Polacy potrafią być hojni w biedzie

Z ojcem Edwardem Konkolem, werbistą, prezesem białostockiego
Stowarzyszenia Droga, które zajmuje się rodzinami potrzebującymi pomocy, a
obecnie organizuje świąteczną akcję charytatywną "Pierwsza Gwiazdka", rozmawia
Adam Białous

Docieracie z pomocą materialną nie tylko do mieszkańców Białegostoku, ale
nawet w odległe strony całego regionu północno-wschodniej Polski, m.in. na
tereny, gdzie upadły PGR-y. W ocenie Ojca, skala biedy w Polsce rośnie?

– Tak, bieda rośnie. Ludzi potrzebujących jest coraz więcej. Coraz więcej
osób przychodzi do nas po pomoc. Najwięcej biedy jest na prowincji. Ubodzy w
mieście jakoś sobie jeszcze radzą, bo są ośrodki pomocy, jadłodajnie itd. Na
wsi, szczególnie tzw. głuchej wsi, tego nie ma. Bieda jest tym większa, im dalej
od wielkich miast. Widzimy to, kiedy jeździmy z pomocą. W Białymstoku i
okolicach jeszcze nie jest najgorzej, ale kiedy docieramy do odległych małych
wsi, to ten widok ubóstwa materialnego jest naprawdę przerażający, makabryczny.
Bieda najbardziej dotyka dzieci, bo one są wobec niej bezradne. Na prowincji
nieraz widziałem, jak dzieci przy dużym mrozie, ubrane w letnie kurtki, pokonują
kilometry do szkoły. W domach też jest zimno, nie ma co jeść. A ich rodzice nie
mają już nawet siły, żeby prosić kogoś o pomoc. Za dnia walczą z biedą, a w nocy
płaczą. Nad ranem łzy wysychają i tak wygląda ich życie.

Ludzie biedni to tylko ci, którzy nie mają pieniędzy?

– Są biedni, którzy nie mają domów, nie mają jedzenia czy ubrania. To jest
cały świat ludzkiej materialnej nędzy. Ale jest też drugi świat, którego również
dosięga bieda, choć o innym obliczu. Myślę tu o wielu ludziach, którzy np.
teraz, przed świętami Bożego Narodzenia, rozpędzili się i wpadli w chaos
przedświątecznych zakupów, rzekłbym nawet – obłęd kupowania. Ci mają oczywiście
pieniądze i nie cierpią materialnej nędzy, ale ich również dotyka bieda –
duchowa. Kiedy przygotowują się do świąt Bożego Narodzenia, nie myślą, że to Bóg
do nich przychodzi, ale już sobie planują – zrobimy sobie fajne święta, nakupimy
jedzenia, naoglądamy się filmów. Oni myślą tylko o własnych potrzebach, i to
często fikcyjnych. W ten sposób sami zamykają się w więzieniu egocentryzmu.
Dlatego dla nich ci biedni materialnie mogą być prawdziwym skarbem, największym
błogosławieństwem, jakie Bóg im daje. Albowiem ci nędzarze otwierają nasze
twarde serca. Ludzie przychodzą do "Naszego Domu", siedziby Stowarzyszenia
Droga, i przynoszą dla biednych jedzenie, ubranie, wszystko, czym tylko mogą się
podzielić. W zeszłym roku z otrzymanych darów zrobiliśmy 6400 paczek dla
ubogich. W tym roku, dzięki temu wyzwolonemu morzu ludzkiej dobroci, udało się
nam przygotować ponad 7 tysięcy paczek.

Jak można najskuteczniej nieść pomoc?

– Pomoc materialna ubogim jest dla naszego stowarzyszenia ważna. Co mamy, co
dostajemy od ludzi, rozdajemy potrzebującym. Ale wiem, że ten ubogi naprawdę
ożyje nie wtedy, gdy dostanie chleb czy ubranie, lecz kiedy uda mi się go
zaprowadzić do Boga. Wówczas dopiero jest szczęśliwy, radosny, pełen pokoju –
nawet wtedy, gdy ma niewiele. Dlatego szukam wciąż nowych sposobów, aby
człowieka oderwanego od Boga znów do Niego przybliżyć. Kiedy bowiem
poprzestaniemy tylko na tzw. pomocy społecznej, to najczęściej tego, któremu
niby pomagamy, uzależnimy jedynie od tej pomocy i nic więcej.

Jakiej pomocy, zdaniem Ojca, ludzie potrzebują najbardziej?

– Kiedy organizujemy wigilię w centrum miasta, a w tym roku przyszło na nią
aż kilkaset osób, to wówczas widać ludzki głód miłości. To on chyba jest
najdotkliwszy. Jedna pani, wcale już nie młoda, podczas tej wigilii powiedziała
mi: "Ojcze, ja ostatni raz opłatkiem dzieliłam się z rodzicami, kiedy jeszcze
byłam dzieckiem. Jakie to szczęście, że robicie to spotkanie wigilijne, bo mogę
po tylu latach znów przełamać się opłatkiem z drugim człowiekiem. Jakie to
szczęście!". Przychodzi inny człowiek, ubrudzony, obdarty, wskazuje na opłatek i
pyta: "A ja go mogę dotknąć?". On się nie czuje godny dotknąć wigilijnego
opłatka. I ci ludzie nie płaczą ze wzruszenia, kiedy jedzą podczas tej wigilii
do syta, może pierwszy raz od wielu dni, ale łzy ciekną im z oczu dopiero, kiedy
łamią się z drugim człowiekiem tym cienkim chlebkiem, bo dopiero wtedy czują
ciepło miłości, którą im daje Bóg przez drugiego człowieka i która jest w ich
sercach. Właśnie za tym ludzie najbardziej tęsknią. Żeby inny człowiek
powiedział im: "Dobrze, że jesteś", "Jesteś ważny, piękny, dobry". Wtedy dopiero
człowiek rozumie, że Bóg rodzi się właśnie dla niego.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj