In vitro to hurtowa aborcja
Z danych Ministerstwa Zdrowia Republiki Włoskiej wynika, że tylko jedno z 20
dzieci ma szansę przeżycia w wyniku stosowania metody in vitro.
Podczas gdy rząd debatuje nad tym, skąd wziąć pieniądze na refundację in vitro,
na szpitalnych oddziałach brakuje pieniędzy na ratowanie życia noworodków. Nie
jest też powiedziane, że prawne uregulowanie kwestii in vitro przyczyni się do
ochrony życia. Tak nie stało się we Włoszech, chociaż prawodawcom przyświecała
szczytna intencja objęcia ochroną prawną dzieci poczętych. Dane zebrane w
raporcie Ministerstwa Zdrowia Republiki Włoskiej nie pozostawiają złudzeń: in
vitro to hurtowa aborcja. Z oficjalnych włoskich danych wynika, że w 2005 r.
liczba implementowanych zarodków wyniosła 58869, co dało zaledwie 3385 urodzeń.
Oznacza to, że dla uzyskania jednego poczęcia uśmiercono 17 innych dzieci w
embrionalnej fazie życia. Z kolei w 2007 r. z 71785 zarodków urodziło się 6486
dzieci. Zanotowano 1552 poronienia, 135 ciąż pozamacicznych, 67 kobiet poddało
się aborcji na życzenie. Ponadto 30 proc. embrionów uśmiercono w wyniku
rozmrażania. W 2005 r. na skutek rozmrażania obumarło 5349 embrionów. Tylko 1 na
21,4 rozmrażanych embrionów ma szansę przeżycia. Według ks. prof. Artura Katolo,
autora książki "Contra in vitro", praktyka pokazała, że rozwiązania prawne nie
przyczyniły się do zmniejszenia śmiertelności dzieci poczętych metodą in vitro.
Szokujące jest nie tylko to, że część matek "rozmyśliła się" i dokonała aborcji
po udanym zabiegu sztucznego zapłodnienia. Najbardziej bulwersuje fakt, że aż 60
proc. kobiet poddających się zabiegowi sztucznego zapłodnienia we Włoszech
przekroczyło 50. rok życia. Ponad połowa klientek klinik in vitro ma powyżej 50
lat w takich krajach jak: Niemcy, Wielka Brytania, Serbia, Chorwacja,
Czarnogóra, Hiszpania, Szwajcaria, Grecja i Irlandia. Oznacza to mniej więcej
tyle, że do tego wieku kobiety ubezpładniają się hormonalną i mechaniczną
antykoncepcją, a następnie przejmowane są przez biznes in vitro. Według
Instytutu Globalizacji, rodzimy rynek in vitro może być warty nawet 20 mld
złotych. Niemniej szacunki Ministerstwa Zdrowia, jakoby problem bezpłodności
dotyczył aż miliona par w Polsce, są grubo przesadzone. We Włoszech, które liczą
blisko 60 mln mieszkańców, zabiegowi zapłodnienia pozaustrojowego poddaje się
ok. 200 tys. kobiet rocznie. Oznacza to, że na każdy milion mieszkańców problem
może dotyczyć ok. 3,3 tys. par. W przypadku Polski byłby to więc problem ok. 133
tys. par, czyli ośmiokrotnie mniej, niż szacuje to Ministerstwo Zdrowia.
Nietrudno domyślić się, że za przeszacowaniem rynku in vitro w Polsce stoją
motywy finansowe, tak aby zarezerwować jak największe kwoty na cele refundacji w
budżecie państwa. Zresztą nie kryją tego sami właściciele klinik, którzy
zorganizowali protest pod siedzibą kurii w Katowicach. In vitro to wielki
biznes, w który zaangażowani są także ginekolodzy. Większości z nich zwyczajnie
nie chce się doszukiwać problemów bezpłodności u małżonków, a pary mające
problemy z poczęciem kieruje się od razu na zabieg in vitro. Doświadczyłem tego
osobiście. Po trzech latach starania się o dziecko niemal przy każdej wizycie u
lekarza moja żona była zachęcana do in vitro. Po wielu rozterkach, a przede
wszystkim po zapoznaniu się z moralnymi konsekwencjami tego typu zabiegów,
zdecydowanie odmówiliśmy. Ufność Panu Bogu okazała się najlepszą metodą: jeszcze
w tym samym tygodniu okazało się, że oczekujemy narodzin dziecka.
Tomasz Teluk
Autor jest założycielem Instytutu Globalizacji.
