Kulisy nieudanej prowokacji

O działalności paryskiej delegatury "Spotkań" po raz pierwszy stało się
głośno za sprawą mediów francuskich i Radia Wolna Europa. W połowie października
1978 roku środowiska opozycji demokratycznej obiegła wiadomość o zatrzymaniu
przez francuski kontrwywiad DST szpiega z Polski, którego, jak donosiły
telewizja i dzienniki francuskie, zdemaskował przebywający czasowo w Paryżu
przybyły z Warszawy stypendysta katolickiej uczelni.

Przemytnicy

Piotr Jegliński znalazł się w stolicy Francji w 1974 roku. Udał się tam z myślą
o nawiązaniu kontaktów z instytucjami emigracyjnymi. Liczył na ich pomoc przy
zakupie sprzętu poligraficznego dla organizujących się wówczas w kraju
niezależnych ośrodków wydawniczych. Środków na zakup niezbędnych materiałów od
nich nie uzyskał (pierwszy powielacz kupił za pieniądze zarobione dzięki
dorywczej pracy we włoskiej pizzerii), udało mu się jednak z czasem zdobyć
niezbędne fundusze i zorganizować przerzut sprzętu i książek do kraju. W sumie w
latach 1976-1979 do Polski dotarło z paryskiego ośrodka kilkanaście powielaczy
spirytusowych i farbowych. Trafiły do różnych miast, głównie do Lublina,
Warszawy i Gdańska. To na tym sprzęcie właśnie powielane były między innymi
komunikaty Komitetu Obrony Robotników, egzemplarze "Biuletynu Informacyjnego",
"Spotkania" i pierwsze numery "Zapisu".
Na przełomie 1976 i 1977 roku zaczął funkcjonować punkt przerzutowy na terenie
Niemiec Wschodnich w Dreźnie. Emisariusze z Paryża zostawiali w przechowalni
bagażu na drezdeńskim dworcu kolejowym paczki z literaturą bezdebitową i
materiałami drukarskimi. Pokwitowania zawozili na portiernię międzynarodowego
domu akademickiego, w kopercie z nazwiskiem mieszkającego tam studenta z Polski,
Kazimierza Charzewskiego, i dyskretnie się ulatniali (jeśli brakowało czasu,
wysyłali je pocztą). Ten, odebrawszy przesyłkę, przewoził ją do swojego pokoju,
gdzie czekała na kurierów z KUL, zwykle bez uprzedzenia zgłaszających się po
towar.
Było to oczywiście przedsięwzięcie ryzykowne, ponieważ Piotr nie znał owego
studenta drezdeńskiej politechniki na tyle dobrze, by móc mu w pełni zaufać
(poznali się na wschodnioniemieckich praktykach rolnych parę lat wcześniej).
Drezdeński szlak wydawał się jednak bezpieczniejszy niż formy bezpośredniego
przerzutu, jako że obywateli polskich wracających z Zachodu nie kontrolowano na
granicy oddzielającej Niemcy Wschodnie od Zachodnich, a Polacy z kraju mogli
wjeżdżać do NRD i wracać stamtąd na podstawie pieczątki w dowodzie osobistym i z
reguły nie byli traktowani z taką podejrzliwością, jak rodacy legitymujący się
paszportami.
W przybliżeniu do września 1977 roku kanał ów funkcjonował całkiem sprawnie,
jesienią do Paryża dotarły jednak sygnały, że nie wszystkie przesyłki trafiają
do adresatów, a w Lublinie SB coraz częściej zatrzymuje i próbuje przesłuchać
ludzi z kręgu "Spotkań". Podejrzenie Piotra wzbudził też fakt, że Charzewski
zatelefonował kiedyś do jego miejsca zamieszkania w klasztorze Ojców Misjonarzy
św. Wincentego  Paulo, pomimo iż dostał wyraźne polecenie, by nigdy nie dzwonić
na ten numer z Polski ani z Drezna. Toteż gdy latem 1978 roku w czasie jednej z
rozmów telefonicznych Kazimierz zapytał, czy może odwiedzić go w Paryżu, Piotr
natychmiast zgodził się, uznał bowiem, że jest to dobra okazja, by sprawę
dokładniej zbadać. A podejrzeń przybywało. Dziwnym zbiegiem okoliczności władze
peerelowskie wydały wówczas paszport siostrze Piotra, Magdalenie Jeglińskiej,
pomimo iż przez cały czas pozostawała na celowniku SB. Wyglądało na to, że chcą
uśpić czujność brata.
W końcu września "drezdeński łącznik" przybył do Paryża i zamieszkał u
Jeglińskiego, ale atmosfera, jaką zastał, nie zapewniła mu dobrego samopoczucia.
Najpierw Piotr zabrał go na wycieczkę do Szwajcarii, na którą jechał z siostrą,
cały czas dając mu do zrozumienia, że domyśla się rzeczywistego celu jego
przybycia. Po powrocie podzielił się z nim spostrzeżeniem, że wokół domu
zakonnego kręcą się osobnicy wyglądający na służby francuskie i podał kilka
przykładów osób, które zyskały na dobrowolnym przyznaniu się do współpracy z SB.
W pewnym momencie gość z kraju nie wytrzymał i wyznał prawdę: w październiku
1977 roku dwaj oficerowie wywiadu cywilnego, jeden w randze kapitana, drugi
pułkownika, szantażem zmusili go do współpracy. Do Paryża przybył przede
wszystkim po to, by namówić Jeglińskiego do przyjazdu do Drezna lub któregoś z
krajów socjalistycznych, gdzie miał być aresztowany. Piotr przekonał go wtedy,
że najlepszą gwarancją bezpieczeństwa będzie w tym przypadku ujawnienie całej
sprawy. Pod jego naciskiem Charzewski napisał oświadczenie zaadresowane do
redakcji "Spotkań", w którym znalazły się między innymi nazwiska dwu
wspomnianych oficerów odpowiedzialnych za infiltrację kanału przerzutowego i
informacja o zamiarze wciągnięcia za żelazną kurtynę człowieka, który kierował
przerzutem. Kopie oświadczenia przekazał Piotr Rozgłośni Polskiej Radia Wolna
Europa i redakcji "Kultury". Propozycji pozostania na Zachodzie Kazimierz
Charzewski jednak nie przyjął. Postanowił mimo wszystko wrócić do Polski. Nie
nastąpiło to wszakże z dnia na dzień. W międzyczasie zatrzymał go kontrwywiad
francuski. Po serii przesłuchań przez funkcjonariuszy DST i sędziego śledczego
został wymieniony na francuskiego dziennikarza Philippe’a Riés, aresztowanego w
PRL pod sfingowanym zarzutem szpiegostwa i handlu alkoholem.

