Krytykowanie to inteligencki zabobon

Z o. prof. Jackiem Salijem OP, kierownikiem Katedry Teologii Dogmatycznej
Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, członkiem Komitetu Nauk
Teologicznych Polskiej Akademii Nauk, rozmawia Mariusz Bober

Zlaicyzowane media stały się frontem propagandowej walki z Kościołem. Jak
Ojciec odbiera artykuły czy wywiady zakonników, księży, często młodych, którzy
krytykują Magisterium Kościoła, postawę biskupów?

– "Lękam się Greków, nawet kiedy przychodzą z darami" – ostrzegał Laokoon
mieszkańców Troi, żeby nie wprowadzali do swojego miasta drewnianego konia.
Trojańczycy zlekceważyli tę przestrogę i drogo za to zapłacili. Osobiście
ostrzegałbym moich współbraci w powołaniu kapłańskim i zakonnym: Kiedy jakaś
stacja lub gazeta, które wiele krzywdy już wyrządziły Kościołowi, zapraszają was
do uczynienia czegoś dobrego dla Kościoła, bądźcie ostrożni. Zwłaszcza że
krytykowanie jest to przecież inteligencki zabobon, którego odpowiednikiem jest
zażegnywanie zaklęciami choroby przez znachorów – czynność tyleż jałowa, co
utrudniająca rzetelną diagnozę i leczenie choroby. Nie wypada księdzu bawić się
w zaklinanie chorób Kościoła za pomocą działań, z których na pewno nic dobrego
dla Kościoła nie wyniknie.

Jak powinniśmy rozmawiać o problemach Kościoła, aby nie tracić z horyzontu
ani prawdy, ani miłości jemu należnej?

– Problemy Kościoła wydają się dziś podobne jak osiemset lat temu, w czasach
założyciela mojego zakonu, świętego Dominika. Wtedy również przewalała się przez
społeczeństwa wielka fala krytyki Kościoła, w niektórych krajach ludzie masowo
odchodzili od Kościoła. Święty Dominik nie próbował wypracować bardziej
konstruktywnych form krytykowania Kościoła ani nie krytykował krytykowania
destruktywnego. On po prostu Kościół kochał i starał się służyć Panu Jezusowi
najlepiej, jak umiał.

W medialnym klangorze wokół Kościoła z rzadka można usłyszeć o tym, co to
znaczy miłość do Kościoła.

– Pierwszym, kto ukochał Kościół – czyli nas, których postanowił wyciągnąć z
naszego zagubienia i egoizmu, i doprowadzić do życia wiecznego – jest Chrystus.
Jego miłość do Kościoła tym się wyraziła, że "wydał za nas samego siebie" (Ef 5,
25). Właśnie na tym, na oddaniu w miłości samego siebie, polega również nasza
miłość do Kościoła.

Gdzie leży cienka granica między "braterskim upomnieniem" względem
hierarchów, księży a brakiem miłości względem Kościoła?

– Jeśli idzie o upominanie hierarchów czy niehierarchów, uważajmy jednak, żeby
nie stać się takim – jak pisał Norwid – "kto tylko wtedy natchnionym, gdy
przeczy". Raczej wsłuchujmy się w dalsze słowa tego wiersza: "Ja nie z tych
waśni me natchnienia czerpię – / I W GÓRĘ PATRZĘ… nie tylko WOKOŁO".

Czy nie odnosi Ojciec wrażenia, że wielu współczesnych "reformatorów"
Kościoła ma na celu destrukcję? Remedium na problemy z posłuszeństwem
Magisterium ma być jego zniesienie.

– Przychodzą mi na myśl zamieszki, jakie w gorącej wodzie kąpana patriotyczna
młodzież urządziła podczas Wielkiego Postu w 1862 r. w katedrze warszawskiej
świętemu arcybiskupowi Zygmuntowi Szczęsnemu Felińskiemu. On spokojnie odczekał
na ambonie, aż rozrabiacze sobie pójdą i będzie można kontynuować przerwaną
konferencję. Kiedy atmosfera się uspokoiła, skomentował dobrotliwie całe to
zajście: Również ci synowie, którzy uciekają się do środków niemądrych, byleby
ocalić życie swojej chorej matki, kochają ją – i ona o tym dobrze wie. Osobiście
wydaje mi się, że kiedy różni katolicy i księża podejmują – w przekonaniu, że
czynią to z miłości do Kościoła – różne działania niemądre, dzieje się tak
dlatego, że być może brak im sitka w głowie. Albo może mają jakąś wadę serca,
ale sądy na ten temat zostawmy Panu Bogu.

Laicyzujący się świat często podważa nauczanie Kościoła i jego autorytet,
zwłaszcza w obszarze teologii moralnej. Niektórzy chrześcijanie uważają, że aby
"wyjść" do tych ludzi, trzeba "zmiękczyć" stanowisko w tej dziedzinie.

