Polityczne Betlejem
Pod wpływem prowadzonej od początku nowożytności akcji zamykania
religijności w obszarze życia prywatnego nieraz medytacje nad Bożym Narodzeniem
koncentrujemy tylko na sprawdzaniu, czy we własnej duszy "narodził się" Bóg. Do
tej refleksji – niewątpliwie najistotniejszej – dokłada się co najwyżej pytanie,
czy gotowi bylibyśmy przyjąć we własnym domu Świętą Rodzinę. Tutaj już wyraźnie
podnosi się nasze samopoczucie religijne, bo przecież wszyscy czujemy, że nie
mamy takich kamiennych serc jak oberżyści z Betlejem, nawet jeśli podczas
wyborów głosujemy za politykami, którzy w parlamencie przyciskają VAT-em
emerytów, wdowy i sieroty. O tym nie wspomina prof. M. Środa w mediach, ale
radzi, aby chrześcijanie zauważyli w Boże Narodzenie bliźniego w jakoby
dyskryminowanych kobietach – poniżanych gotowaniem zupy polującym mężom – a
zwłaszcza w homoseksualistach.
Tutaj mamy szczególnie nie nadążać za niewierzącymi w Chrystusa (do
których sama siebie zalicza prof. M. Środa), pewnie z tego powodu, że
chrześcijaństwo ze swojej istoty jakoby przeszkadza miłości i tolerancji wobec
bliźniego. Niechrześcijanie mają taką miłość i tolerancję już jakby w genach.
Przechodząc zaś do konkretów, to owo przedświąteczne wezwanie do tolerancji
pewnie oznacza, aby przekazać sodomitom własnych synów na wakacje; zaprzestać
używać "dyskryminujących" słów: "ojciec", "matka", a zwłaszcza zamknąć "toruński
ośrodek", jak kończy się każda medialna lamentacja nad wszystkimi trapiącymi nas
nieszczęściami. Reszta pytań jest już zabroniona jako mieszanie sacrum z
profanum itp. Czy jednak w Boże Narodzenie można pominąć pytanie, czy na miarę
tego wydarzenia przemieniamy także naszą przestrzeń polityczną, czyli
sprawowanie władzy nad społecznością?
Narodziny Chrystusa miały swój szczegółowy kontekst polityczny, pewnie
nieprzypadkowy i niebezsensowny. Jeśli Boże wydarzenia mają sens, to zapewne w
całości, a nie w jakimś tylko wyrwanym z niej fragmencie. Nie można zatem
przeoczyć w refleksji nad Bożym Narodzeniem zaistniałego wtedy "wmieszania" się
Boga do polityki, i to polityki globalnej. Przyjście Chrystusa dokonało się
przecież w szczególnej konstelacji politycznej: zjednoczenia prawie całego
ówczesnego świata pod rządami cezara Oktawiana Augusta. Także ten kontekst
trzeba zatem odczytać, chcąc nie tylko lepiej zrozumieć, ale i lepiej realizować
Boże Narodzenie w naszej konkretnej i niepowtarzalnej teraźniejszości.
Należy wpierw zauważyć i docenić stosowane przez Augusta elementarne reguły
klasycznie rozumianej polityki (cezar uczył się polityki od stoików), co
uwidoczniło się właśnie w jego wkładzie w przebieg historycznych wydarzeń w
Betlejem. Ubolewamy wprawdzie nad trudami Świętej Rodziny zdążającej do Betlejem
na mocy decyzji cezara, zarządzającej spis ludności, jednak nie należy przeoczyć
wagi tej decyzji. W swoich "Czynach Boskiego Augusta" ("Res Gestae Divi Augusti")
August szczegółowo wyliczył niezliczone dobrodziejstwa wyświadczone przez siebie
państwu i poszczególnym obywatelom, a wśród nich podkreślił polepszającą się
sytuację demograficzną państwa, co wykazały kolejne przeprowadzone przez niego
spisy ludności.