Esbecka maskarada

O nieudanej operacji mówią najpełniej trzy zbiory dokumentów przechowywane w
archiwach IPN pod sygnaturami AIPN 01917/92, AIPN 01786/187/CD1 i AIPN
01285/351. Pierwszy to akta kontrolne śledztwa wszczętego przeciwko Piotrowi
Jeglińskiemu 16 listopada 1978 roku. Drugi i trzeci to materiały z teczek
założonych przez Departament I MSW Kazimierzowi Charzewskiemu i Romanowi
Kobylińskiemu. Obraz, który się z nich wyłania, nie rozświetla wszystkich
tajników sprawy, pokazuje jednak dobrze, czym w istocie rzeczy była
komunistyczna Służba Bezpieczeństwa i do jakich sięgała metod.
Wśród osób znających dokumenty dotyczące Kazimierza Charzewskiego wymienionych
na pierwszej stronie jego teczki figurują czterej funkcjonariusze Wydziału VIII
Departamentu
I MSW: prowadzący sprawę Wojciech Czerniak, uczestnik operacji Kazimierz
Janiszewski i dwaj nadzorujący ją oficerowie, naczelnik wydziału Sławomir
Lipowski i jego zastępca Henryk Wróblewicz (wraz z rozwojem wypadków ci sami
funkcjonariusze występują w dokumentach jako funkcjonariusze Wydziału XI; w
międzyczasie doszło prawdopodobnie do zmiany w strukturze wydziałowej
Departamentu I).
Podczas gdy prowadzący i nadzorujący sprawę funkcjonariusze działali z pozycji
centrali wywiadu, Kazimierz Janiszewski pracował od 15 czerwca 1977 r. w
Konsulacie Generalnym w Lipsku i to właśnie jemu przypadła w udziale "opieka"
nad polskimi studentami z Drezna. W praktyce oznaczało to inwigilację
podopiecznych za pośrednictwem pozyskanego informatora, który w dokumentach
nazywany jest zazwyczaj "kontaktem placówkowym". Taki był przypadek "kontaktu
operacyjnego" ps. "Kim". Teczkę opatrzoną tym kryptonimem założono na wniosek
kapitana Czerniaka 13 października 1977 r., zachowało się jednak wcześniejsze
zobowiązanie Romana Kobylińskiego do współpracy z datą 24.06.1977, gdy używał
pseudonimu "Romek", a z tego dokumentu wynika, że od ok. 1973 roku student ów
dostarczał doniesienia jako "Rom", był bowiem "kontaktem placówkowym" konsulatu
w Lipsku. To właśnie "Romek" naprowadził Janiszewskiego na punkt przerzutowy
sprzętu poligraficznego i "wrogiej literatury", nie zdając sobie zresztą sprawy
z tego, że pod funkcją konsula kryje się oficer wywiadu ps. "Nutek".
Piotr osobiście poznał "Romka" latem 1977 roku w Paryżu, gdy ten przebywał tam z
Kazikiem Charzewskim. Poprosił go wtedy o przewiezienie do Warszawy kilku
książek, na co ten bez wahania się zgodził. Nic dziwnego, był już wtedy "na
kontakcie" centrali. Tak więc esbecja trochę wcześniej musiała wiedzieć o kanale
drezdeńskim. Czekano tylko na dogodną chwilę, by przychwycić Charzewskiego bez
ryzyka ujawnienia informatora. Moment taki nadarzył się, gdy ten przekraczał
granicę między Niemcami Wschodnimi a PRL. 4 października 1977 roku służby
graniczne wysadziły go w Goerlitz z pociągu i przewiozły do budynku Wojsk
Ochrony Pogranicza w Zgorzelcu. Kiedy podczas przesłuchania prowadzonego przez
kapitana Czerniaka i pułkownika Wróblewicza (który przedstawił się jako
Maciejewski) okazało się, że SB ma pełną wiedzę o przechowywanych u niego
przesyłkach, Kazimierz przyznał się do wszystkiego i na drugi dzień przekazał
rzeczonym oficerom polskojęzyczne publikacje emigracyjne, rosyjskojęzyczne
ulotki i akcesoria do powielaczy. Tak zaczęła się jego wywiadowcza kariera.
Najpierw sprawie Charzewskiego nadano kryptonim operacyjny "Ombus"; 14 marca
1978 r., przy spisywaniu z nim umowy, nazwę tę zmieniono na "Godo" (służyła ona
jednocześnie za pseudonim agenta).
Operacja "Godo" miała trzy cele. Chodziło przede wszystkim o rozpoznanie
działalności grupy studentów KUL skupionych wokół "Spotkań" i o sprowadzenie
"Reszki" (taki pseudonim nadano Jeglińskiemu) do jednego z państw bloku
sowieckiego. Mocodawcy agenta liczyli na to, że Piotr zechce się spotkać z matką
w Pradze bądź w Berlinie albo że skuszą go podrzucone informacje o aukcjach
numizmatycznych i medalierskich w Lipsku lub Dreznie. Celem perspektywicznym
było wprowadzenie "Godo" do jakiejś instytucji kojarzonej z "dywersją
ideologiczną".
Problem w tym, że w praktyce operacyjnej nie umiano tych celów pogodzić.
Towarzysze z Departamentu I MSW wiedzieli, jak łamać ludzkie charaktery, ale w
pracy operacyjno-wywiadowczej demonstrowali często kompletny brak wyobraźni.
Dobrze wyszkolony oficer służb specjalnych nie ingerowałby w funkcjonowanie
kanału przerzutowego do chwili, aż zrealizowany zostanie cel z punktu widzenia
służb znacznie ważniejszy – aresztowanie organizatora przerzutu. Dla osobnika
myślącego byłoby czymś oczywistym, że konfiskata przesyłanych materiałów musi
wzbudzić nieufność nadawcy wobec osoby, która zobowiązuje się dostarczyć je
adresatowi. Nie było to najwidoczniej oczywiste dla służb specjalnych PRL.

