Katolik musi stawiać ambitne cele

Z dr. Wernerem Munchem, byłym premierem Saksonii-Anhalt i posłem do
Parlamentu Europejskiego, rozmawia Piotr Falkowski

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Niemcy byli bardzo konserwatywni. Kiedy na
przykład Benedykt XVI opisuje swoją młodość, to jej obraz jest sielankowy: pełna
harmonii wspólnota mieszkańców małego miasteczka skupiona wokół kościoła
parafialnego; zdrowe, tradycyjne, liczne rodziny… Dzisiejszy obraz jest
diametralnie inny. Co się stało z niemieckim społeczeństwem?

– W porównaniu z Bawarią osiemdziesiąt lat temu jesteśmy obecnie zupełnie
innym narodem. Tak naprawdę największe zmiany dokonały się zupełnie niedawno.
Teraz Niemcy szczycą się tym, że są liberalni. Liberalni w tym sensie, że nie
istnieją dla nich żadne wyższe wartości ani zasady, że religia i wiara nie mają
żadnego znaczenia. Mam takie wrażenie, że chrześcijanie zbyt długo milczeli. Nie
angażowali się w debatę publiczną i ona im jakby uciekła. Gdy nie ma głosu,
który mówiłby o godności człowieka, życia, o chrześcijańskim ładzie społecznym,
to i cały gmach życia społecznego się rozpada. Dlatego ludzie popadają w
zwątpienie, tracą poczucie sensu, znikają normalne więzi międzyludzkie. To samo
zresztą dzieje się na całym świecie, również, jak sądzę, w Polsce. Papież mówi o
tym bardzo mocno, gdy nazywa to, co się dzieje, "dyktaturą relatywizmu".

W Niemczech, jak się wydaje, tradycyjny chrześcijański system wartości był
stosunkowo dobrze reprezentowany przez chadecję (CDU/CSU). Dlaczego Pan opuścił
niedawno tę partię?

– Bezpośrednią przyczyną były słowa Angeli Merkel krytykujące Benedykta XVI.
Ale również sama partia bardzo zmieniła się w ostatnim czasie. Tak dzieje się
zresztą z chadecją w całej Europie. U nas zasadniczy wpływ na przyśpieszenie
tego niekorzystnego procesu miało zjednoczenie Niemiec w 1990 roku. Raptem
pojawiło się 16 milionów ludzi, którzy zostali wychowani bez wiary (często
nieochrzczeni), na zupełnie innych zasadach niż moralnych. Nie chodzi tylko o
to, że nie chodzą do kościoła i nie przyjmują sakramentów. Przede wszystkim nie
mają chrześcijańskiej zasady porządkującej sposób myślenia i działania. A ludzie
z zachodniej części kraju nie mieli siły, aby walczyć o nich, aby przekazać im
dziedzictwo naszych dawnych wartości.

Dlaczego tak się stało?

– Zadowoliliśmy się jako takim dostosowaniem administracji i gospodarki.
Rządowi nie zależało na niczym więcej. W latach 1998-2005 rządziła lewica, a
potem kanclerzem federalnym została pochodząca z dawnego NRD Angela Merkel. Dla
niej chrześcijański sposób myślenia jest obcy. Nie miała gdzie się go nauczyć. A
więc relatywizm wciska się do nas od samych szczytów władzy. Pojawili się nowi
parlamentarzyści, pracownicy administracji i zaczęli, niestety, nadawać ton.
Spowodowali na przykład, że liberalne przepisy aborcyjne byłego NRD zostały
rozszerzone na całe Niemcy. To jedyny taki przypadek. We wszystkich innych
dziedzinach to wschód przyjmował rozwiązania zachodnie. Ale prawo to nie
wszystko. Napór nowego sposobu myślenia jest tak silny, że nawet dobre prawo już
nie jest w stanie przed nim bronić.

Dokąd prowadzą tak zasadnicze przeobrażenia dotykające samej istoty
funkcjonowania społeczności ludzkiej?

– Wielu ludzi władzy myśli, że chrześcijanie są ludźmi przeszłości, a trzeba
budować przyszłość. Ale to nieprawda. Nasza wizja człowieka jest w istocie
bardzo nowoczesna i pasuje na każde czasy i na każdy etap rozwoju cywilizacji.
Godność człowieka, poszanowanie dla życia, wolności, sprawiedliwości – to mamy
do zaoferowania. Powiedziałbym, że przyjęcie tych podstaw, o jakich teraz mówię,
jest po prostu nieodzowne. Inaczej Niemcy jako takie nie będą istnieć.

Republika Federalna Niemiec to państwo nowoczesne, zamożne, silne i
ambitne, chcące przewodzić w jednoczącej się Europie i wpływać na kształtowanie
losów świata. Co Niemcy mogą zaoferować międzynarodowej społeczności?

– Myślę, że w naszej polityce przeważa orientacja ekonomiczna. Rozwiązanie
kryzysu finansowego, zabezpieczenie rozwoju gospodarczego – to koncentruje uwagę
polityków i w rządzie federalnym, i w Unii Europejskiej. Pozostałe obszary życia
schodzą na dalszy plan. Dotyczy to na przykład zasad moralnych, na jakich opiera
się nasze życie. I niestety rządy Niemiec i kilku innych państw narzucają swoje
widzenie priorytetów rozwoju całej Unii Europejskiej. Zapomnieli, że
społeczeństwu potrzeba także innych wartości.

Jakie są zadania katolickiego polityka w naszych czasach?

– W polityce są dwie możliwe drogi. Albo słuchamy i postępujemy tak, jak
sądzi większość, albo mamy własne zdanie i chcemy większość do niego przekonać.
Dlatego to, co się dzieje ze społeczeństwem, nie jest tak ważne jak to, jakie
cele ja mu stawiam. To jest często wbrew powszechnej opinii. A płynąć pod prąd
jest trudno. Gdy opisuję sytuację i wskazuję na negatywne zjawiska lub
zagrożenia, to nawet moje własne dzieci mówią: "Nie bądź takim pesymistą".
Trzeba wrażliwości na problemy. Trzeba mówić o integracji imigrantów, o wpływach
islamu w Europie. Polityk musi umieć wskazywać naprawdę ważne problemy i skupiać
się na ich rozwiązaniu. My w Niemczech zbyt długo tego nie robiliśmy i staliśmy
się zdziczałą populacją. Nie mówiliśmy o naszym rozumieniu życia społecznego i
nie byliśmy aktywni, nie walczyliśmy.

Jakie są Pana osobiste doświadczenia jako premiera landu Saksonia-Anhalt w
walce o chrześcijańskie wartości?

– W konstytucji Saksonii-Anhalt zapisaliśmy, że władza jest odpowiedzialna
przed Bogiem za to, co robi. To jasne odniesienie do wiary – które nie znalazło
się w tak zwanej Konstytucji dla Europy – dawało nam światło dla naszych
działań. Udało się dużo zrobić dla rozwoju katolickiego szkolnictwa, w
dziedzinie zdrowia i opieki społecznej, w bezpieczeństwie publicznym. Od samego
początku, przed każdym posiedzeniem mojego gabinetu, czyli co cztery tygodnie,
rano ze wszystkimi ministrami byliśmy w kościele na Mszy Świętej. Nawet
katoliccy biskupi z terenu mojego landu, gdy z nimi rozmawiałem o naszych
projektach, mówili mi: nie warto próbować, nie uda się, to się nie przyjmie u
nas. A ja stawiałem na swoim i dawaliśmy radę.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj