" książką "światowej sławy
historyka", tak samo jak żaden normalny człowiek nie obraziłby się na konia,
nawet gdyby ten parsnkął mu spod ogona w sam nos. Inna sprawa, że żaden normalny
człowiek nie zapraszałby konia na salony. Problemem nie jest obraza kogokolwiek,
tylko notoryczne włączanie się krakowskiego wydawnictwa w kampanię, której celem
jest "upokarzanie Polski na arenie międzynarodowej" – jak to zapowiedział w
kwietniu 1996 roku malwersant Izrael Singer – poprzez przypisywanie Polakom
reputacji narodu morderców. Nie wierzę, by pani dyrektor Danuta Skóra nie
zdawała sobie z tego sprawy, skoro już "przeprasza" – co prawda poniewczasie,
ale mówi się – trudno. Cóż jednak z tego, że "przeprasza", skoro przeprasza
nieszczerze – bo niby "przeprasza", a jednocześnie zapowiada, że "zyski ze
sprzedaży 'Złotych żniw’ wydawnictwo przeznaczy na cele społeczne". "Zyski"?
Wydawnictwo Znak, chociaż "przeprasza", to jednak nie tylko zamierza ten kit
sprzedawać, ale w dodatku nawet liczy na "zyski"? Cóż za bezczelność! Nie dość,
że plwają nam w twarz, to jeszcze mają nadzieję, że im za to zapłacimy! Nie
będzie żadnych "zysków" – chyba wtedy, jeśli cały nakład na pniu wykupi ambasada
Izraela, spółka Agora albo któraś z organizacji wiadomego przemysłu – bo mam
nadzieję, że żaden normalny człowiek w Polsce tego kitu nie kupi, a żadna
szanująca się księgarnia nie przyjmie tego do sprzedaży, nawet przez papierek. I
o to apeluję, o to wszystkich proszę – bo jeśli nie zdobędziemy się nawet na
ekonomiczny bojkot naszych wrogów, oszczerców naszego Narodu i ich kolaborantów,
to nie dziwmy się, że będą skakać na nas jak na pochyłe drzewo.

Stanisław Michalkiewicz
 

drukuj