Polowanie na szpiega

Operacja "Godo" skończyła się kompletnym fiaskiem, a to z kolei mogło
doprowadzić do totalnej kompromitacji prowadzących i nadzorujących ją oficerów.
Nie była to, nawiasem mówiąc, ich pierwsza wpadka tego typu. W listopadzie 1975
roku służby zachodnioniemieckie przychwyciły Henryka Wróblewicza i innego
wysłannika służb specjalnych Mirosława Budkiewicza na próbie werbunku pracownika
Radia Wolna Europa. Co gorsze, miało to miejsce "w szczytowym momencie sporów
[rządu RFN] z opozycją na temat Umowy Finansowej z Polską" ("Der Spiegel"
48/1975). W interesie prowadzących sprawę "Godo" leżało więc przekonanie władz,
że akcja nie powiodła się na skutek ingerencji francuskich służb specjalnych, z
którymi rzekomo miał współpracować Piotr Jegliński.
Na środowisko "Spotkań" posypały się represje. 11 listopada 1978 roku, w
sześćdziesiątą rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, bezpieka w
Lublinie i w Warszawie przesłuchała kilkanaście osób podejrzanych o współpracę z
Jeglińskim i przeszukała ich mieszkania.
U siostry Piotra, Magdaleny Jeglińskiej, "zakwestionowano korespondencję (…) z
zagranicy do jej matki – Ewy". Autorzy listów "potępiali" w nich Piotra "za
zadenuncjowanie (…) kolegi Kazimierza Charzewskiego wobec policji francuskiej"
(AIPN 01917/92).
Rzecz o tyle ciekawa, że listy, które uznano za dowód szpiegowskiej działalności
Jeglińskiego, przygotowane zostały przez Wydział XI Departamentu I MSW i
podpisane przez Romana Kobylińskiego (agenta "Kima"). W jednej z notatek
informacyjnych autorstwa Wojciecha Czerniaka znalazły się takie oto zdania: "Na
spotkaniu w dniu 03.11.1978 przedstawiłem 'KIMOWI’ do przepisania gotowy tekst
listów do Bursy Pallotynów, Piotra Jeglińskiego i jego Matki. 'KIM’ nie był
zaskoczony treścią listów, przepisał je i opatrzył własnoręcznym podpisem bez
jakichkolwiek dyskusji" (AIPN 01285/351, k. 28).
Akta śledcze dotyczące Piotra Jeglińskiego są jednym wielkim dowodem na
działalność przestępczą Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Sprawę zaczęło
prowadzić 16 listopada 1978 r. Biuro Śledcze MSW przy udziale Departamentu III
MSW oraz Wydziału Śledczego, III i IV KWMO w Lublinie. Na początku grudnia
przekazano ją Naczelnej Prokuraturze Wojskowej, przez cały czas jednak jej
przebiegiem kierował Wydział XI Departamentu I MSW. Główne punkty planu śledztwa
sprowadzały się do analizy materiałów operacyjnych Departamentu I dotyczące
Jeglińskiego oraz przesłuchania osób, które w istocie rzeczy były albo
uwikłanymi w nieudaną operację oficerami wywiadu (Janiszewski), albo agentami
(Charzewski, Kobyliński). Wśród materiałów włączonych do tychże akt znalazł się
dokument z 18 stycznia 1979 r. zatytułowany "Kierunek przesłuchania Kazimierza
Charzewskiego przez Biuro Śledcze MSW". Mówi się w nim wyraźnie, w jaki sposób
świadek ma zeznawać i co podawać w zeznaniach. Pod dokumentem widnieje podpis
inspektora Wydziału XI Departamentu I MSW, kapitana Wojciecha Czerniaka. W
teczce Charzewskiego z kolei znajduje się dziewiętnastostronicowa relacja na
temat okoliczności jego aresztowania we Francji spisana dzień wcześniej na
zlecenie instytucji, która go zwerbowała. W sposób istotny różni się ona od
wersji sporządzonej na użytek wymiaru sprawiedliwości.
Tak czy inaczej sprawę trzeba było zawiesić (15.05.1979), jako że główny
podejrzany o szpiegostwo przebywał na Zachodzie. Wznowiono ją w niepodległej
Polsce dwadzieścia lat później.

Terrorysta

Nie wiadomo, kto poinformował służby francuskie o sprawie Charzewskiego. Mógł
zrobić to każdy, kto wiedział o oświadczeniu "Godo" i jego przyznaniu się do
współpracy z SB. Takich, co wiedzieli, było wielu, esbecja najwyraźniej chciała
jednak obarczyć odpowiedzialnością przedstawiciela opozycji demokratycznej, z
którym nie mogła sobie poradzić i który ją ośmieszył. Nigdy też nie zaprzestała
prowokacyjnych operacji.
W czasie stanu wojennego do osób ze środowiska "Spotkań" zaczęły docierać dziwne
przesyłki z Zachodu. W "Historii mówionej" (dostępnej w internecie pod adresem
http://www.tnn.pl/himow_relacja.php?idhm=858&f_2h_relacjePage=5) Janusz Krupski
wspomina, że w czasie stanu wojennego, w okresie, gdy był już otoczony tajnymi
współpracownikami, otrzymał w okładce książki list pisany mlekiem (lub raczej
atramentem sympatycznym nabierającym koloru pod wpływem ciepła), w którym Piotr
Jegliński prosił o jakieś informacje dotyczące "szkolenia partyzantów
palestyńskich w Polsce, poprzez polskie służby specjalne". List ten zniszczył
natychmiast, bo uznał go za próbę podrzucenia przez SB fikcyjnego dowodu na
współpracę polskiej opozycji z obcym wywiadem.
W końcu 1982 roku Departament I MSW wyekspediował do RFN bardzo groźnego
agenta-prowokatora o pseudonimie "Kubo". Andrzej Spyra współpracował z SB jako
zarejestrowany tajny współpracownik Wydziału III KWMO w Katowicach używający
pseudonimu "Marek" – od 1977 roku. W kraju wszedł w środowisko KOR i pisma
"Robotnik". Wykorzystywano go m.in. do rozpracowania Jacka Kuronia, Henryka
Wujca i Kazimierza Świtonia. Internowany w stanie wojennym po wyjściu z
więzienia założył w Rybniku na zlecenie SB tajną organizację Polski Ruch Oporu i
szkolił jej członków w zakresie techniki drukarskiej. Wszystkich aresztowano (AIPN
01824/71, k. 12).
W nowej roli miał Spyra reaktywować działalność biura NSZZ "Solidarność" w
Bremie i zająć się gromadzeniem materiałów kompromitujących struktury
"Solidarności" w Brukseli i w Paryżu oraz związane z krajem ośrodki wydawnicze.
Wśród osób, które znalazły się wtedy na celowniku wywiadu, w dokumentach
wymieniani są najczęściej Jerzy Milewski, Mirosław Chojecki, Seweryn Blumsztain
i – jakżeby inaczej? – Piotr Jegliński (wtedy już dyrektor emigracyjnego
wydawnictwa "Spotkania-Libertas"). W myśl esbeckiej logiki każdy z wymienionych
musiał podjąć współpracę z wrogimi służbami i ulec pokusie korupcji; potrzebne
były jednak dowody. Ale i w tym towarzystwie spotkało "Reszkę" wyróżnienie. Z
notatek sporządzonych w oparciu o raporty "Kubo" można było bowiem dowiedzieć
się, że "Jegliński przygotowuje wraz z Rafałem Gan-Ganowiczem koncepcje oraz
bazę techniczną i ludzką do tworzenia w kraju sterowanych z zagranicy grup
terrorystyczno-dywersyjnych" (AIPN 01824/71, k. 91).
Kiedy bezpieka wysyłała Spyrę na Zachód, większość osób odpowiedzialnych za
nieudaną operację "Godo" znajdowała się poza centralą, piastowała bowiem różne
stanowiska na placówkach dyplomatycznych. Prowadzący sprawę Wojciech Czerniak
przebywał w latach 1981-1985 w Wiedniu, sprawując funkcje najpierw II, później I
sekretarza Ambasady PRL. W rzeczywistości pozostawał oficerem pod przykryciem,
używającym pseudonimu "Flin". Szefem rezydentury (i zarazem kierownikiem
Wydziału Konsularnego Ambasady) został wtedy jego przełożony z centrali, były
zastępca dyrektora Departamentu I, płk Wojciech Młynarski. Rzecz w tym, iż
spotkania Spyry z przedstawicielami centrali odbywały się właśnie w Wiedniu i
cytowana powyżej notatka była owocem jednego z takich spotkań, co de facto
oznacza, że "wiedza" obu oficerów na temat "Reszki" i ich pragnienie odwetu za
porażkę, którą okazał się finał sprawy "Godo", mogły odegrać w dalszym rozwoju
wypadków istotną rolę. W szyfrogramie wysłanym z Wiednia do centrali 14
listopada 1983 r. "Łęcki" (ps. Młynarskiego) depeszował:
"Spotkania z 'Kubo’ przeprowadzono 12 i 13 b.m. zgodnie z planem. 'K’ tkwi w
grupie 'Reszki’ (…). Przekazał informacje dot.
– przygotowań organizacyjnych 'Reszki’ do tworzenia grup terrorystycznych w
kraju,
– łączności radiowej 'Reszki’ z podziemiem w Gdańsku (…).
Rysują się dobre perspektywy współpracy z 'K’" (AIPN 01824/71, k. 98).
Ów "terrorystyczny" wątek nie miał oczywiście nic wspólnego z faktami. Podjęto
go z zamiarem wykorzystania w celach propagandowych. Bezpieka przygotowywała w
tym okresie wielką prowokację medialną z udziałem Spyry. Opatrzono ją
kryptonimem "Odyss". Powracający z Zachodu "Kubo" miał przedstawić podczas
wystąpienia telewizyjnego dowody na korupcję i powiązania emigracyjnych
działaczy ze służbami państw NATO. Rzecz znamienna, że do raportu zawierającego
opis owych "przedsięwzięć propagandowo-procesowych" dołączono poświęcony
specjalnie Jeglińskiemu aneks, który otwierało wiele mówiące zdanie: "Z uwagi na
stale rosnącą pozycję Piotra Jeglińskiego i kierowanego przez niego ośrodka
dywersji ideologicznej – paryskiego wydawnictwa 'SPOTKANIA-LIBERTAS’, w ramach
przygotowywanego przedsięwzięcia planuje się podjąć działania szczególnie
kompromitujące jego osobę" (AIPN 01592/324, k. 13).
Plany te nie mogły jednak zostać zrealizowane z oczywistych względów. Dowodów na
współpracę z DST i CIA w istocie rzeczy nie było. Świadkowie zapamiętali więc z
tamtych czasów jedynie odpryski planowanej akcji. Bodajże w styczniu 1984 roku
berlińska ekipa Radia Wolna Europa zarejestrowała na taśmie program
publicystyczny Telewizji Polskiej. Jego autorzy donosili między innymi, że
"prawdziwą, skrzętnie ukrywaną pasją Piotra Jeglińskiego jest broń palna,
dywersja i akty terroru". Dziś brzmi to zabawnie, przy ówczesnym wymiarze
sprawiedliwości enuncjacje tego rodzaju nie wróżyły jednak nic dobrego.

