My, oni, jeszcze jacyś oni

Z Katarzyna Łaniewską, aktorką, rozmawia Mariusz Majewski

Nie jestem namiętnym widzem seriali telewizyjnych, przyznaję to bez bicia.
Ale nawet takiemu laikowi jak ja przy pobieżnym rzucie okiem na "Plebanię"
babcia Józia jawi się jako połączenie ciepła i "herszt baby".

– Ten serial gramy już od 11 lat. Na początku była to osoba pełna ciepła, która
– można powiedzieć – scalała całą rodzinę i dbała o wszystko wokół. Ale,
niestety, zmieniają się wymogi telewizji. Wszyscy chcą, żeby na ekranie
pojawiały się młode osoby, obrazy piękne i kolorowe. A babcia Józia nie może być
ani młoda, ani piękna. I teraz zaczęli tak pisać scenariusze. To znaczy w
serialu pojawia się wszystko, co jest "w modzie", i wiele negatywnych rzeczy. A
to ksiądz przedstawiony w negatywnym świetle, a to znowu jakieś szwindle. Rola
ciepłej babci jest marginalizowana.

W myśl bezwzględnej zasady, że dla masowego odbiorcy "zła wiadomość to dobra
wiadomość".

– Oczywiście, że zło również nas otacza, nie tylko samo dobro. Ale nas przez
telewizję karmią niemalże samymi negatywnym rzeczami. To samo stało się z
serialem, w którym gram. Te tradycyjne wartości gdzieś się zagubiły. I babcia
Józia te wartości stara się przywracać.

Zostawmy serial. Chytrze zacząłem od studium babci Józi jako ciepłej, ale
jednak "herszt baby", ponieważ to określenie przyszło mi do głowy, gdy
zobaczyłem i usłyszałem, jak po 10 kwietnia wypowiadała się Pani w dokumencie
"Solidarni 2010". Na Krakowskim Przedmieściu była Pani w tamtych dniach
kilkakrotnie.

– Poszłam tam spontanicznie, z potrzeby serca. Chcę podkreślić, że pan prezydent
Lech Kaczyński był moim prezydentem. Głosowałam na niego, miałam zaszczyt być
przez niego odznaczona za swoją działalność w stanie wojennym. Dwukrotnie
spotkałam się również z panią Marią Kaczyńską. Ona naprawdę zasługiwała na miano
Pierwszej Damy. A te inne "damy" to niech sobie dalej chodzą i pokazują nam, jak
się na przykład powinno jeść bezę. Bardzo cenię tych ludzi i te idee, które
prezydent Kaczyński reprezentował. Dlatego w naturalny sposób poszłam na
Krakowskie Przedmieście. Nie miałam siły stanąć w kolejce do Pałacu
Prezydenckiego, a przebijanie się ze swoją znaną twarzą byłoby zwyczajnie nie na
miejscu. Widziałam, jak pan Jan Pospieszalski z kamerą rozmawia z ludźmi.
Wszystko działo się bardzo spontanicznie. Podeszłam i pytam, czy ja też mogę coś
powiedzieć. Od siebie. Bo ciągle mówię słowami napisanymi dla mnie. Nawet jak są
jakieś wywiady do kolorowej prasy, kiedy się zastanawiam, czy być celebrytką,
czy emerytką, to rzadko jestem pytana o rzeczy ważne. Przeważnie są to pytania o
głupoty, na przykład o lepienie pierogów albo jak się kiedyś myło okna…

…o pierogach może innym razem. Ale jak się kiedyś myło okna?
– "Trybuną Ludu". Tylko że w tzw. prasie bulwarowej taka odpowiedź się nie
podobała.

Niektórym mediom, w tym skrajnie lewicowej "Gazecie Wyborczej", niezbyt
podobała się również Pani wypowiedź z Krakowskiego Przedmieścia. Co Pani wtedy
powiedziała?

– Najpierw chcę zaznaczyć, że mówiłam dużo dłużej i formułowałam ostrzejsze
opinie, niż zostało to zaprezentowane w filmie pani Ewy i pana Jana. Zaczęłam od
tego, czym obecnie jest telewizja. Stopniowo znikają wartościowe programy i w
zasadzie nie wiadomo, co ona nam serwuje. Ludzie są odcinani od ważnych
informacji. Tego wtedy nie mówiłam, ale nawet Janusz Rewiński, który żartem
godził w rządzącą partię, stracił pracę w TVP. Wokół się trąbiło, że telewizja
jest "pisowska", tylko tak się dziwnie złożyło, że z twarzami Lisa i
Żakowskiego. W wypowiedzi do "Solidarnych 2010" pytałam również, dlaczego znani
politycy, znani dziennikarze czy właśnie wspominani przez nas celebryci
szkalowali prezydenta Kaczyńskiego.