– Zawsze trzeba z szacunkiem wsłuchiwać się w to, co mówi druga strona. Zarazem
musimy pamiętać o tym, że prawda nie podlega kompromisom. Pan Jezus, kiedy
zaprotestowano przeciwko Jego nauce i szemrano, że "trudna jest ta mowa, któż
jej może słuchać?" (J 6, 60), kiedy wreszcie "wielu uczniów Jego odeszło i już z
Nim nie chodziło" (J 6, 66) – nie dostosowywał swojej nauki do ich oczekiwań,
ale zostawił wolność odejścia również tym, którzy przy Nim zostali (J 6, 67).

Co sprawia, że argumentacja katolicka w trudnych obszarach, takich jak
kwestie bioetyczne, celibat itd., jest nieobecna bądź wypaczana w debacie
publicznej?

– "Bo synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie
niż synowie światłości" (Łk 16, 8). Jak przenikliwie zauważył Manfred Lźtz w
swojej książce pt. "Obezwładniony olbrzym. Psychoanaliza Kościoła katolickiego",
"słowo 'dialog’ stało się dzisiaj pojęciem języka partyjnego, wykluczającym ze
'wspólnoty słusznych poglądów’". Wydaje się, że dzisiaj jest w ogóle poza
wyobraźnią przeciętnego katolika reagowanie choćby tylko w prywatnym liście do
dziennikarza na formułowane przez niego przeinaczenia, a niekiedy i oszczerstwa
na temat Kościoła katolickiego i jego nauki.

Ludzie Zachodu zwracają się w kierunku religii Wschodu, z głęboką duchowością
kojarzy się np. buddyzm, hinduizm. Tymczasem bogata tradycja życia monastycznego
pozostaje niedostatecznie odkryta. Co surowe, zdyscyplinowane życie zakonne może
zaoferować współczesnemu człowiekowi?

– Zapewne ma pan rację – że należałoby więcej spopularyzować duchowość
chrześcijańską, bo jest ona równie, a może nawet bardziej bogata niż taka czy
inna duchowość dalekowschodnia. Ale w obliczu religii Wschodu przede wszystkim
podkreślałbym, że chrześcijaństwo jest to coś niewyobrażalnie więcej niż
fascynujące odkrywanie duchowych wymiarów naszego człowieczeństwa.
Chrześcijaństwo jest to radosna nowina, że "Bóg tak umiłował świat, iż Syna
swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał
życie wieczne" (J 3, 16).

W zachodnich społeczeństwach często zdarzają się przypadki konwersji na
islam. Nie zmienia się zaś zwykle indyferentne nastawienie do wiary katolickiej.

– Trzeba się zamknąć na dwie podstawowe prawdy wiary chrześcijańskiej – prawdę
Trójcy Świętej oraz prawdę krzyża Chrystusowego – ażeby od chrześcijaństwa
odejść do islamu.

Pokusa konformistycznego życia jest dziś wzmacniana przekazem zlaicyzowanych
mediów, które przecież w Polsce odbierają w większości właśnie ludzie
ochrzczeni. Może przekaz Kościoła jest za słabo obecny w powszechnej
świadomości?

– Jednak nie kłaniajmy się bożkowi, któremu na imię skuteczność. Starajmy się
być wierni Ewangelii, kochajmy Pana Jezusa tak jak potrafimy, dzielmy się naszą
wiarą tak jak umiemy – i o resztę się nie martwmy. Tak już na tej ziemi jest i
do końca świata będzie z Kościołem – że raz mamy szczególny udział w Wielkim
Piątku, a kiedy indziej w Wielkiej Niedzieli.

Zajmuje się Ojciec naukowo teologią dogmatyczną. Subtelne zagadnienia
związane z prawdami wiary wydają się odległe od naszych problemów i nieistotne.
Jak wytłumaczyć ich znaczenie i wagę dla życia Kościoła i jego wiernych?

– Teologia dogmatyczna jest to cierpliwe pokazywanie, że z dogmatami wiary jest
zupełnie inaczej, niż to wmówiła naszej Europie mentalność oświeceniowa. Dogmat
wiary jest to prawda tak niewyobrażalnie głęboka, że do końca nigdy jej nie
ogarniemy. Trzeba jej szukać nieustannie, a znalazłszy, nie wolno zaniechać
dalszego jej zgłębiania.

Popularna jest dzisiaj opinia, że wszystkie religie i wyznania są bardzo
podobne i tak naprawdę liczy się tylko, żeby postępować "zgodnie z sumieniem" i
być tolerancyjnym.

– Tolerancja jest postawą ważną i ze wszech miar pozytywną, ale ciężko
zbłądzilibyśmy, gdybyśmy tolerancją chcieli zastąpić miłość. Wydaje mi się, że
serdecznie rozumiem Papieża Piusa XI, który napisał kiedyś, że "nie jest rzeczą
możliwą, by po zniszczeniu wiary zakwitła miłość".

Dziękuję za rozmowę.

drukuj