Pokusy „ojcostwa i macierzyństwa”

Przygoda ojcostwa jest zawsze wyzwaniem, aby być silnym – zwłaszcza
wewnętrznie. Wymaga, aby mężczyzna był stróżem i podporą dla swej żony –
przyszłej matki, i ponosił odpowiedzialność za byt powierzonych mu osób. Zarówno
ojcostwo, jak i macierzyństwo jest darem i zadaniem, abyśmy stawali się obrazem
miłości Pana Boga, Boga Ojca, dla siebie nawzajem.

Nasza ludzka godność bierze sw ój początek ze stworzenia na obraz Boga i
powołania do życia w Nim. Ta właśnie godność stanowi o tym, że nie jest bez
znaczenia to, jak podchodzimy do powoływania nowego życia. Początki życia, aby
były ludzkie, domagają się kontekstu miłości. Prawo naturalne, wpisane w nasze
serca, niezmiennie przypomina, że dzieci powinny rodzić się ze wzajemnego,
wyłącznego obdarowania sobą osób oddanych sobie w dozgonnej wierności i miłości
na wzór tej opisanej w Pieśni nad Pieśniami: biegnąca przez wzgórza, obejmująca
całą ukochaną osobę w pełnym oddaniu siebie samego, otwierająca bramę do ogrodu
zamkniętego, wywołująca okrzyk zachwytu nad pięknem ukochanej osoby. W
późniejszych etapach miłość rodzicielska wymaga wychowania potomstwa do
samooddania. Wymaga coraz większej wewnętrznej integracji, jedności i siły ducha
budowanej na życiu według prawdy. Zadaniem ojcostwa i macierzyństwa jest
powołanie do wypłynięcia na głębię, uruchomienia ogromnych pokładów miłości i
samozaparcia dla sprostania wzniosłemu zadaniu kształtowania nowej duszy. W
zamyśle Pana Boga, wpisanym w naszą naturę, przyjęcie tego zadania zostało
ściśle związane z czynami wyrażającymi pełną wzajemną miłość rodziców. Wyraża
jedność osób powiązanych dozgonnym węzłem w małżeństwie: "co Bóg złączył,
człowiek niech nie rozdziela". Domaga się tej siły czystej miłości, która
potrafi oddać się ukochanej osobie jako tej jedynej i potem zawsze stać przy
niej, strzegąc daru, jakim jest jedność ze współmałżonkiem.

Cel nie uświęca środków
Miażdżącą negacją tej siły jest pozwolenie na biomanipulacje klinicystów, którzy
zastępują małżonków w delikatnej sferze prokreacji. Nauczanie Kościoła, pięknie
opisane przez Papieża Piusa XII, wyraźnie wyklucza wszelkie sztuczne
interwencje, które zastępują akt małżeński w poczynaniu nowego życia.
Małżonkowie, także ci dotknięci trudnościami, zawsze mają prawo do stawania się
ojcem czy matką wyłącznie dzięki sobie ("Dignitas personae" 12). Nie powinni
wpuszczać biomedyków w sferę intymnych gestów właściwych i wyłącznych tylko dla
nich.
Mężczyzna, który na żądanie kliniki wywołuje u siebie samopobudzenie, które w
swej istocie powinno być wyrazem oddania, uniesienia i miłości dla
współmałżonki, depcze siebie samego. Kłamie swoim ciałem. Najczęściej
przezwycięża w tym celu ogromne zażenowanie, poczucie wstrętu, i tłumaczy to
dobrymi intencjami, ale czyni to przeciwko sobie. Ma to druzgoczące znaczenie
dla jego siły moralnej. Najczęściej traci wewnętrzną siłę, by sprzeciwić się
kolejnym niegodziwościom w tej delikatnej sferze, do której wpuścił osoby
trzecie. Ironią biomanipulacji jest to, że "klient", upokorzony do granic swej
męskiej tożsamości, staje się potencjalnym dawcą materiału genetycznego, dążąc
do rzeczywistości niewspółmiernie wyższej, jaką jest ludzkie ojcostwo. Cel nie
uświęci niegodziwego środka. Czy ojcostwo powinno być osiągane na drodze
deptania męskości?

Biomanipulacja przeciwko rodzicielstwu
Następną ofiarą spirali nakręcanej przez świat biomedycyny staje się kobieta.
Jest poddawana biomanipulacjom, które nie mają już na celu diagnostyki czy
leczenia, ale usiłują spowodować bezpośrednio, za sprawstwem klinicysty, że
stanie się matką. Para najczęściej zaprzestaje już zwyczajnego współżycia, bo
nadchodzi odczłowieczony etap hormonalnych stymulacji związanych z inseminacją,
czy transfery zarodków tworzonych na szkiełkach. Jeszcze raz naturalnie rodzące
się uczucia wstrętu muszą być wyparte, zanegowane. Sacrum zostaje wydarte ze
spotkań małżeńskich, a ciało żony jest sprowadzone do instrumentu rozrodczości.

Uwłacza to godności uczestniczącej pary, bo składa się z czynów, które powinny
mieć miejsce tylko w małżeńskim współżyciu, gdyż wyrażają jedność z ukochaną
osobą. Ciało kobiety nie jest przestrzenią porównywalną do sztucznego
inkubatora. Jak podkreślił Pius XII w przemówieniu do położnych w 1951 r.,
wkroczenie w nie dla sprawienia, by stało się kołyską dla nowego życia, jest
przywilejem danym tylko i wyłącznie osobie związanej z nią węzłem małżeńskim.
Zezwolenie na takie wkroczenie, ze strony kobiety, jest wyrazem pełnej,
oblubieńczej miłości. Jest tym, co charakteryzuje specyficznie kobiece oddanie w
akcie małżeńskim. Z perspektywy prawa kanonicznego, właśnie świadomość takiego
zezwolenia jest warunkiem ważnego skonsumowania małżeństwa. Przypomina "fiat"
Matki Bożej wypowiedziane Panu Bogu, któremu oddała się jako Dziewica. Powinno
być obrazem sacrum tego "fiat", wyrazem miłości, a nie środkiem do jakiegoś
innego celu – nawet jeśli chodzi o tak szczytne dążenie, jak spełnienie się w
macierzyństwie. Klinicysta, jako osoba trzecia, nigdy nie powinien otrzymać
zezwolenia na czyny bezpośrednio prowadzące do tego, że kobieta staje się matką.
Rolą lekarza jest przywracanie zdrowia w celu optymalizacji warunków dla
poczęcia po współżyciu małżeńskim, ale nigdy zastępowanie małżonków.
Macierzyństwo powinno być ukoronowaniem kobiecości, i nie może być osiągane na
drodzej jej negacji!
Negacja męskości i kobiecości, czyli negacja powołania małżonków do wyrażania
miłości we wzajemnym oddaniu nierozerwalnie związanym z otwarciem na potomstwo,
sprawia, że zanegowane jest też dobro dzieci. Równia pochyła ku kolejnym
sztucznym zapłodnieniom i transferom prowadzi wnet do lodówek pełnych ludzkich
istnień. Tu z kolei zaczyna się kaskada makabrycznych eksperymentów
pochłaniających tysiące niewinnych osieroconych zarodków. Mężczyzna zachowuje
się tak, jakby przestał używać rozumu, chowa głęboko swoje poczucie wstrętu i
męskości, aby wejść na taką ścieżkę. Kobieta też musi zapomnieć, kim jest.
Zresztą grzechy nieczystości, jak podkreślał św. Augustyn, zawsze są zabójcze
dla rozumu, a to właśnie one stoją na początku tej drogi, na której "klient"
dostarcza nasienie przez samogwałt. Obierając ją, mężczyzna musi zatrzymać się,
bezkrytycznie przyjąć zalecenia, i tym samym cofnąć się z drogi wewnętrznego
rozwoju do odpowiedzialności za nowe rozwijające się istoty, właśnie w momencie
gdy usiłuje je powołać do życia!