No to chyba obrała Pani dobry kierunek, aby zostać wyklętą przez aktorskie
środowisko?

– I czym się tu przejmować? Skoro rozmawiam ze swoimi znajomymi i zadaję proste
pytanie: "Dlaczego wam się nie podoba nasz prezydent (mówię o panu Lechu
Kaczyńskim), przecież jest Polakiem, wykształconym, profesorem prawa, patriotą,
katolikiem, państwowcem?", moi koledzy mają na to tylko jedną odpowiedź: "Bo to
'Kaczor’… Ale ten 'Kaczor’…". I to jest jedyna rzecz, którą ma do
powiedzenia ten cały "salon warszawski".

Z jednej strony ludzie są odcinani od informacji, a z drugiej tworzy się coś
na kształt "drugiego obiegu". Chyba można znaleźć jakieś ostoje przyzwoitości?

– Informacje oglądam tylko w TV Trwam. I do tego dokładam "Polski punkt
widzenia". Tam dostrzegam prawdę i solidną porcję wiadomości o sprawach ważnych.
Wiadomości w TVP 1 wystarczy tylko włączyć i zobaczyć, od czego się zaczynają. I
później można już tylko wyłączyć. Ponadto dzisiejszy język polski jest strasznie
zubożony i ja to traktuję w kategoriach szkody narodowej. Każde pokolenie miało
swój język. Ale dziś nawet wśród aktorów, nie mówiąc już o pseudoaktorach, słowo
jest na ostatnim miejscu.

Narzeka Pani na brak rzeczowej dyskusji. Wokół dokumentu Ewy Stankiewicz i
Jana Pospieszalskiego także nie toczyła się rzeczowa dyskusja, było za to
oszczerstwo o wynajętych aktorach.

– Następnego dnia po emisji tego dokumentu kręciliśmy serial, a ja od rana
miałam telefony od różnych ludzi na moją prywatną komórkę. I natarczywe pytania:
po co tam poszłam, ile mi zapłacili…

Kto o to pytał? Dziennikarze? Koledzy? Aktorzy?
– Padały nazwiska, ale one nic mi nie mówiły. Ktoś mnie zapytał, dlaczego w
filmie nie było ludzi o innych poglądach, inaczej myślących. A odpowiedź jest
prosta – mówiłam – bo innych tam nie było. Albo nawet jeśli ktoś jest, to się
ukrywa. Nikt nie przyznałby się, że jest z "Gazety Wyborczej", bo nie miałby
tyle odwagi. A oprócz tego reakcje mojego środowiska. Ludzie, którzy u nas
bywali, korzystali z naszej gościnności, po emisji dokumentu rozpowiadali, że
chyba zwariowałam. Albo że za mało mi pieniędzy i poszłam za pieniądze się
sprzedać.

Jak mocne są podziały w środowisku aktorskim? Na ile odzwierciedlają one
bieżące podziały polityczne?

– A to ciekawe pytania. Na moim środowisku nie zawiedliśmy się w stanie
wojennym. Ogromna większość liczących się aktorów bojkotowała wszelkie środki
społecznego przekazu, z wyjątkiem teatru, który gromadził nabite widownie i
dawał możliwość porozumienia się z widzem często poza cenzurą. Nawet przez
jakieś emocje. Bardzo wielu kolegów włączyło się w Msze św. za Ojczyznę
organizowane przez ks. Jerzego Popiełuszkę. Za jedną z takich Mszy św. mnie oraz
Kazimierzowi Kaczorowi "nieznani sprawcy" spalili samochód. Były osoby wśród
nas, które się takiej zemsty przestraszyły. Ale to były wyjątki. Dostawaliśmy
anonimowe groźby. Ale nie było to przeszkodą, by organizować kilkuosobowe grupy
i jeździć po Polsce z występami. Później je podliczyłam i wyszło, że razem z
moją przyjaciółką, śpiewaczką Krystyną Kwasowską i Darkiem Zawadzkim daliśmy 460
takich występów. Bardzo często graliśmy w prywatnych domach, a ludzie
przyjmowali nas entuzjastycznie i gościli nas, chociaż samym im się nie
przelewało. O nich dziś niemalże nikt nie mówi. Mało tego, jak nastała ta nasza
Polska, to pojawili się inni opozycjoniści, inne twarze znalazły się przy
kościołach, w centrum zainteresowania.

Dostrzegam krytyczny stosunek do okrągłego mebla…
– Bo nie o taką Polskę walczyliśmy w tej wojnie polsko-jaruzelskiej.

Występy, Msze św. za Ojczyznę to nie były Pani jedyne aktywności w PRL.
– Razem z mężem pracowaliśmy w drugoobiegowym wydawnictwie Ciąg Dalszy Nastąpi
(CDN), które wydało około 100 pozycji, ręcznie wydawanych książek. Naszym szefem
był wówczas Czesław Bielecki, kandydat w ostatnich wyborach na prezydenta
Warszawy. Bardzo żałuję, że w tej kampanii nie udało mu się przeskoczyć pani
bufetowej. Z wykształcenia architekt, ale oprócz tego jest bardzo sprawny w
zarządzaniu.

Ma też Pani osobiste przeżycia i wspomnienia związane z beatyfikacją ks.
Jerzego Popiełuszki.

– Już sama świadomość, że się miało do czynienia ze świętym, jest cudowna.
Pochodzę z katolickiej rodziny. Ale na studiach to moje życie toczyło się jakoś
inaczej. Mama chciała mnie trochę oszczędzać, nie mówiła mi wszystkiego. Sama
byłam radną w stołecznej Radzie Narodowej w PRL. Można powiedzieć, że trochę
służyłam temu reżimowi. Wtedy nie wiedziałam, że tak naprawdę to największą
krzywdę wyrządzam sobie. Nie byłam blisko Kościoła. Pewnego razu ks. Jerzy przez
Romę Szczepkowską, matkę Joasi, a żonę mojego przyjaciela Andrzeja
Szczepkowskiego, zaprosił mnie na Mszę za Ojczyznę. Chciałam pójść, ale – jak
wspomniałam – nie byłam wtedy związana z Kościołem i nie wiedziałam, czy po
prostu wypada mi iść. Roma powiedziała: "No to się spotkajcie".

Wtedy pierwszy raz rozmawiała Pani z ks. Jerzym?
– Tak. Roma już wcześniej go znała. Umówiliśmy się na rynku Starego Miasta. To
było po jakiejś demonstracji, ławki powywracane. Wyskoczył taki młody chłopak w
dżinsach, czerwonej koszuli w kratę. Powiedziałam mu o swoich wątpliwościach, a
on mnie tylko zapytał, czy chcę. Odpowiedziałam twierdząco. I tak się zaczęło.
Warto podkreślić, że na Żoliborzu działał i rządził wówczas ks. prałat Teofil
Bogucki. Nie byłoby ks. Jerzego, gdyby nie było ks. Boguckiego. To był taki
kasztelan. Do ubeków, którzy go nachodzili, mówił krótko: "Tu mieszka Bóg i ja".
A wracając do ks. Jerzego, to od razu uderzało jego ogromne zatroskanie o ludzi.

Ci, którzy zetknęli się z ks. Jerzym, wspominają, że ten prosty kapłan
ujmował intelektualistów, z którymi chwytał jakąś naturalną nić porozumienia.

– Rzeczywiście to był fenomen. Absolutnie sam przygotowywał homilie, kazania,
inne rozważania. Ksiądz Jan Sochoń, kuzyn ks. Jerzego, wspomina, że Jurek
czasami przynosił mu do zaopiniowania jakiś tekst. Ale ks. Jan nigdy mu nic nie
zmieniał. Najwyżej coś sugerował. Ksiądz Popiełuszko miał niesamowite wyczucie.
Łączył Ewangelię ze sprawami Ojczyzny i jednocześnie nie było to żadne
"politykowanie".

Obecnie środowisko aktorskie zdaje egzamin?
– Wtedy był prosty układ: my i oni. A teraz jesteśmy my, są oni, oni, jeszcze
jacyś oni… Bardzo dobrze pamiętam, jak w trakcie pracy teatralnej więzi między
aktorami się zacieśniały, były żywe dyskusje. Teraz np. po kręceniu "Plebanii"
wszyscy się zbierają, ewentualnie ktoś opowie stary i głupi dowcip. O polityce
praktycznie nie ma wcale mowy. Jeżeli po katastrofie smoleńskiej aktorzy nie
rozmawiają o rzeczywistości społeczno-politycznej, to ja tego nie rozumiem. Po
emisji "Solidarnych 2010" jedna osoba z ekipy podeszła do mnie, mówiąc, że mi
gratuluje. A jedna z młodszych koleżanek zaatakowała mnie, jakim prawem obrażam
Polaków.

Pewnie jedna z tych koleżanek, która zaszczyciła swoją obecnością komitet
honorowy Bronisława Komorowskiego. W Łazienkach Królewskich mogliśmy się
przekonać, że ludzie kultury wysokiej często prezentują bardzo niski poziom
kultury osobistej. Niektórzy z moich znajomych dziwili się np., jaką niechęcią
do inaczej myślących pałał Andrzej Wajda.

– Okazuje się jednak, że nie są to świeże problemy. O Wajdę to się nawet
kłóciłam z mężem. Bo mój mąż twierdzi, że Wajda od dawna był dyspozycyjny. I
kiedy po latach obejrzałam film "Kanał" o Powstaniu Warszawskim, podzieliłam tę
opinię. Wtedy byliśmy oszołomieni, że pozwolono nam na taki obraz. Ale tam
pokazano alkoholika, który walczył, prostytutkę, która pomagała, obłąkanego,
który walczył, bo musiał. Co to za przedstawienie powstańców? Uważam, że pan
Andrzej był takim dyspozycyjnym wentylem. I on funkcjonuje jako człowiek z
opozycji… Albo "Człowiek z żelaza". Moim zdaniem, to były filmy na zamówienie.
Tak samo z opozycjonizmem Andrzeja Seweryna podyskutowałabym sobie. Po raz
pierwszy był aresztowany w czasie nauki w Szkole Teatralnej. Miał dziewczynę
Żydówkę, ona miała jakieś ulotki. Złapali ich razem, jego też aresztowali.
Wykupił go z tego więzienia jego opiekun prof. Jan Świderski, który podkreślał
szykany wobec Andrzeja. Tylko że paszport do Francji dostawał jakoś bez
problemu. Później zniknął i pojawił się w Teatrze Ateneum, gdy powstawała
"Solidarność". Takie grube dwuznaczności. A po tej hecy w Łazienkach to
najśmieszniejsze i jednocześnie najsmutniejsze były tłumaczenia. Wspomnę Annę
Nehrebecką i Majkę Komorowską, z którymi w opozycji grałyśmy w jednej drużynie,
a teraz znalazły się po drugiej stronie. Majka Komorowska tłumaczyła, że musiała
tam pójść, bo to kuzyn. Jaki kuzyn? I czy to coś zmienia?

Niektórzy z aktorów na długo zostaną zapamiętani za swoje zasługi. Na
przykład taka Joanna Szczepkowska, która uroczyście ogłosiła, że skończył się
komunizm.

– (Śmiech) No tak. Ale kto miał przekazać tę frazę "skończył się komunizm"? Była
związana z panem Michnikiem, a pan Drawicz był wtedy szefem telewizji. Dlatego
sądzę, że tak to było uzgodnione. Wiem też, jak było w trakcie naszej
konspiracji. Działał w niej głównie jej ówczesny mąż Mirosław Konarowski.

Ciekaw jestem, ile się z tych historii ostoi przy autoryzacji?
– Proszę pana, ja już długo żyję na tym świecie. Inaczej, często bardziej
świadomie patrzę na ludzi, na to, co się dzieje. Na ten napływ straszliwego
"dziennikarstwa", jakie prezentuje na przykład pani Monika Olejnik. Ona
zwyczajnie napada na ludzi o innych poglądach. Dlaczego mam tego nie mówić,
skoro to wszystko prawda? Tak samo jak ewidentny zanik odwagi cywilnej. Teraz
nie ma odwagi mówienia o swoich poglądach, bronienia ich oraz dyskutowania. I
tutaj aktorów i dziennikarzy dotyka to samo, część z nich pewnie się boi, że
straci pracę, a tu kredyty i takie historie…

Można Panią aktualnie oglądać w którymś z warszawskich teatrów?
– (Śmiech) Nie, bo ja jestem Emeryta Hayworth. Pan się śmieje, bo wie, kim była
Rita Hayworth. Ale zaraz panu wytłumaczę, że czasami to nawet i żartem można się
wpędzić w rozpacz. Była raz taka dziennikarka, która przychodzi do mnie i mówi:
"Chciałabym z Panią wywiad zrobić, ale Pani, przepraszam, jak się nazywa? I
najlepiej jakby mi to Pani przez telefon powiedziała". Odpowiedziałam, że przez
telefon to jej mogę powiedzieć: "dzień dobry" i "do widzenia". Przyszła ta
panienka (nawiasem mówiąc, spóźniła się) i ja też użyłam tego żartu: "Emeryta
Hayworth". Potem czytam w tym pisemku, że jestem z wysokiego, ostrego świata czy
coś takiego. Bo tak jej się usłyszało: "haj world". Bladego pojęcia nie miała,
że jest taka amerykańska aktorka. Sam pan widzi, że ostrożnie z żartami.

