Laptop ministra Szczygły wyparował

Z mec. Ewą Łukaszewicz, pełnomocnikiem prawnym rodziny Aleksandra
Szczygły, ministra obrony narodowej i szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego,
który zginął w katastrofie rządowego samolotu pod Smoleńskiem, rozmawia Mariusz
Majewski

Prokuratoria Generalna Ministerstwa Skarbu podała do publicznej wiadomości
kwotę zadośćuczynienia, jaką zaproponowała rodzinom ofiar katastrofy
smoleńskiej, za co część rodzin zdecydowanie ją skrytykowała.

– Z jednej strony to dobrze, że państwo chce pomóc. Ale co to za moment na
publiczne ogłaszanie takiej dokładnej informacji. Nietrudno było przewidzieć, że
zwłaszcza po raporcie MAK i spóźnionej reakcji władz taka wiadomość jeszcze
tylko zwiększy emocje.

Prokuratoria tłumaczy, że zrobiła to w ten sposób, bo chciała dotrzeć z
informacją do wszystkich, których może ona dotyczyć. I dodaje, że nie miała
innego sposobu, by ją wszystkim przedstawić.

– Kwestia zadośćuczynienia, o którym mówimy, dotyczy najbliższych członków
rodzin ofiar: małżonków, dzieci, rodziców, np. rodziny Aleksandra, którą
reprezentuję, w ogóle to nie dotyczy, bo rodzice nie żyją, a on sam nie założył
rodziny. Widać więc, jak w naturalny sposób to grono się zawęża. Prokuratura
prowadząca śledztwo ma pełen spis osób mających status poszkodowanych wraz z
danymi kontaktowymi ich pełnomocników.

Jak Pani ocenia, mając wgląd w akta, tok śledztwa w sprawie okoliczności
katastrofy smoleńskiej?

– Śmiem twierdzić, że szeregowi prokuratorzy, z którymi się stykam, podążają w
dobrym kierunku. Ciężko pracują i wierzę, że jeśli nie będzie na nich żadnych
nacisków, to zbadają i wezmą pod uwagę wszystkie zaistniałe okoliczności. Gdy
strona rosyjska żądała wyłączenia pierwszych stenogramów z przesłuchań
kontrolerów, polscy prokuratorzy zapewniali, że to żądanie jest nie do wykonania
i te zeznania jak najbardziej będą brane pod uwagę, oczywiście będą podlegały
ocenie organu wydającego rozstrzygnięcie. Co najmniej dziwne działanie wieży
kontrolnej, na podstawie akt, zdiagnozowałam już w maju. W mojej ocenie, polscy
prokuratorzy, z którymi rozmawiałam, także mieli podobne spostrzeżenia.

Jednak śledztwo od samego początku jest w gestii rosyjskiej, najważniejsze
dowody są w Moskwie lub – jak wrak tupolewa – w Smoleńsku. A kierunek, w jakim
ono zmierza, dobrze pokazały ostatnie dni i raport MAK.

– Okazało się, że przyjęliśmy nie tyle konwencję chicagowską, co załącznik do
niej. A raport przedstawiany przez szefową MAK gen. Tatianę Anodinę w sposób
butny i nieznoszący sprzeciwu jest absolutnie nie do przyjęcia, z uwagi na jego
niekompletność i wybiórczość Polacy zostali dotknięci zarówno jego formą, jak i
treścią.

W świat poszedł wyraźny przekaz: pijany generał wymusił na pilotach lądownie,
bo bał się zdenerwować prezydenta.

– Ciekawe, że kiedy media zaczęły powielać informację, iż w kabinie pilotów
znajdował się także gen. Błasik, zgłosił się do mnie jeden z dziennikarzy,
mówiąc, że w kabinie miała być jeszcze jedna osoba, właśnie minister Aleksander
Szczygło. Nie wiedziałam, jak zareagować, i nie zareagowałam. Nie chcąc
niepotrzebnie i przedwcześnie martwić rodziny, powiedziałam o tym tylko naszej
najbliższej grupie przyjaciół i postanowiliśmy nic z tym nie robić. Jak dobrze
dziś widać, okazało się to zwykłą nieprawdą.

Długo znała Pani Aleksandra Szczygłę?
– Tak. Poznaliśmy się w 1996 roku w Stanach Zjednoczonych na stypendium
Uniwersytetu Georgetown, które było prowadzone we współpracy z amerykańskim
Kongresem dla przedstawicieli krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Odbywało się to
w formie studiów podyplomowych. Kilka uniwersytetów przyjmowało stypendystów
głównie z Węgier, Czech i właśnie z Polski. Olek dostał stypendium w La Crosse
(Uniwersytet Wisconsin) i tam się poznaliśmy. Sama nie byłam na tym stypendium,
ale w tym czasie uczyłam się w La Crosse języka angielskiego. Od tamtego czasu
trzymaliśmy się taką niewielką paczką bliskich znajomych. Razem spędzaliśmy
sylwestry czy robiliśmy sobie wigilię przed świętami. I Olek był w tej grupie.

Jak go Pani zapamiętała z tamtego okresu?
– Po katastrofie smoleńskiej tak się nawet zastanawiałam, co my o nim wiemy.
Olek nie był kimś, kto łatwo nawiązuje kontakty. Był trochę zamknięty. Ale jak
już się zaprzyjaźnił, to był w tej przyjaźni bardzo oddany. Nieraz narzekaliśmy,
że jest bardzo zajęty i nie ma dla nas czasu. Ale każdy z nas zrozumiał, że on
całe swoje życie poświęcił jednemu celowi.

Jakiemu?
– Krótko mówiąc – i to zgodnie przyznaliśmy, opłakując jego śmierć w gronie tych
najbliższych znajomych – Aleksander był państwowcem. I jego celem było służenie
Polsce, choć może brzmi to górnolotnie. Ale nie założył rodziny i wszystko
podporządkował tej służbie. Wysokie funkcje państwowe traktował jako
wyróżnienie, przywilej i misję oraz zadanie, z których musi się wywiązać. Nigdy
nie czerpał żadnych korzyści ze swoich funkcji. Jakiekolwiek układy były poza
nim. Nam jako jego dobrym znajomym nawet nie przychodziło do głowy, by prosić go
o jakąś przysługę związaną z jego pracą. Był bardzo pomocny, ale wiedzieliśmy,
że Olek ma jasne i twarde zasady. Nie był typem "brata łaty".

Mówiła Pani, że były między Wami różnice, ścierały się poglądy…
– My nazywaliśmy jego poglądy radykalnymi, ale dyskutowaliśmy, prosiliśmy
nieraz, by wyjaśniał nam swoje stanowisko. Dla niego nie było dyskusji, że
jedyną drogą do praworządności w Polsce były rządy Prawa i Sprawiedliwości. Raz
nas przekonał, a innym razem nie. Ale akceptował i szanował nasze odmienne
zdania. Tę jego lojalność, to oddanie widać również na płaszczyźnie politycznej.

Minister Szczygło był często charakteryzowany jako "człowiek prezydenta".
– Prezydent Lech Kaczyński był dla niego wzorem i przykładem do naśladowania.
Głównie widziałam to właśnie na takim poziomie człowieka-państwowca. Bardzo
mocno dostrzegałam, że idee Lecha Kaczyńskiego były też Olka ideami. Czasami
wydawało nam się to nawet zbyt drastyczne, za wszelką cenę. A on po prostu
bronił racji swojego prezydenta, mojego zresztą też.

Gdy się poznaliście, Aleksander Szczygło był postacią raczej mało znaną.
Żegnała go Pani już jako ministra obrony narodowej, szefa Biura Bezpieczeństwa
Narodowego…

– I muszę powiedzieć, że przez te kilkanaście lat jego kariery zawodowej
praktycznie jako człowiek się nie zmienił. Pozostał sobą. Zawsze podkreślał, jak
wiele zawdzięcza prof. Lechowi Kaczyńskiemu, z którym spotkał się na
uniwersytecie w Gdańsku. Ewidentnie prezydent Lech Kaczyński miał na Olka bardzo
duży wpływ.

To, co Pani mówi, przywraca pewną symetrię. Prezydent Kaczyński przed
katastrofą był ośmieszany i lekceważony przez dziennikarzy, prominentnych
polityków z rządzącej partii. Również ludzi prezydenta przedstawiano w podobny
wykrzywiony sposób.

– A to byli właśnie ludzie o podobnych cechach jak Olek, państwowcy
profesjonaliści. Olek – i to również podziwiałam – bardzo profesjonalnie,
obejmując nowe funkcje, z poświęceniem całego swojego czasu przygotowywał się do
swoich nowych obowiązków. Jego profesjonalizm widać było również po
wystąpieniach publicznych. Początkowo nerwowy, czasami nawet nieskładny, a potem
czuł się już bardzo pewnie, spierając się z przeciwnikami politycznymi i
nieprzychylnymi dziennikarzami w największych mediach. Ale w mediach też
pozostawał sobą.

To znaczy?
– Na przykład potrafił przeprosić, gdy użył niewłaściwego słowa, gdy pojawiło
się zdenerwowanie, co przy kształcie debaty politycznej w Polsce niekoniecznie
musi być oczywistością. Strasznie przeżywał sytuację po wypowiedzi do mediów na
temat wydarzenia z polskimi żołnierzami w Nangar Khel. Po skończonej rozmowie,
odchodząc, Olek powiedział, że żołnierze "zachowali się jak banda durniów". Te
słowa się nagrały, a materiał upublicznił "Superwizjer" TVN. Olek zdał sobie
sprawę, że to były emocje i niepotrzebne słowa, dlatego nie bał się przeprosić.
Chociaż swoją drogą wiadomo, że to nagrane zdanie po zakończonej już rozmowie
zostało wyemitowane w określonym celu…

Na pewno dobrze zapamiętała Pani 10 kwietnia 2010 roku. Jaka była Pani
pierwsza reakcja na wiadomość, że rozbił się rządowy samolot z prezydentem na
pokładzie?

– Od razu wiedziałam, że Olek zginął, bo tam był. Jeden z jego bliskich
współpracowników pracował z nim do późna w przeddzień wylotu do Smoleńska.
Według tej relacji Olek ociągał się z wyjściem. Nawet niechętnie przyznał, że
tak naprawdę to nie chciałby lecieć. W jego odczuciu Katyń był miejscem, w
którym powinno się być tylko raz. A on był już tam wcześniej z prezydentem
Kaczyńskim.

Po katastrofie od razu zajęła się Pani sprawami rodziny?
– Tak. W gronie najbliższych przyjaciół byłam jedynym adwokatem. W tym momencie
poznałam rodzinę Olka, cztery siostry i brata. Ale cała nasza grupa wzięła na
siebie obowiązek utrzymania pamięci o Olku, kontaktów z jego rodziną.

Na początek pojawił się problem, ponieważ z warszawskiego mieszkania ministra
Szczygły zniknął jego prywatny laptop.

– W chwili obecnej sprawa laptopa jest umorzona. Zaczęło się od tego, że jak
siostra i brat Olka wrócili z Rosji, to chcieli wejść do jego mieszkania. Raz,
że chcieli się gdzieś zatrzymać, a druga rzecz, wiadomo, że należało sprawdzić,
czy Olek jako urzędnik państwowy wysokiego szczebla nie miał jakichś dokumentów
czy przedmiotów, które należałoby zwrócić stosownym instytucjom. Oczywiście nikt
nie miał kluczy do tego mieszkania.

A trzeba je było otworzyć.
– We wtorek albo w środę po katastrofie grupa przyjaciół na wyraźną prośbę
rodziny postanowiła wezwać ślusarza. O tym, że tego dnia, o tym czasie, będzie
wejście do mieszkania Olka, została powiadomiona policja oraz wojskowa
prokuratura. I przy otwarciu byli obecni prokurator oraz policjant. Najbliższy
przyjaciel Olka tutaj, w Warszawie, który często bywał u niego w mieszkaniu,
stwierdził, że nie ma laptopa. A doskonale wiedział, gdzie zawsze ten laptop
stał. W salonie, który jest takim otwartym pomieszczeniem, na stole została
tylko ładowarka i kable.

Co było dalej?
– Zaczęliśmy wydzwaniać i próbowaliśmy ustalić, co się z tym komputerem mogło
stać. Wszyscy z jego współpracowników podkreślali, że nie zabrał go ze sobą.
Potwierdził to kierowca, który 10 kwietnia zawiózł Olka na lotnisko.
Postanowiliśmy, że zanim podejmiemy oficjalne kroki, to jeszcze raz dokładnie
sprawdzimy mieszkanie, szafy, walizki i zakamarki, które wcześniej mogły nam
umknąć. Gdy byliśmy pewni, złożyliśmy zawiadomienie o możliwości popełnienia
przestępstwa. Pani prokurator przesłuchała tylko siostrę Olka, która składała
zawiadomienie. Nie uznała za celowe przesłuchać innych osób z protokołu wejścia
do mieszkania. Głównie przyjaciela Olka, który często u niego bywał i stwierdził
brak laptopa. I postępowanie na etapie prokuratury rejonowej zostało umorzone.
Złożyliśmy zażalenie na to postanowienie prokuratury, ale sąd rejonowy, który je
rozpatrywał, tego zażalenia nie uwzględnił.

Sprawdzała Pani, czy może służby specjalne nie zajęły laptopa ministra
Szczygły?

– Pierwszą czynnością, jaką podjęłam, było skierowanie oficjalnego zapytania w
tej sprawie do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Kilka dni po pogrzebie
pojawiły się artykuły na ten temat, prof. Jadwiga Staniszkis pisała o wejściach
do mieszkań, pokoi sejmowych zajmowanych przez osoby, które zginęły w
katastrofie. Pomyślałam, że być może ABW weszła także do mieszkania Olka.
Pojawiały się także inne informacje, że ABW wchodziła np. do hotelu sejmowego i
zabezpieczała materiał porównawczy potrzebny do identyfikacji ofiar. Dlatego
postanowiłam zapytać o laptop. Dostałam odpowiedź, że ta służba do mieszkania
Olka nie wchodziła i laptopa w żaden sposób na pewno nie zabezpieczyła. Nasze
zawiadomienie zostało odrzucone, podobnie jak zażalenie, a laptopa jak nie było,
tak nie ma.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj