Ciemna strona przedszkola
Minister edukacji narodowej szykuje nam kolejną rewolucję. Edukacja
przedszkolna ma objąć dzieci dwuletnie. Zdaję sobie sprawę, że w gruncie rzeczy
pozwolenie na przyjmowanie dwulatków do przedszkola będzie w wielu przypadkach
zalegalizowaniem już istniejącej praktyki. Zdaję też sobie sprawę, że
antyrodzinna polityka państwa polskiego zmusza wiele matek do powrotu do pracy
zawodowej, mimo iż chciałyby zajmować się dzieckiem. Tak samo zdaję sobie sprawę
z istnienia przedszkoli, a właściwie całodobowych przechowalni dzieci, w których
maluchy zostają na noc. Nie można jednak udawać, że odbywa się to dla dobra
dziecka.
"Jeśli będą pieniądze, pomysł popieramy, bo edukacja przedszkolna to ważny etap
dla dziecka i jest o wiele lepsza od telewizora i podwórka. Im wcześniej ją
zacznie, tym łatwiej będzie mu w dorosłym życiu" – nie ma wątpliwości dyrektor
biura edukacji Jolanta Lipszyc z warszawskiego ratusza.
"Wysłanie dwulatków do przedszkoli to dobry pomysł, bo dzieci w grupie
rówieśników dobrze się rozwijają" – przekonuje Elżbieta Piotrowska-Gromniak ze
Stowarzyszenia Rodzice w Edukacji ("Metro" z 25 października 2010 r.).
Podwórko i telewizor jako alternatywa dla przedszkola? Może zacznę od pytania
retorycznego: Ilu widzieliście dwulatków biegających bez opieki na podwórku?
Twierdzenie, że dwuletnie dzieci spędzają cały dzień przed telewizorem, jest
trudniejsze do sprawdzenia. Jednak każdy, kto widział dziecko w tym wieku, wie,
że dwulatki są pełne energii i niepowstrzymanej woli eksperymentowania. Trudno
je wyobrazić sobie tkwiące jak zombie przed telewizorem przez cały dzień.
Zresztą to i tak sprawa marginalna. Podstawowy problem tkwi gdzie indziej.
Założenie ukryte w pierwszym z argumentów uważam za obraźliwe dla mam, które
korzystają z urlopu wychowawczego lub rezygnują z pracy zawodowej po to, by móc
osobiście zająć się swoimi dziećmi.
Drugi argument – błogosławieństwo, jakim jest edukacja przedszkolna, dla dziecka
wydaje się jednak bardzo poważny. Wiadomo, że dzieci rozwijają się dziś
szybciej, a zatem wcześniejsze rozpoczęcie edukacji pod okiem profesjonalistów
można by uznać za pożądane. Tym bardziej dla dzieci pozbawionych wskutek
jedynactwa naturalnych relacji z innymi dziećmi, jaka występuje w rodzinie
wielodzietnej.
Czy przedszkole rozwija umiejętności społeczne dzieci?
Posyłamy dzieci do przedszkola, mając nadzieję, że nauczą się tam przede
wszystkim umiejętności społecznych. A jednak wiele z nich narzeka, pyskuje, a
nawet zachowuje się agresywnie. Spędzanie większości dnia w towarzystwie
rówieśników wydaje się zatem raczej pogarszać umiejętności społeczne. Ale może
rodzice przesadzają i gdyby nie socjalizacja w przedszkolu, dzieci zachowywałyby
się jeszcze gorzej?
Postanowili to sprawdzić naukowcy z uniwersytetu stanowego z Kalifornii oraz
uniwersytetu w Stanford. Przeprowadzili badanie na wielką skalę, obejmujące 14
tys. dzieci w wieku do 5 lat. Badacze oceniali wpływ uczęszczania do żłobka i
przedszkola na umiejętności społeczne, umiejętność samokontroli oraz stopień
agresywności.
Okazało się, że żłobek i przedszkole opóźniają rozwój umiejętności społecznych u
dzieci, rozwijając za to zachowania aspołeczne (agresywność, egotyzm). Nie było
przy tym istotne, czy placówka jest prywatna, czy państwowa, czy dziecko
pochodzi z rodziny bogatej, czy biednej. Nie był istotny poziom wykształcenia
ani wiek rodziców. Tylko jedna zmienna okazała się istotna – liczba godzin
spędzanych tygodniowo w żłobku lub przedszkolu. Dzieci pozostające pod wyłączną
opieką rodziców rozwijają się społecznie lepiej niż uczęszczające do przedszkola
nawet na kilkanaście godzin tygodniowo. A im więcej czasu dzieci spędzają w
przedszkolu, tym więcej zachowań aspołecznych, mniejsza motywacja do nauki itp.