Pani jest Emerytą, podczas gdy w Warszawie w ostatnich latach namnożyło się
teatrów…

– Tylko że to są takie teatry, w których się przeważnie goliznę pokazuje…

Tym samym znów wróciliśmy do Joanny Szczepkowskiej.
– Tak. Ona niby pokazała to na znak protestu. Ale takie pokazywanie jest wpisane
w konwencję nowoczesnego teatru. Stało się tak powszechne, że nie wiadomo, czy
publiczność jest tak słabo wyedukowana w dziedzinie anatomii ludzkiej, iż trzeba
obnażać się na scenie. Ja jestem stara, ale mam dorosłych wnuków (26 i 19 lat).
Pytam ich, czy im to odpowiada, czy chcą to oglądać. Pytam, czy odpowiada im ten
język – niedbały, wulgarny. I odpowiedź jest krótka: "Nie".

Są potworki językowe, za które mogłaby Pani przyłożyć wałkiem do ciasta?
– (Śmiech) Nie wiem, czy od razu wałkiem. Ale bardzo mnie denerwuje, gdy ludzie
starsi, w średnim wieku, chcą się przypodobać młodszym i mówią tym slangiem: "no
to nara", "no to śmara", "spoko", "super". Albo że "biorą to na klatę". Zawsze
wtedy pytam: "Co bierzesz na klatę?". A te moje dzieci w "Ziarnie", jeszcze jak
prowadziłam program, to za każde słowo "super" płaciły mi po 50 groszy.

Jaka jest Polska Pani marzeń?
– Mam takie marzenie, żeby rząd Tuska upadł i żeby ich rozliczyli. Żeby Polska
była Polską. Żeby nasze rzeczy się liczyły. I żebyśmy jako Naród nie byli tak
ślepo zapatrzeni w świat zachodni i kopiowali z niego wszystkie niemal wzorce i
negatywne zachowania. Żeby była odpowiedzialność za dobro wspólne i nie było
ucinania: "To nie moja sprawa". A prywatnie w życiu to chciałabym dożyć roli
prababci.

Konkretne te marzenia – muszę przyznać.
– Nie wiem, co takiego się stało, że ludzie są tak zaślepieni. Politycy
wpatrzeni w kłamliwe słupki sondażowe. Gdyby afera hazardowa, chaos na kolei,
to, co oglądaliśmy w trakcie obecnych rządów Platformy, działo się za rządów
PiS, to hałas stworzony przez media byłby tak duży, że pewnie groziłaby nam
jakaś wojna… A tymczasem nie ma winnych, odpowiedzialnych, ważne, żeby te
słupki rosły. Bezkarny jest wicemarszałek Niesiołowski. On za swoje słowa, za
swoją agresję dawno powinien zostać odsunięty.

Henryk Wujec, jeden z doradców obecnego prezydenta, uważa nieco inaczej. Nie
wiadomo gdzie, ale znalazł różnicę między Niesiołowskim a Palikotem. Mówi też,
że np. Michnikowi czy Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu dałby order, ale
pomysłodawcy KOR Antoniemu Macierewiczowi już by nie dał.

– I widzi pan. To jest to, o czy mówiliśmy. Nie ma dyskusji i zdrowego
patrzenia, tylko szufladkowanie. Ale Wujec był normalnym, mądrym facetem. Brałam
udział w tych pierwszych wyborach. Jeździliśmy po Polsce z kandydatami. Byłam
również gdzieś z Wujcem w okolicach Lublina. Nawet wymyśliłam mu hasło: "Żeby
nie rządził nami Urban albo inny trujec. Nasz kandydat Henryk Wujec". Teraz tak
sobie myślę: "I po co ci to było? Trzeba było lepiej siedzieć i jakąś dobrą
książkę przeczytać".

Dziękuję za rozmowę.

drukuj