Pieniądze wyrzucone w błoto
Z Januszem Szewczakiem, głównym ekonomistą SKOK, rozmawia Małgorzata Goss
Dlaczego resort finansów interweniował na rynku walutowym akurat w grudniu?
– Ponieważ na dzień 30 grudnia przelicza się zadłużenie w walutach na wielkość
długu publicznego. W grudniu MF poprzez BGK kilkakrotnie interweniowało na rynku
walutowym, wymieniając waluty na złote, co zresztą zapowiedział wiceminister
finansów Dominik Radziwiłł. Rezerwy walutowe na przełomie roku stopniały o ok. 4
mld złotych. To przecież gigantyczna kwota, ok. 16 mld złotych. Dilerzy na rynku
walutowym twierdzą, że grudniowa interwencja ministra finansów na rynku
walutowym osiągnęła poziom 2 mld euro. Co z kolejnymi 2 mld euro? I czy w ogóle
warto było interweniować, by kurs zmienił się raptem o 5-8 groszy? O ile swapy
są czasową zamianą walut, o tyle interwencja walutowa jest wyrzucaniem pieniędzy
w błoto. Przekonało się o tym wiele krajów, m.in. Rosja, która w latach
2009-2010 na interwencję walutową w obronie rubla wydała 215 mld USD i nie
osiągnęła praktycznie nic, przegrała ze spekulantami.
Rząd nie porusza się już w finansach racjonalnie, lecz pod dyktando długu?
– Za cenę wyrzucenia w błoto ogromnych pieniędzy podbija na kilka dni kurs
złotego, żeby podretuszować wyniki. A jeszcze na początku grudnia minister
Rostowski zapewniał w Sejmie, że nie ma powodu, by obecnie interweniować na
rynku walutowym, że resort nie ma wyznaczonego kursu, który chciałby osiągnąć.
Gdyby miały być drastyczne turbulencje, to oczywiście NBP będzie mógł
interweniować – mówił minister. A potem rzucił pieniądze na rynek. Na początku
stycznia zaś oznajmił, że złoty poszedł nagle w górę dzięki zasłudze rządu,
dzięki zmianom w OFE, poprawie sytuacji fiskalnej, mniejszemu deficytowi
budżetowemu i rosnącemu PKB. To sprawiło, że nasza waluta zdobyła zaufanie
inwestorów – mówił. Jak lekką trzeba mieć rękę, by dla celów politycznych i
prestiżowych rzucić tyle pieniędzy na łup spekulantów. A przecież próg 55 proc.
tak naprawdę już przekroczyliśmy. To bezsensowna interwencja. Posłowie powinni
zapytać ministra o sens tej operacji i jej koszty. Mimo zaangażowania ogromnej
kwoty rentowność naszych 10-letnich obligacji, czyli cena pozyskania środków
finansowych przez państwo, pogorszyła się, na dzień 19 stycznia wyniosła aż 6,3
procent. Zbliża się 7-procentowa granica ceny długu, która oznacza przedsionek
bankructwa. Tak było na Węgrzech, w Irlandii, Grecji i Portugalii. Przekroczenie
7 proc. rentowności za roczne obligacje to moment, od którego okręt zaczyna
tonąć.
Czy to normalna praktyka, że minister finansów interweniuje na rynku
walutowym?
– Absolutnie nie. To NBP jest konstytucyjnie odpowiedzialny za wartość polskiego
pieniądza. W kwietniu 2010 r., w przededniu katastrofy, NBP dokonał pierwszej od
10 lat interwencji walutowej, ale – uwaga – nie w celu wzmocnienia, lecz
osłabienia złotego. Podobnie bank centralny Szwajcarii w zeszłym roku, chcąc
osłabić swoją walutę, wydał na interwencję 21 mld euro. Bez efektu. Interwencja
rządu była tym bardziej bezsensowna, że dublowała się z zapowiedziami Rady
Polityki Pieniężnej i prezesa NBP, iż nastąpi podwyżka stóp procentowych, co też
się stało 19 stycznia. Rynki dyskontowały już tę wiadomość, wiedząc, że złoty
się umocni. Pamiętajmy też, że zmniejszenie rezerw walutowych MF lub NBP wpływa
na wycenę ryzyka finansowego danego kraju przez rynki, wycenę rynkową obligacji
emitowanych przez Polskę, koszt obsługi zadłużenia. Wpływa też na wycenę rezerw
NBP, bo skoro wzmacniamy złotego, to osłabiamy dolara, euro i franka, a te
waluty znajdują się w koszyku rezerw walutowych NBP, to interwencja zmniejsza
wynik finansowy NBP za 2010 rok. Wizerunkowo poprawiamy statystyki, realnie
powiększamy zadłużenie.
Dziękuję za rozmowę.
