Euro na rozdrożu

Z dr. hab. Krzysztofem Szczerskim, politologiem, wicedyrektorem Instytutu
Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Jagiellońskiego,
rozmawia Mariusz Bober

Wielu ekspertów uważa, że 2011 r. może być przełomowy dla Unii
Europejskiej: czekają nas decyzje dotyczące nowego budżetu UE, zmiany w
traktacie lizbońskim, a zdaniem części ekonomistów także kolejna fala kryzysu
gospodarczego. Unia jest na to przygotowana?

– Wszystko zależy od wyboru strategii radzenia sobie z kryzysem. Możliwe są
tu przynajmniej trzy warianty. Po pierwsze, może to być wariant federacyjny – to
znaczy, że najsilniejsze kraje Unii będą chciały de facto przejąć polityczną
władzę we wspólnocie pod hasłem potrzeby jasnego i zdecydowanego przywództwa w
ciężkich czasach. Drugi wariant to scenariusz wspólnotowy, czyli uznanie, że
kondycja Unii jest taka jak kondycja każdego z jej krajów członkowskich – to
znaczy należy wspomagać ze środków Unii rozwiązywanie problemów przez
poszczególne państwa i wyrównywać poziom ekonomiczny na całym jej obszarze.
Możliwy jest wreszcie wariant egoistyczny, czyli taki, że każdy będzie próbował
forsować swoje pomysły i Unia w praktyce podzieli się na kilka wewnętrznych
stref integracji. Według mnie, wariant pierwszy i trzeci może przynieść bardzo
poważne negatywne konsekwencje polityczne, także z punktu widzenia Polski.

Analizując wydarzenia minionego roku, można dojść do wniosku, że
wstrząsający Unią Europejską kryzys może rozsadzić strefę euro. Podziela Pan
takie obawy?

– Strefa euro jest przedsięwzięciem nie tylko ekonomicznym, ale i
politycznym. Uważam, że obecni liderzy głównych państw Unii będą woleli – w ten
czy inny sposób – podtrzymywać istnienie strefy euro, gdyż nie są przygotowani
do "dnia po", nie ma scenariuszy tego, jak mogłaby wyglądać polityka europejska
bez euro. Tak jak miało to miejsce przy pierwszej fali kryzysu w przypadku
systemu bankowego – pompowano pieniądze w podtrzymanie jego aktywów, bo nikt nie
był gotów ogłosić upadłości całego tego sektora, upadły wyłącznie pojedyncze
banki, a inne zostały przejęte przez silniejszych graczy. Tym bardziej że tak
spektakularne wydarzenie jak rozpad strefy euro pewnie stałoby się początkiem
rozpadu Unii jako takiej, a na to już z pewnością nikt nie jest gotowy.

Mechanizm stabilizacyjny dla strefy euro może okazać się niewystarczający,
aby zapobiec bankructwu niektórych państw członkowskich i wspólnej waluty?

– Problem kryzysu w strefie euro ma charakter "podwójnego nelsona", dlatego
jest tak poważny: jest to kryzys narodowych gospodarek poszczególnych państw
członkowskich (Grecja, Irlandia i inne) wynikający ze spowolnienia gospodarczego
i złej polityki budżetowej, ale jednocześnie jest to kryzys ponadnarodowy –
strefy euro jako całości. Dotyka on także tych jej krajów, które są we względnie
dobrej kondycji. Stąd takie poirytowanie u "zdrowszych graczy", gdzie pojawiają
się głosy, by odciąć "chore członki", czyli wypchnąć słabszych ze strefy, albo
by skonsolidować się w gronie silnych, a reszta niech radzi sobie sama. Takie
podejście mogłoby oznaczać stworzenie strefy "euro plus". Dlatego tak ważny jest
wybór strategii, o którym mówiłem wcześniej. Główne państwa strefy euro mogą
uznać, że ratowanie jej istnienia musi opierać się na zwiększeniu nad nią władzy
politycznej, czyli powstaniu ośrodka, który będzie wymuszał na krajach
członkowskich takie, a nie inne działania, a jeśli nie będą się chciały
dostosować, to będzie te kraje "przejmował w zarząd komisaryczny" w imieniu
strefy euro jako całości. Takie podejście może co prawda doprowadzić do
uratowania siły gospodarczej strefy euro, ale na trwale zmieniłoby Unię w
quasi-federację rządzoną przez najsilniejszych. Jeśli natomiast decyzje będą
szły w kierunku uznania, że kryzys euro to kryzys przede wszystkim pojedynczych
państw, to pomoc będzie aplikowana "punktowo", poprzez dofinansowanie każdego
przypadku z osobna. Może jest to ekonomicznie mniej racjonalne, ale politycznie
utrzymuje zasadę, że każdy kraj w ramach Unii nie jest wprost poddany władzy
innych, ale jest ich partnerem.

W pierwszej połowie roku mają zostać opracowane ścisłe zasady
funkcjonowania mechanizmu stabilizacyjnego. Obecne władze Polski zgłosiły w nim
udział, choć nie jesteśmy członkiem strefy euro. Jak Pan ocenia taką decyzję?