Zasłony dymne dla in vitro
Pokusie powierzania swej rozrodczości klinicystom pary ulegają tym łatwiej, że
tak wielu ludzi wokół nich, w tym również liczni politycy i dziennikarze, zdają
się nie dostrzegać niebezpieczeństwa. Nie widzą negacji godności mężczyzny i
kobiety, która leży u podstaw przemysłu in vitro. Mnożą się zasłony dymne w
postaci licencji, konsensusów, regulacji, urzędów biomedycyny, komitetów i
komisji legislacyjnych. Nawet w kręgach katolickich polityków pojawia się
skłonność do szukania kompromisów, do ustępstw i do nabierania się na "konia
trojańskiego", jakim jest propozycja zorganizowania adopcji prenatalnej dzieci,
to znaczy embrionów z lodówek. Jak może propozycja, która uwłacza godności
kobiet tak samo, jak sztuczna inseminacja, uchodzić za katolicką?! Instrukcja
watykańska ("Dignitas personae" 19) wyraźnie ostrzega przed tą pułapką.
Aż się prosi, aby ktoś zawołał, że "król", w postaci obietnic zwolenników in
vitro i orędowników skomplikowanych kompromisów, jest nagi. Tymczasem rzadko
słychać głosy oburzenia na temat okrutnego losu zarodków skazanych na długie
lata w ciekłym azocie. Przecież każdy taki zarodek już jest człowiekiem, równym
w godności każdemu z nas. Jeszcze rzadziej natomiast słychać słuszne oburzenie
wobec instrumentalizacji kobiet i wobec podeptania męskości wpisanej w początki
procedur sztucznego rozrodu. Czy dążenie do kompromisów w tej dziedzinie, w tym
zgoda na sprowadzanie kobiet do obiektów rozrodu, może być przejawem męskości
czy też kobiecości?!

Odbudowanie męskości i kobiecości
Na szczęście mamy gdzie szukać przykładów męskości. Jest nim niewątpliwie święty
Józef, który uczy odpowiedzialności za powierzone dziecko, rodzinę i
bezpieczeństwo kobiety. Stał się stróżem swej małżonki Maryi, gdy nosiła już pod
sercem Boże Dziecię. Przyjął Ją do siebie, otoczył opieką i uszanował to, że
oddała się całkowicie, w dziewictwie, Panu Bogu. Jego postawa niewątpliwie uczy
szacunku, a także obrony sfery właściwej i wyłącznej dla sakramentalnego
małżeństwa. Boża siła w osobie świętego Józefa przejawia się dobitnie wtedy, gdy
w pełni poświęca się zadaniom, które dobrowolnie wziął na siebie. Po narodzinach
Pana Jezusa, gdy otrzymał ostrzeżenie od Anioła, natychmiast, bez zwłoki, był w
stanie porzucić wszystkie plany i dla dobra powierzonego mu dziecka wyruszyć w
drogę do Egiptu. Wiedział, że Herod nie śpi. Święty Józef był mężem czynu,
stróżem rodziny. Jak to wymownie ukazuje obraz Świętej Rodziny w sanktuarium w
Kaliszu, stał się ludzką twarzą ojcostwa Boga Ojca wobec powierzonego mu
Dziecka.
Przykład świętego Józefa pokazuje, jakie piękno i znaczenie tkwią w ludzkim
ojcostwie. Ukazuje, że wymaga ono siły i w razie niebezpieczeństw obrony
wartości, które sobą prezentuje. Jest rzeczą konieczną, aby pary nakłaniane do
sztucznych inseminacji i in vitro uciekały od tego dzieciobójczego Heroda, jakim
jest świat manipulacji biomedycznych. Ludzka miłość potrzebuje męskiej obrony.

Maria Klepacka-Środoń

drukuj