Noty o bohaterach i grobach

Sprawę "Godo" zamknięto oficjalnie 21 listopada 1979 roku, zachował się jednak
szyfrogram rezydentury w Bernie z 14 stycznia 1989 r. pozwalający wnioskować, że
kontakty niefortunnego współpracownika "Reszki" ze służbami PRL nie do końca
wygasły. W szyfrogramie jest mowa o zatrzymaniu Charzewskiego przez tamtejszą
policję. Służby szwajcarskie postawiły mu zarzut, że jest współpracownikiem MSW
i w związku z tym stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa (AIPN 01911/72).
Kontakt z Romanem Kobylińskim został zawieszony w końcu 1978 roku, ale bezpieka
przypomniała sobie o nim w dniach, gdy rodziła się "Solidarność". Znalazł się
wówczas w zarządzie zakładowym związku jako mąż zaufania działu technicznego
pracowników radia i telewizji. Gdy w sierpniu 1981 roku "Kim" wyjeżdżał do RFN,
Departament I MSW postanowił skorzystać z jego usług. Rezultaty jego pobytu na
Zachodzie okazały się jednak "niewspółmierne do oczekiwań, jakie wiązano z jego
wyjazdem" (AIPN 01285/351).
W sierpniu 1985 r. centrala wywiadu sprowadziła Andrzeja Spyrę z rodziną do
Polski. W dokumencie zamykającym jedną z jego teczek jest mowa o tym, że z
Bremy, gdzie był szefem biura "Solidarności", przywiózł do kraju "materiały
ukazujące prawdziwy obraz działalności wrogich ośrodków emigracyjnych na
Zachodzie. Powrót wykorzystano w audycji propagandowej z udziałem 'Kubo’" (AIPN
01824/71, k. 212).
SB zamknęła jego sprawę w czerwcu 1987 roku. Wiadomo, że za swe zasługi "Kubo"
został sowicie nagrodzony. Poza doraźnymi gratyfikacjami natury finansowej miał
otrzymać milicyjną emeryturę. MSW zobowiązało się ponadto kupić mu duże
mieszkanie w Warszawie. Ostatecznie plan ten skorygowano i za otrzymane
pieniądze "Kubo" kupił domek jednorodzinny pod Katowicami. Trudno powiedzieć,
jak sprawy potoczyły się dalej. Jego dawni znajomi twierdzą, że wyemigrował do
Australii i że tamtejsze władze przyznały mu medal za zasługi w walce o wolność
i demokrację.
Piotr Jegliński powrócił do kraju w roku 1991 z myślą o kontynuowaniu
działalności wydawniczej, w wolnej Polsce spotkała go jednak niespodzianka. W
1999 roku został w spektakularny sposób zatrzymany podczas imienin matki.
Okazało się, że wznowiono przeciwko niemu śledztwo w sprawie o szpiegostwo,
które przed dwudziestu laty wytoczyło mu nieistniejące od dziesięciu lat,
komunistyczne państwo. Prokuratura Okręgowa w Warszawie umorzyła je oficjalnie
dopiero 30 maja 2000 roku. Dziś Piotr zajmuje się prawie wyłącznie działalnością
antykwaryczno-wydawniczą i doradczą.
Jak mogło dojść po tylu latach do przebudzenia ubeckiego upiora? Klucza trzeba
szukać, jak sądzę, w biografii sfrustrowanych uczestników nieudanego polowania
na "Reszkę".
Henryk Wróblewicz (1923-2009) nie miał w III Rzeczypospolitej zbyt wiele do
powiedzenia i zdaje się, że żył wspomnieniami dawnych przewag, kiedy to
kontrolował operacje prowadzone przeciwko Zbigniewowi Herbertowi i Peterowi
Rainie. Dla Wojciecha Czerniaka los okazał się jednak bardziej łaskawy. Na
placówce w Wiedniu został członkiem władz partyjnych lokalnego szczebla. Jako
oficer pod przykryciem nie odniósł, co prawda, większych sukcesów, szef
rezydentury, płk Wojciech Młynarski, wystawiał mu jednak bardzo dobre opinie.
Podobno z dużym zaangażowaniem prowadził "Flin" co najmniej trzech ważnych
agentów: "Kazana", "Plasta" i "Fela", wykorzystywanych do rozpracowania
środowisk emigracyjnych na terenie Austrii. Problem w tym tylko, że był on
jednym z dwóch oficerów "zdekonspirowanych wobec amerykańskich służb
specjalnych". Trudno to uznać za błahostkę. "Prowokatorzy" proponowali mu
współpracę, co z kolei zmuszało rezydenturę do zawieszenia jego pracy
operacyjnej (AIPN 003171/8/3, k. 386, 400). Po odwołaniu z placówki w Wiedniu
Czerniak objął funkcję zastępcy naczelnika Wydziału I Departamentu I MSW. W
latach 1988-1990 kierował tym wydziałem, początkowo jako p.o., później jako jego
naczelnik.

Szyderczy uśmiech historii

I tak doszliśmy do jądra ciemności: Wojciech Czerniak, oficer znany doskonale
Stasi i KGB, o którym niemalże wszystko wiedziały służby państw NATO, po 1990
roku odpowiedzialny za organizację "kierunku wschodniego penetracji", został w
latach 1996-1997 szefem Zarządu Wywiadu w Urzędzie Ochrony Państwa. Trudno
byłoby znaleźć przykład bardziej bezmyślnej nominacji. Objęcie tak ważnej
funkcji przez skompromitowanego oficera służb PRL musiało prowadzić z jednej
strony do wzrostu nieufności zachodnich sojuszników wobec władz III
Rzeczypospolitej, z drugiej – do neutralizacji polskiego wywiadu czy nawet jego
ubezwłasnowolnienia przez służby rosyjskie.
Wkrótce po nominacji nowy szef doprowadził do odejścia z pracy w wywiadzie grupy
oficerów odpowiedzialnych za rozpracowanie rosyjskiego szpiega Władimira
Ałganowa w związku z aferą Olina. Za jego szefostwa doszło też do
niebezpiecznego wycieku. Ktoś wykonał nielegalną kopię ściśle tajnego Raportu
UOP i przez pomyłkę pozostawił ją w centrali wywiadu, wynosząc oryginał. Raport
dotyczył operacji "Iddan" prowadzonej przy współpracy z CIA przeciwko
pośrednikom w nielegalnym handlu bronią (dane z doniesień prasowych).
O koneksjach Wojciecha Czerniaka z Andrzejem Kuną i Aleksandrem Żaglem napisano
dostatecznie dużo. Wiadomo też o jego znajomości z Ałganowem i o więzach natury
finansowej, jakie łączą rodzinę Czerniaków z Kuną i Żaglem. Reszta jest wielkim
znakiem zapytania, można wszakże spodziewać się, że przy dzisiejszych układach
politycznych były oficer służb specjalnych PRL, zawzięcie i bez skrupułów
zwalczający polski ruch niepodległościowy, spokojnie doczeka późnej starości.
"A to Polska właśnie", chciałoby się powiedzieć i nawiązanie do dyskursu sprzed
ponad stu lat nie byłoby wcale pustą retoryką. Wielu spośród tych, co zachowali
godność i po 1989 roku nie weszli w układy z przestępcami, ma dziś poważne
trudności ze zrozumieniem tego, co ich spotkało. W minionym stuleciu doszło do
licznych zmian w scenerii, ale problem powrócił, muszą więc szukać ojczyzny pod
zapięciem koszul i dżinsowych bluz. Historia najwyraźniej raz jeszcze zadrwiła z
Polaków i zataczając koło, odsłoniła przed nimi swoją prawdziwą twarz.

 

Tadeusz Witkowski



Autor jest publicystą, badaczem akt przechowywanych w Instytucie Pamięci
Narodowej; byłym pracownikiem Służby Kontrwywiadu Wojskowego i członkiem Komisji
Weryfikacyjnej ds. Wojskowych Służb Informacyjnych.

drukuj