Musimy się liczyć
Z Vittorio Messorim, pisarzem, dziennikarzem i publicystą katolickim,
rozmawia Agnieszka Żurek
W swoich książkach powraca Pan do wątku świata umierającego z tęsknoty za
sacrum, za tradycją, za misterium, za mistycyzmem. Zaznacza Pan natomiast, że
wielu księży nie zawsze umie na te tęsknoty odpowiedzieć. Starają się wychodzić
naprzeciw "potrzebom czasów" i być nowocześni. Czy rzeczywiście odpowiada to
potrzebom wiernych?
– Nie wiem, jak sytuacja w tym obszarze kształtuje się w Polsce, ale na
Zachodzie w głoszeniu kazań obowiązuje obecnie polityczna poprawność. Wiele
kazań opartych jest na moralności dzisiejszego "poprawnego" świata, tj. na
podkreślaniu na każdym kroku szacunku dla homoseksualistów, dla imigrantów, dla
kobiet, dla Cyganów etc. Wielu naszych księży naśladuje po prostu obecnie
obowiązującą modę, żywiąc błędne przekonanie, że wówczas ich kazania staną się
ciekawsze. Myślę, że tajemnicą "sukcesu" Jana Pawła II i Benedykta XVI jest to,
że nie naśladowali nigdy mody, ale głosili Ewangelię.
"Katolicy nowocześni" rozmijają się więc i z doktryną wiary, i z praktyką
życia wiernych?
– W Kościele ma miejsce ciekawe zjawisko. Po Soborze Watykańskim II wszystko w
naszym świecie katolickim uległo zmniejszeniu – zmniejszyła się liczba powołań
kapłańskich, liczba wiernych uczestniczących w Eucharystii, liczba uczniów
uczęszczających do szkół katolickich. Zmniejszyło się wszystko z wyjątkiem
jednej rzeczy – liczby pielgrzymów nawiedzających sanktuaria, szczególnie
sanktuaria maryjne. Podam przykład: Kościół we Francji przeżył głęboki kryzys –
stracił wielu księży, wiele instytutów. W skrócie: mocno zubożał. Podczas gdy
wszystko we francuskim Kościele ubożało, liczba pielgrzymów odwiedzających
Lourdes nie przestawała wzrastać. Podczas gdy przed Soborem przybywało ich tam
co roku ok. 2 milionów, obecnie liczba ta przekroczyła 5 milionów. Wiem to z
własnego doświadczenia, bo często tam jeżdżę. W Lourdes spotkać można ludzi,
których nie spotkamy już w swoich parafiach, ludzi, którzy być może nie chodzą
już do kościoła, ale jednak udają się na pielgrzymki. Pobożność ludowa,
szczególnie pobożność maryjna, w ostatnich latach jest bardzo krytykowana przez
inteligencję katolicką, ale to właśnie ona uratuje Kościół. To właśnie ona nie
tylko przetrwała, ale nawet wzrasta. Obecnie mamy do czynienia z rodzajem
zaślepienia intelektualistów, teologów, biblistów katolickich. W kazaniach i w
swoich artykułach prawie nigdy nie mówią o pobożności ludowej, a tymczasem jest
to jedyna forma pobożności, która pozostaje naprawdę żywa.
Pobożność maryjna jest często krytykowana przez część filozofów
chrześcijańskich czy teologów jako przejaw niedojrzałości i wstecznictwa.
– Nie ma nic bardziej nowoczesnego niż pobożność maryjna. Napisałem książkę
"Opinie o Maryi", przetłumaczoną także na język polski. W tej książce mówię o
wszystkim, co dotyczy pobożności maryjnej.
Czy zna Pan polską tradycję duchową skupioną wokół kultu cudownego wizerunku
Maryi na Jasnej Górze?
– W moim biurze mam zdjęcie obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Jak już
wspomniałem, bardzo kocham sanktuaria maryjne i mam w swoim biurze zdjęcia
różnych wizerunków Matki Bożej – między innymi – obraz Czarnej Madonny.
Kim są wrogowie religijności ludowej?
– Wielu ludzi w głębi serca uważa, że religijność ludowa jest przejawem
ignorancji. Sądzą oni, że pobożność maryjna jest religijnością tych, którzy nie
studiowali teologii, nie wiedzą zatem nic o życiu duchowym. Intelektualista –
także katolicki – jest osobą nieco pyszną. Patrzy na innych trochę z góry. Wielu
uważa, że pobożność maryjna zostanie wyeliminowana, kiedy ludzie nareszcie
zaczną studiować teologię. Mam nadzieję, że ludzie nigdy nie zaczną studiować
teologii, ale będą nadal udawać się na pielgrzymki do Częstochowy, do Lourdes
czy do Loreto. Co się tyczy waszego kraju – myślę, że Polska w dramatycznych
latach wojen, niewoli czy okupacji, nie została ocalona przez teologów. Została
ocalona przez Czarną Madonnę z Częstochowy. Polska została ocalona przez żywą,
poruszającą, a jednocześnie mocną, poważną pobożność maryjną. Sanktuaria maryjne
były zawsze w Polsce fortecami, gdzie lud stawiał opór wrogom. Polski lud, na
szczęście nie studiował teologii – która może być niebezpieczna – mimo wszelkich
przeszkód zachował tradycję chodzenia na pielgrzymki. Jest to fenomen, który
może zachwycać, ale także drażnić. Zapomina się, jaka jest rola pobożności
ludowej. Ale cóż – musimy zaakceptować także to.
Wielkim szacunkiem religijność ludową otaczali Jan Paweł II i kardynał Stefan
Wyszyński.
– Oczywiście. Nie zapominajmy, że Papież Jan Paweł II w swoim herbie papieskim
umieścił literę "M", oznaczającą oddanie się pod opiekę Maryi. Ostatnie dwie
podróże Ojca Świętego to pielgrzymki do sanktuariów maryjnych – do Lourdes i
Loreto.
Z jednej strony pokutuje stereotyp, że religijność ludowa kłóci się z głęboką
wiarą, z drugiej zaś – w wielu środowiskach istnieje przekonanie, że uznanie
zdobyczy nauki wyklucza wiarę.
– Jeśli prześledzimy historię nauki, zobaczymy, że ogromna większość uczonych na
przestrzeni wieków to były osoby wierzące. Doświadczenie historyczne pokazuje
nam, że można być wielkim naukowcem i głęboko wierzącym człowiekiem. Zostało
przeprowadzone badanie wśród laureatów Nagrody Nobla z dziedziny nauk
przyrodniczych. Badanie to pokazało, że ponad połowa laureatów to byli ludzie
wierzący. Między nimi byli oczywiście ludzie różnych wyznań – katolicy, żydzi,
wielu protestantów, muzułmanin… Połowa laureatów na pytanie o to, czy wierzy w
Boga, odpowiedziała: tak, wierzę. Już ten przykład pokazuje, że nie jest prawdą,
że nie można być jednocześnie naukowcem, człowiekiem intelektualnej dyscypliny i
człowiekiem religijnym. Historia pokazuje nam, że jest wprost przeciwnie.
Benedykt XVI jest zarazem wybitnym intelektualistą i człowiekiem głębokiej
wiary. Łączy w sobie kategorie fides i ratio. Czy współczesny kryzys dotykający
Kościół może mieć swoje przyczyny w tym, że nasza wiara zbyt mocno opiera się na
emocjach, a brakuje w niej pierwiastka rozumowego?
– Tak, to bardzo ciekawe. W XIX wieku, a także w wieku ubiegłym europejscy
intelektualiści oskarżali Kościół o to, że niewystarczająco kieruje się rozumem,
że zajmuje pozycje "obskuranckie". Według nich, katolik był kimś, kto wciąż
wierzy w legendy i mity. Teraz natomiast jest odwrotnie. Benedykt XVI powiedział
kiedyś, że w istocie rzeczy dzisiaj tylko Kościół prawdziwie broni racji
rozumowych. Kościół był oskarżany o brak racjonalnego myślenia, dziś broni
zdrowego rozsądku, podczas gdy kultura współczesna jest pełna mitów, iluzji,
utopii etc. Papież, jeszcze jako kardynał Ratzinger, od zawsze szukał zgody w
"małżeństwie" wiary i rozumu. Zawsze twierdził, że to właśnie rozum – jeśli jest
dobrze używany – prowadzi także do akceptacji wiary. Wiara potrzebuje fundamentu
rozumu.
Jakim kaznodzieją jest Benedykt XVI?
– Kiedy Benedykt XVI został Papieżem, wielu zastanawiało się: "Jak ten biedny
człowiek poradzi sobie z zastąpieniem swojego wielkiego poprzednika, wspaniałego
kaznodziei, mówcy i w końcu – w najlepszym tego słowa rozumieniu – aktora, Jana
Pawła II?". Jan Paweł II w młodości w pewnym momencie wahał się – nie wiedział,
czy zostać księdzem, czy też aktorem. Umiał skoncentrować na sobie uwagę. Mówił
rzeczy bardzo piękne i bardzo głębokie, i wiedział też, w jaki sposób je
przedkładać. Z tego powodu wiele osób martwiło się: "Biedny Ratzinger… On jest
przecież profesorem, osobą nieśmiałą. Nie będzie potrafił w ten sam sposób jak
Papież Jan Paweł II przyciągnąć uwagi słuchających". Stało się jednak inaczej.
Ku wielkiemu zaskoczeniu wielu osób, ludzie nie tylko słuchają Benedykta XVI,
ale i kochają go – nie tylko za to, co mówi, ale także za to, w jaki sposób.
Benedykt XVI w ogóle nie stara się podobać, a jednak się podoba. Dzieje się tak
dlatego, że za jego prostym sposobem mówienia, w którego tle widoczna jest nawet
lekka nieśmiałość, stoi prawda. Ludzie rozumieją, że jest to człowiek, który
naprawdę wierzy w to, co mówi.
O tym, jak ważne jest słowo, wie Pan doskonale jako pisarz. Do kogo adresuje
Pan swoje książki?
– Nigdy nie przejmuję się tym, żeby pisać np. do młodzieży, do starców, do
mężczyzn, do kobiet i tak dalej. Jezus mówił do wszystkich. Jego język, Jego
styl był adresowany do wszystkich, do wszystkich dzieci Bożych. Po Soborze
Kościół uległ w pewnym stopniu manierze wymyślania sposobów, w jaki sposób
należy mówić do młodych, do kobiet, do starszych itd. Nigdy nie zastanawiam się
nad tym, kiedy piszę – a napisałem wiele książek, już ponad 20, zostały one
przetłumaczone na wiele języków i są znane na całym świecie, część z nich stała
się bestsellerami. Sądzę, że popularność moich książek zasadza się także na tym,
że kiedy piszę, myślę o człowieku. Wszystkich nas łączy głęboko ta sama ludzka
tożsamość. Łączy nas ona niezależnie od wieku, narodowości i płci. I do tej
właśnie tożsamości się zwracam. Uśmiecham się zawsze, kiedy słyszę: "Musimy
znaleźć sposób, w jaki będziemy przemawiać do młodzieży". Do młodzieży mówmy
tak, jak mówił do nich Pan Jezus. Próbujmy poruszyć ich serca. A serca młodzieży
możemy poruszyć tymi samymi słowami, jakimi możemy poruszyć serca dorosłych.
Zatem należy traktować młodych ludzi poważnie.
– Tak. Wszyscy zadajemy sobie te same fundamentalne pytania – kim jestem, jakie
jest moje przeznaczenie, jak będzie wyglądała moja przyszłość, co się ze mną
stanie, jeśli zachoruję, albo jeśli umrą moi bliscy… Te pytania nie są inne
dla młodych i starych, są te same dla wszystkich. Tak jak mówiłem – staram się,
pisząc, myśleć po prostu o człowieku. Doświadczenie pokazało mi, że kiedy piszę
w ten sposób, udaje mi się zainteresować wszystkich.
Wielu chrześcijan zadaje sobie obecnie pytanie, jak nie stracić swojej
tożsamości, pozostać wiernym doktrynie katolickiej, a jednocześnie nie stracić
kontaktu ze światem, nie wyizolować się z niego nadmiernie.
– Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Każdy musi znaleźć ją sam, kierując się
historią swojego życia, swoją wrażliwością. Bóg stworzył nas na szczęście
równymi sobie nawzajem i jednocześnie różnymi. Każdy musi odnaleźć własny styl.
Ja na przykład jestem osobą nawróconą, pochodzę ze świata laickiego, nigdy nie
studiowałem w seminariach, nie znałem doktryny katolickiej. Odkryłem wiarę,
kiedy kończyłem studia na uniwersytecie w Turynie. Przyjmując ją, zachowałem
jednocześnie styl świecki. Myślę, że jestem – dzięki Bogu – człowiekiem naprawdę
wierzącym, staram się być – dzięki Bogu – człowiekiem praktykującym, chętnie
uczestniczę w pielgrzymkach, chętnie nawiedzam sanktuaria. Jednocześnie jako
osoba wierząca i praktykująca jestem osobą otwartą i nowoczesną. Inni – ze
względu na historię ich życia, doświadczenie, mogą oczywiście mieć inny styl.
Nie ma recepty, jak być jednocześnie prawdziwymi katolikami i ludźmi
uczestniczącymi w życiu świata. Myślę, że bardzo dobrą – kiedyś powszechnie
stosowaną – a obecnie zaniedbaną niestety praktyką jest kierownictwo duchowe. Na
Zachodzie katolicy zarzucili tę pomoc duchową. Tymczasem rozmowa z dobrym
księdzem, nawet tylko raz w miesiącu, może bardzo pomóc w weryfikacji, czy idzie
się w dobrym kierunku. Nie tylko spowiedź jest ważna, ale także kierownictwo
duchowe. Nie próbujmy wszyscy naśladować jednego modelu. Jest nieskończenie
wiele sposobów bycia ludźmi wierzącymi, chrześcijanami, katolikami. Powiedzmy
sobie to wyraźnie: nie jest to trudne. Jeśli wiara jest naprawdę autentyczna,
staje się instynktem, który prowadzi nas przez życie. Jeśli do tego znajdziemy
sobie "szefa" w postaci kierownika duchowego, będzie to sytuacja idealna.
W czym mogą się zawierać zagrożenia dla życia duchowego we współczesnej
Europie, a gdzie możemy szukać nadziei?
– Jeśli myślimy o Europie Wschodniej, postkomunistycznej, sam Papież Jan Paweł
II był nią nieco zawiedziony. Spodziewał się, że wraz z wolnością polityczną
rozkwitnie także życie wiary. Jednak stało się odwrotnie. Myślę, że pod koniec
swojego życia Ojciec Święty martwił się o Polskę. Dotknęły ją wady świata
zachodniego. W istocie Polska jest heroiczna, oparła się komunizmowi – nie
zapominajmy, że upadek tego zbrodniczego systemu rozpoczął się właśnie w waszej
Ojczyźnie, nie zapominajmy o "Solidarności" i strajkach w Gdańsku. Polska
zwyciężyła komunizm, była też tą, która broniła chrześcijaństwa w sposób
heroiczny. Obecnie jednak Europa Wschodnia zaczyna naśladować tendencje Zachodu
razem ze wszystkimi ich wadami. To mnie jednak nie przeraża. W istocie rzeczy
powołanie chrześcijanina jest powołaniem do bycia w mniejszości. Jezus mówi, że
mamy być jak drożdże, dzięki którym ciasto rośnie, jak sól, która nadaje
potrawom smak. Ewangelia poucza nas: "Nie bój się, mała trzódko".
Dzięki czemu wiara w Europie ma szansę przetrwać?
– Myślę, że przyszłość chrześcijaństwa jest przyszłością mniejszości, ale
mniejszości – jak mówi Benedykt XVI – aktywnej i kreatywnej. Może się zdarzyć,
że w przyszłości nie będzie w Europie Kościoła masowego, takiego jak w Polsce.
Polski Kościół – dzięki Bogu – w czasach trudnych, heroicznych pozostał masowy.
To wspaniale. Jest za co dziękować Bogu. Obecnie czasy się zmieniły. Możliwe, że
chrześcijanie będą stanowić małe grupki, ale będą one twórcze. Może będziemy
mniejszością, ale musimy uważać na to, aby nie pozwolić się zmarginalizować.
Kiedy Benedykt XVI pojechał do Pragi – być może najbardziej
zdechrystianizowanego miasta Europy – powiedział właśnie: "Przyszłość
chrześcijaństwa należy do wspólnot chrześcijańskich, wierzących i kreatywnych".
Oznacza to, że wspólnoty chrześcijańskie dzięki swojej żywej wierze mogą być
twórcze, wpływać na otoczenie, mogą być właśnie jak drożdże, które sprawiają, że
ciasto rośnie. Trzy najbardziej katolickie kraje w Europie to były: Polska,
Hiszpania i Irlandia. Hiszpania i Irlandia są już zlaicyzowane, Polska
przechodzi przez okres trudności. Przyszedł moment, kiedy Kościół nie jest już
masowy, a naszą rolą jako chrześcijan jest przyjęcie naszego powołania,
przyjęcie faktu bycia w mniejszości. Musimy się liczyć. Musimy być sobą, być
solą, która nada smak całej naszej kulturze.
Dziękuję za rozmowę.