– Jak rozumiem, obecny rząd, znając rzeczywisty stan polskich finansów
publicznych, którego my, obywatele, niestety nie znamy, i nie wiedząc, jak
zachowają się główni europejscy gracze, to znaczy, jaką wybiorą strategię,
zdecydował, że musimy się "podłączyć" do mechanizmów europejskich, bo w
przeciwnym razie, gdyby i u nas budżet się zawalił, nikt by nas nie ratował. W
tym sensie kupujemy dziś za własne pieniądze dobrowolnie polisę na przyszłość,
mimo że nie wiemy, jakie mogą być jej skutki. Może to wynikać z dwóch powodów –
stan kasy państwowej jest tak zły, że rząd już wie (a my jeszcze nie), iż kryzys
w Polsce też nastąpi, więc nie kupuje tej polisy na darmo, albo też rząd uznał,
że musimy konsekwentnie brać kurs na politykę naszych zachodnich sąsiadów, i
podążamy za ich decyzjami i oczekiwaniami także dlatego, że nasza gospodarka
jest w zakresie koniunktury mocno uzależniona od gospodarki niemieckiej. Możliwe
zresztą, że obie te grupy argumentów działały razem.

Sytuację biedniejszych krajów może pogorszyć realne zmniejszenie wpływów z
budżetu unijnego, a jego okrojenia domagają się właśnie kraje wpłacające do UE
najwięcej…

– Tego typu głosy pojawiają się przy każdych kolejnych negocjacjach
wieloletniego budżetu Unii Europejskiej. W tym roku rozpocznie się dyskusja o
ramach finansowych na lata 2014-2020. W takich momentach zawsze mobilizują się
tzw. płatnicy netto, czyli kraje wpłacające do budżetu Unii więcej, niż wynoszą
transfery z tego budżetu dla nich. Trzeba pamiętać, że każdy kraj składa się na
budżet Unii, nawet najbiedniejszy, i każdy kraj dostaje z niego pieniądze, nawet
najbogatszy – różni nas tylko to, że niektórzy wpłacają więcej, niż z niego
dostają, a inni – jak Polska dzisiaj – dostaje więcej, niż wpłaca, czyli jest
"beneficjentem netto". Otóż owi płatnicy netto przy każdych kolejnych
negocjacjach wysyłają na początek ostry sygnał o potrzebie cięć budżetowych, aby
określić swoją pozycję negocjacyjną. Teraz mają dodatkowe argumenty o kryzysie
gospodarczym, więc ich głos jest silniejszy. Dlatego obecne negocjacje będą
ważnym testem dla polskiego rządu (tego i następnego, bo zakończą się w 2012
roku). Pamiętajmy, że poprzedni taki czas był w latach 2005-2006 i wtedy, dzięki
determinacji rządu PiS w końcowej fazie negocjacji, otrzymaliśmy na lata
2007-2013 największe w naszej historii środki wspomagające rozwój. Dlatego
trzeba pytać obecny rząd, czy chce walczyć o pieniądze dla Polski, czy w duchu
polityki zgodnej z oczekiwaniami najsilniejszych będzie "rozumiał wyzwania i
ograniczenia polityki europejskiej" i aby znaleźć się w jej głównym nurcie,
będzie miękkim negocjatorem. Wszystko w naszych rękach – rządu i nas, wyborców,
w 2011 roku.

Jak nałożenie tych wydarzeń może przełożyć się na funkcjonowanie UE?

– Unia przechodzi dziś przez okres "praktycznej interpretacji" zapisów
traktatu lizbońskiego. To bardzo newralgiczny czas – każdy traktat europejski
poddawany jest bowiem po jego przyjęciu reinterpretacji w praktyce działania
Unii. Kraje i instytucje europejskie próbują wykorzystać jego zapisy na swoją
korzyść, by zwiększyć swe wpływy, zrealizować swoje interesy gospodarcze i cele
polityczne. Tak dzieje się również teraz w Unii Europejskiej. Ci, którzy są
aktywni – jak np. Parlament Europejski czy silne kraje członkowskie –
wykorzystują ten czas, połączony jeszcze z kryzysem ekonomicznym, do tego, by
zyskać kompetencje nawet ponad to, co wynika wprost z zapisów traktatu. Musimy
mieć tego świadomość i włączyć się do gry o władzę w Unii, inaczej pozostanie
nam rola obserwatora, którego jedynym wyborem będzie wybór patrona, do którego
chce się przyłączyć, a nie spełnianie roli samodzielnego gracza. Polskie
przewodniczenie Unii w drugiej połowie 2011 roku jest dobrym narzędziem, by
pokazać nasze własne cele. Czy będzie nim w rzeczywistości? To temat na inną
rozmowę, ale pamiętajmy: musimy rozliczać rząd z działań w 2011 roku szczególnie
wnikliwie, bo wiele od tego roku zależy.

Jakie są szanse i możliwości związane z naszą prezydencją?

– Prezydencja w formule po traktacie lizbońskim, czyli bez obowiązków
reprezentowania Unii na zewnątrz, ma przede wszystkim za zadanie sprawnie
kierować procesem podejmowania decyzji w UE, a ten z kolei składa się z
dziesiątków formalnych i nieformalnych negocjacji pomiędzy krajami członkowskimi
i instytucjami europejskimi w celu uzyskania satysfakcjonującego wszystkich
kompromisu. I te negocjacje organizuje i im przewodzi kraj prezydencji. Jest to
więc test na prestiż państwa i jego praktyczną sprawność w zarządzaniu decyzjami
europejskimi. Ale prezydencja to także czas, w którym każdy kraj stara się do
porządku prac Unii wprowadzić jakiś ważny z jego punktu widzenia temat, który
odtąd kojarzy się z nim, jest jakby jego "znakiem firmowym". Na przykład Węgrzy
w czasie swojego półrocza zainaugurują tzw. Strategię Dunajską, czyli program
pogłębionej współpracy regionalnej od Bawarii aż po Ukrainę.

Słyszał Pan o jakimś flagowym programie polskiej prezydencji?

– Wszystko wskazuje na to, że polski rząd zrezygnował z takiej strategii
innowacyjnej prezydencji i w swoim programie umieścił wyłącznie kwestie, które
wynikają z harmonogramu prac Unii. Ważne, jak np. początek wspomnianych
negocjacji budżetowych, ale takie, które i tak musielibyśmy poprowadzić, bo
wynika to z kalendarza prac, a nie z naszej inicjatywy. Ten typ prezydencji w
literaturze nazywany jest "prezydencją pasywną" albo "prezydencją zewnętrzną",
czyli taką, którą steruje kalendarz instytucjonalny, a nie kraj przewodniczący
Unii. Miejmy też nadzieję, że ewentualne pogłębianie się kryzysu strefy euro nie
doprowadzi w drugiej połowie roku do takiego załamania, które spowodowałoby, że
nasza prezydencja będzie "prezydencją kryzysową" i zostanie całkiem zdominowana
przez okoliczności zewnętrzne. A do tego jeszcze partie rządzące same
zafundowały nam dodatkową trudność w wypełnianiu roli prezydencji, czyli wybory
w samym jej środku, co w zamierzeniu Platformy ma sprzyjać jej dobremu wynikowi
w głosowaniu. Jeśli więc mówimy o oczekiwaniach wobec prezydencji polskiej, to
powiem, że oczekuję, iż będzie ona sprawnie poprowadzona, a jej efektem – miejmy
nadzieję – będzie to, że Polska znajdzie się poza listą krajów, które bez
przerwy są recenzowane z punktu widzenia tego, czy są wystarczająco
"europejskie". Najwyższy czas też, żeby większość polskich mediów i celebrytów
medialnych, którzy mają cały czas potrzebę przeglądania się w zagranicznym
zwierciadełku, co wynika z kompleksów, porzuciła tę żenującą praktykę i wycofała
się z ciągłego powtarzania pytania: "a co o tym powiedzą za granicą"?

Czy poprzedzające nas prezydencje – Belgii i obecna, Węgier – mogły z
różnych powodów stać się okazją do umocnienia aparatu biurokracji, co może być
trudne do przełamania dla Polski?

– Polska jest tzw. nowym krajem członkowskim, ale jest jednocześnie dużym
państwem Unii. Obecna formuła prezydencji, obok indywidualnej odpowiedzialności
każdego kraju przez pół roku, zakłada także wspólne półtoraroczne działania
trójki państw złożonej z kraju dużego jako jej lidera, średniego i nowego.
Takimi nowymi krajami w trójce z Francją jako liderem były Czechy, a w trójce z
Hiszpanią są teraz Węgry, które poprzedziła Belgia jako "średniak". W naszym
przypadku Polska jest liczona jako kraj duży, a nie nowy, bo tym "nowym" będzie
za półtora roku Cypr. Tak więc sama formuła wskazuje, że powinniśmy mieć inną
pozycję niż pozbawiona od wielu miesięcy stabilnego rządu Belgia czy Węgry,
wobec których zastosowano – podobnie jak wcześniej wobec Czechów – strategię
"ostrzału wyprzedzającego", czyli złej prasy i komentarzy sugerujących ich
niekompetencje po to, by zapobiec przesadnie ambitnym działaniom Budapesztu.
Wiele osób bowiem do dziś nie może się pogodzić z faktem, że jakiś mały nowy
kraj członkowski może zarządzać starymi potęgami i przekonaną o swej
wyjątkowości biurokracją brukselską. Polska ma na starcie inną pozycję,
przynajmniej formalnie, ale, jak zawsze, wszystko zależeć będzie od ludzi
obecnej władzy – czy będą zachowywać się jak dumni przedstawiciele silnego
państwa, czy będą uważali, że przychodzą od "biednej i brzydkiej panny na
wydaniu", która zabiega o pochwały u innych, a sama boi się odezwać. Praktyka
pokaże.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj