„Sprywatyzują” nas rządy Rosji i Francji
Firm sektora paliwowego nie należy sprzedawać co do zasady. Tego
przestrzegają cywilizowane rządy. Tymczasem gabinet Donalda Tuska wyzbywa się
strategicznych spółek. Także tych w trakcie kosztownych procesów
modernizacyjnych, po których skokowo wzrośnie ich wartość, tak jak w przypadku
Grupy Lotos. Perły polskiej energetyki nadal "prywatyzują" obce rządy. Poznańska
Enea może trafić w ręce francuskiego koncernu państwowego EDF, a Lotosem
interesuje się Gazprom Nieft.
Gdy myślimy o PO w roku 2005, widzimy partię o częściowo solidarnościowym
rodowodzie, która przyjęła liberalne zasady gospodarcze, ale także docenia
bezpieczeństwo państwa i jego pozycję międzynarodową. Ale tak było pięć lat
temu, gdy jeszcze w PO był Jan Rokita. Dziś jest to ekipa, która dla samej
przyjemności odróżnienia się od "strasznego" Jarosława Kaczyńskiego może oddać
realne polskie interesy.
Gazprom bierze Lotos
Trwa proces prywatyzacyjny dwóch ważnych firm: Enei z siedzibą w Poznaniu i
Grupy Lotos z Gdańska. Pierwsza z nich działa w sektorze elektroenergetycznym,
druga jest firmą paliwową. Te dwa przykłady w doskonały sposób obrazują brak
zrozumienia, na czym polega interes gospodarczy kraju przez obecną ekipę
rządową.
Grupa Lotos realizuje ambitny program inwestycyjny 10+ mający zwiększyć moce
przerobowe prawie dwa razy – do 10 mln ton ropy rocznie. Rozpoczęto go w latach
2006-2007 pod nazwą Program Kompleksowego Rozwoju Technologicznego, po czym, aby
nazwa była atrakcyjniejsza, zmieniono na lepiej brzmiące 10+. W ramach programu
zostaną wybudowane nowe instalacje: Instalacja Hydrokrakingu, Instalacja
Hydroodsiarczania Olejów Napędowych, Instalacja Przerobu Ciężkiej Pozostałości.
Program inwestycyjny nie przyniósł jeszcze efektów finansowych, pierwszy etap
zakończy się na przełomie roku. Na stronie internetowej spółki www.lotos.pl
możemy znaleźć cytat: "Po zrealizowaniu Programu 10+ znacząco wzrosną przychody,
które obecnie sięgają ponad 16 mld zł. Jeszcze lepsze wyniki finansowe koncernu
oznaczają zwiększenie wpływów z podatków dla samorządów lokalnych i Skarbu
Państwa".
Łączne nakłady na program mają wynieść około 1,4 mld euro. Przedsięwzięcie jest
finansowane z funduszy własnych Lotosu i kredytu. Spółka zaciągnęła kredyty na
sumę ok. 1,2 mld złotych. Firm sektora paliwowego nie należy sprzedawać co do
zasady, ale nawet przekonany liberał powinien uznać, że sprzedaż na obecnym
etapie jest działaniem naruszającym interes właściciela. Po prostu, jeżeli wiem,
że za rok, dwa, aktywa, które sprzedaję, najprawdopodobniej zyskają na wartości,
to należy poczekać z decyzją. Obecnie jedna akcja kosztuje ok. 30 zł, trzy lata
temu było to 47 złotych. Skarb Państwa posiada 53 proc. ogółu akcji w spółce,
wartych według obecnych cen około 2 mld złotych.
Jednak 30 października 2010 r. minister skarbu ogłosił zaproszenie do składania
ofert, a transakcja ma zostać zakończona w następnym roku. Co więcej,
zainteresowanie nabyciem Lotosu wyraziła firma Gazprom Nieft. Całkiem nie od
rzeczy będzie zapytać, czy 6 grudnia, podczas wizyty prezydenta Dmitrija
Miedwiediewa w Warszawie, zostanie ustalony nabywca Lotosu…
W ręku państwa
Inne błędy są popełniane w przypadku poznańskiej Enei. Dopiero od 2007 r. spółka
ta działa jako skonsolidowane przedsiębiorstwo posiadające zarówno sieci
dystrybucyjne, jak i elektrownie. Przed 2007 r. była to firma o niewielkim
potencjale rozwoju, a to na skutek podziału elektroenergetyki dokonanego na
początku lat 90. Po konsolidacji łatwo było wprowadzić ją na giełdę, co zostało
zrobione już przez rząd PO w 2009 roku. Obecnie trwa prywatyzacja, o spółkę
zabiegają dwa konsorcja: jedno kontrolowane przez kontrowersyjnego Jana
Kulczyka, drugie przez francuski koncern państwowy EDF. W naszym kraju bowiem
nadal za prywatyzację uchodzi sprzedaż na rzecz firmy kontrolowanej przez
państwo.
Energetyka nadaje się do prowadzenia sensownej polityki gospodarczej powiązanej
z polityką transportową, środowiskową i energetyczną. Przykładowo, według wielu
prognoz za 10-15 lat świat osiągnie szczyt wydobycia ropy naftowej, po czym
nastąpi jego spadek i wzrost cen. Dlatego przewidujący rząd równomiernie
rozkłada akcenty w polityce gospodarczej. Strategie rozwoju transportu we
Francji przewidują rozwój przede wszystkim kolei i szynowego transportu
publicznego, czyli tramwajów i metra. Elektroenergetyka w większości państw
Europy pozostaje więc własnością publiczną. Kontrolowane przez Skarb Państwa
swojego kraju są takie firmy, jak: RWE, Fortum, Verbund, Vattenfall, CEZ, Enel,
EdF, GdF Suez, NorskHydro, DongEnergy, EsB, Hafslund. Firmy z przewagą kapitału
prywatnego są nieliczne, np. niemiecki Eon, hiszpańska Iberdrola czy Scottish
Power. Konkludując, własność państwowa jest czymś normalnym w sektorze
energetycznym.
Ceny nie spadają
Prywatyzacja elektroenergetyki często łączy się z wysokimi cenami prądu. Według
urzędu statystycznego Unii Europejskiej – Eurostatu ceny energii elektrycznej
dla gospodarstw domowych za 100 KwH wyniosły w drugiej połowie 2009 r., w
poddanej pełni mechanizmom prywatyzacji Wielkiej Brytanii, 14,07 euro, we
Francji zaś – 12,25 euro (cena zawiera wszystkie podatki, które we Francji są
wyższe). Podobnie Węgry, które w poprzednich latach sprzedały całą energetykę,
mają jedne z najwyższych cen prądu w Europie. Dzieje się tak dlatego, że w tym
sektorze bardzo trudno o rzeczywistą konkurencję. Aby zaistniała realna
konkurencja między dostawcami prądu, powodująca obniżanie cen, konkurencyjne
firmy musiałyby wybudować własne linie przesyłowe elektryczności, by odbiorca
elektryczności mógł wybrać dostawcę. Jest to teoretycznie możliwe, ale koszt
takiej inwestycji byłby bardzo wysoki – wyobraźmy sobie ulice naszych miast i
miasteczek rozkopane wzdłuż i wszerz, aby położyć równolegle linie energetyczne.
Dlatego wymyślono zasadę dostępu stron trzecich do infrastruktury, zasadę znaną
pod angielskim skrótem TPA (third party access). Polega ona na tym, że
właściciel infrastruktury przesyłowej ma prawny obowiązek, na żądanie klienta,
dostarczenia mu prądu zakupionego od firmy wskazanej przez tego nabywcę. Kłopot
z TPA polega na tym, że dane przedsiębiorstwo po to wybudowało sieć, aby na niej
zarabiać, a nie po to, aby zarabiał ktoś inny (czyli ta strona trzecia), będzie
więc ze wszystkich sił opierało się wprowadzeniu TPA.
Dlatego, oczywiście, możemy sprzedać energetykę firmie prywatnej albo
kontrolowanej przez inne państwo, ale nie ma żadnej gwarancji, że większa
efektywność zarządzania taką spółką przyniesie korzyści odbiorcom prądu. Nowy
właściciel z pewnością sprawniej będzie zarządzał firmą, zwolni 10-15 proc.
pracowników, podejmie szybciej decyzje. I co z tego, skoro nie ma skutecznego
mechanizmu, aby obniżył ceny? Jest na odwrót, wszystkie mechanizmy każą mu je
podwyższać, aby zarobić na inwestycji. Zwolennicy prywatyzacji energetyki
powinni poważnie rozważyć takie ryzyko.
W rezultacie od lat obserwujemy grę pomiędzy Urzędem Regulacji Energetyki a
firmami sektora. Właściciel sieci stara się sabotować TPA, narzucając stawki za
przesył energii, na tyle wysokie, aby nikomu nie opłacało się korzystać z samej
usługi przesyłu i by klient musiał kupować prąd od niego. Regulator dąży do
ograniczenia kosztów przesyłu, bada stawki, koszty inwestycji itd., ale zawsze
jest o krok za firmą. Stawki mają tendencję do równania w górę. Trzy lata temu
przedstawiano przykłady sprzedanych jako prywatne firm STOEN i GZE, u których
ceny są niższe od przeciętnych. Przedsiębiorstwa te działają na najlepszej
części rynku krajowego, w Warszawie i na Górnym Śląsku, który cechuje duża
urbanizacja, zagęszczenie zamożnych odbiorców. Pomimo to ich dzisiejsze ceny,
według Agencji Rynku Energii, nie odbiegają od średniej.
Dr Paweł Szałamacha
Autor jest prezesem Instytutu Sobieskiego. W latach 2006-2007 był sekretarzem
stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa.
