Błogosławiony, kto nie zwątpi
Przed momentem odebrałem pocztę e-mailową. Nie ma dnia, bym nie dostał
przynajmniej jednego listu z prośbą o pomoc. Często z nakreśloną zawiłą sytuacją
życiową, z błaganiem na końcu: "Niech mi ksiądz pomoże!". Dziś kolejny e-mail.
"Kocham chorą miłością kogoś, kto mnie zdradzał, manipulował mną i wiele razy
bił. Ja się mściłam i też z zemsty zdradziłam. Ale zawsze wybaczałam i wracałam
do niego. (…) Dlaczego całe życie mam złe? Najpierw bił mnie ojciec, później
mąż. Dlaczego nie mogę być szczęśliwa?".
Nie wiem, dlaczego…
Nie wiem, dlaczego oddziały dziecięcej onkologii pękają w szwach.
Nie wiem, dlaczego 17-letni chłopak, który był wzorem szlachetności, ginie w
wypadku, a "ulicami chodzą dalej bandyci i mają się dobrze".
Nie wiem, dlaczego jednym w życiu się wiedzie, a inni ciągle mają pod górkę.
Nie wiem…
Brakuje słów pociechy. Nie ma dobrej rady, cudownej recepty, odpowiedzi, która
zadowoliłaby wszystkich. Czy jesteśmy zatem skazani na pustkę? Niczym piórko na
wietrze miotani to tu, to tam?…
Kiedyś, rozpoczynając pogrzeb młodej dziewczyny, patrząc na jej zapłakane
koleżanki, rodziców, usłyszałem słowa, które przecież tyle razy padały z moich
ust: "Pan z wami!". Zaraz po znaku krzyża, rozpoczynającym Eucharystię,
wypowiada je celebrans. Czyż nie ma prostszej i głębszej pociechy – czy da się
jeszcze bardziej zsyntezować Ewangelię? Pan jest z nami. W naszym bólu,
bezradności, pustce. Jest obecny w swoim słowie i udręczonym ciele,
sponiewieranym i przybitym do krzyża. W swoim cierpieniu zbierający wszystkie
ludzkie łzy, bezsilność, zamykający je w wołaniu: "Boże mój, Boże mój, czemuś
mnie opuścił!?". Kilka razy podczas Mszy św. zostaje przywołana owa obecność.
Nieprzypadkowo. Żadne słowo, nawet najpiękniejszej homilii, nie jest w stanie
"przebić" tej prawdy.
Skąd takie refleksje w trzecią niedzielę Adwentu, zwaną "Gaudete" – Niedzielą
Radości?
Po to, aby przypomnieć jej źródło: Pan jest blisko! "Niech się rozweseli
pustynia i spieczona ziemiaŇ – pisze dziś prorok Izajasz. "Niech się raduje step
i niech rozkwitnie! Niech wyda kwiaty jak lilie polne (…) Pokrzepcie ręce
osłabłe, wzmocnijcie kolana omdlałe! Powiedzcie małodusznym: Odwagi! Nie bójcie
się! Oto wasz Bóg (…). On sam przychodzi, by was zbawić".
Gubimy te prawdę. Tysiące innych spraw jest ważnych, im poświęcamy swój czas,
wysiłek, zaangażowanie, a to, co najważniejsze, przecieka nam przez palce – jak
drobny piasek, gdy się z przyzwyczajenia zaciśnie dłoń, chcąc zatrzymać w niej
jak najwięcej…
Umieć dostrzec przychodzącego Pana wtedy, gdy jest dobrze – to nie jest trudne.
Dostrzec Go na krzyżu, odnaleźć we własnej niemocy, bezradności – to dopiero
sztuka! Tu na ziemi nie ma odpowiedzi na pytania, które stawiają moi rozmówcy.
Próbowałem naprawdę wiele razy. Potem kasowałem całe zdania, widząc w nich brak
sensu. Owszem: teologia, psychologia, doświadczenie życiowe są pomocne,
ukierunkowują problemy, zawierają szczątkowe prawdy o życiu. Jednak one tylko
podprowadzają do Tajemnicy. Nie są w stanie jej przekroczyć. Wiara jest trwaniem
u stóp Tajemnicy. Jest nieustającym Adwentem, oczekiwaniem na przyjście Pana –
dlatego wpisana jest w nią radość, nawet wtedy, gdy po ludzku nie ma to sensu.
Radość, która nie jest grą szklanych paciorków, łudzącą zwodniczym blaskiem oczy
i oszukującą potrzaskane serce, lecz wyrasta ze świadomości bliskości Tego, w
którym wszelkie życie ma swój początek i kres.
"Błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi" – mówi Jezus. Obyśmy nie
zgubili nigdy tych słów. W nich jest zapisana najgłębsza pociecha i obietnica.
ks. Paweł Siedlanowski