Można dbać o sytuację demograficzną z różnych powodów, także niechwalebnych, nie
ma jednak żadnych podstaw, aby tutaj przypisać cezarowi niskie pobudki.
Niewątpliwe jest, że troska o sytuację demograficzną państwa stanowiła element
jego polityki zabezpieczenia w państwie małżeństwa, czyli ludzkiego poziomu
życia erotycznego obywateli. Nie była to zatem polityka tylko militarna czy
ekonomiczna. Świadczy o tym wielka poezja tej epoki, której rozkwitowi nie
przeszkadzał, ale pomagał mecenat samego władcy. O poezję należy przecież dbać w
państwie, ale nigdy nie wzbije się ona wysoko – na poziom nieśmiertelności – na
zasadzie kija i marchewki. Widać, że Wergiliusz i Horacy – największe nazwiska
całej rzymskiej poezji wykwitające w epoce Augusta – znajdowali realne podstawy,
aby szczerze chwalić władcę za jego troskę o szacunek w państwie dla małżeństwa
i rodziny. I tak następująco Horacy sławił owoce wprowadzonego w 18. roku przed
n. Chr. prawa chroniącego instytucję małżeństwa: "Nikt żądzą niegodną domu nie
kazi, cnota kwitnie, kara występek ogranicza, małżonka bękartów nie rodzi, praw
strzeże obyczaj". Wskrzeszono tą drogą, zdaniem poety, dawną mądrość, aby
"miłość nielegalną tępić, związki małżeńskie krzewić". Za pomocą tych praw
August przygotowywał też uroczystości religijne 17. roku przed n. Chr.,
celebrujące nadejście nowej epoki, w której zbliżanie się w tamtych latach
Rzymianie wierzyli powszechnie dzięki przepowiedniom Sybilli. Chrześcijanie
raczej zauważą, iż za pomocą swoich prorodzinnych praw (jedno z nich wprowadzono
w 4. roku przed n. Chr.) August torował drogę – mimowiednie – narodzinom
prawdziwego Mesjasza.
Nic, tylko naśladować te starożytne wzory, skoro nasze świąteczne porządki
robimy dzisiaj w ramach unijnego prawa, gdzie nie sposób znaleźć prawnej ochrony
rodziny np. przed zinstytucjonalizowaną sodomią. W ramach "Lex Iulia de
adulteriis coercendis" Augusta przewidziane były nie tylko kary za cudzołóstwo,
zakaz poślubiania kobiet publicznych przez obywateli, ale także kary dla "tych,
którzy ośmielają się uprawiać sprośne obcowanie cielesne z mężczyznami", czyli
za homoseksualizm. Wprawdzie do dzisiaj (począwszy chyba od Tacyta) słychać jęki
libertynów na jakoby horror i "nieskuteczność" polityki prorodzinnej Augusta,
ale prof. Ludwik Piotrowicz (słynny, jeszcze "przedwojenny" polski znawca między
innymi starożytności rzymskiej) twierdził, że: "Wspaniały rozkwit kulturalny i
gospodarczy, jaki wykazuje żywioł rzymski w najbliższych stuleciach, wyciskając
piętno swego geniuszu na olbrzymich obszarach państwa, był możliwy właśnie
dzięki temu skrzepnięciu sił moralnych narodu, o które walczył August".
Uczyć się nam pilnie należy od Augusta także dbałości o demograficzną sytuację
państwa, bo – jak to wyjaśniał w swoim przemówieniu w Senacie: "Miasto nie
polega na domach, portykach, placach publicznych; to ludzie tworzą miasto. Nie
ujrzycie, jak w bajkach, ludzi wychodzących z ziemi, aby się krzątać za waszymi
sprawami". Dzisiaj raczej szeroko szerzy się wiara, że wszystko ładnie ułoży się
"samo" i nie ma co trudzić się wyjściem na wybory, i nie należy z tego rachować
sumienia, bo przecież "polityka" to pieniądze i showbiznes, a nie moralność i
religia. Boże Narodzenie pokazuje, że jest jednak inaczej.
Marek Czachorowski