(Susanna Loeb i inni, 2007).
Bardzo podobne wyniki dało badanie z roku 2003 przeprowadzone przez amerykański
National Institute of Child Health and Human Development. Badano tam
długoterminowe skutki uczęszczania do przedszkola. I w tym przypadku wnioski
naukowców były wstrząsające – im więcej czasu dzieci spędzają z dala od mamy w
ciągu pierwszych 4, 5 lat życia, tym większe wykazują problemy z zachowaniem.
Konkretnie: pyskowanie, napady złości, odmowa współpracy, agresywność,
okrucieństwo, niszczenie zabawek i innych obiektów, wdawanie się w bójki.
Oczywiście można zadać pytanie – czy to wyłącznie skutek przebywania w
przedszkolu? Być może zapracowani rodzice nie poświęcają wystarczająco dużo
uwagi dziecku i stąd biorą się kłopoty? A jednak badania naukowe pokazują, że
wielogodzinny kontakt z rówieśnikami stanowi lwią część problemu.
W przytaczanym już badaniu z 2005 r. dzieci, którymi zajmowali się dziadkowie
lub opiekunki, rozwijały się równie dobrze jak dzieci znajdujące się pod opieką
mamy. A więc to nie brak obecności rodziców, a raczej właśnie ciągła obecność
rówieśników rozwija złe zachowania.
Czy da się to jakoś obiektywnie sprawdzić? Można badać poziom tzw. hormonu
stresu, czyli kortyzolu. Jego poziom zależny jest od pory dnia – najniższy w
porze zasypiania. Jednak doświadczenie chronicznego stresu powoduje, że jest on
ciągle podwyższony. Cztery niezależne ekipy naukowców przeprowadziły badania
poziomu kortyzolu u dzieci w wieku przedszkolnym. Wyniki badań wykazały znów to
samo. Dzieci pod opieką mamy, babci, opiekunki były mniej zestresowane niż
przedszkolaki. Analizowano wpływ wszelkich możliwych czynników – np. rozkładu
dnia (drzemek, posiłków). Nic z tego nie miało specjalnie negatywnego wpływu.
Megan Gunnar, psychobiolog od 20 lat zajmująca się badaniem poziomu kortyzolu u
dzieci, podsumowuje wyniki tych badań: "Jakiś czynnik związany z koniecznością
radzenia sobie ze skomplikowanym układem grupy rówieśniczej przez dłuższy czas
wywołuje stres u małych dzieci" (ResearchWorks, 2005).
Co jest nie tak z grupą rówieśniczą?
Dla wielu wychowawców i rodziców wyniki przytoczonych badań wydają się sprzeczne
z logiką czy zdrowym rozsądkiem. To przecież dzięki kontaktom z innymi ludźmi
nabywamy umiejętności społecznych. Trudno wyobrazić sobie lepsze warunki nauki
niż umożliwienie dziecku kontaktu z rówieśnikami. Rzeczywiście prawdą jest, że
do nauki umiejętności społecznych potrzebny jest kontakt z ludźmi. Pytanie
brzmi: Z jakimi ludźmi?
Aby dobrze funkcjonować w grupie, wspólnocie, potrzebujemy nauczyć się wielu
umiejętności emocjonalnych – samokontroli, cierpliwości, pozytywnej postawy
wobec ludzi, empatii, współczucia, konstruktywnego rozwiązywania konfliktów. Do
tego nie wystarczy grupa rówieśników – zwłaszcza jeśli mają dwa, trzy lata.
Dzieci w tym wieku same z siebie nie potrafią zarządzać emocjami. Postępują pod
wpływem impulsów. Aby to zaobserwować, nie trzeba być psychologiem. Małe dzieci
nie rozumieją dobrze np. pojęcia czasu. Głodne dziecko, któremu powiemy, że
dostanie jeść za 15 minut, pogrąża się w rozpaczy. Maluchy doświadczają często
zmiennych, intensywnych emocji. W tej chwili roześmiane dziecko może za chwilę
się rozpłakać lub wpaść w złość. Maluchy nie potrafią dobrze kontrolować swoich
emocji, wczuwać się w emocje innych, a subtelności savoir-vivre’u czy bycia
uprzejmym są im obce (Gopnik i inni, 1999).
Oznacza to, że przedszkolaki mogą dostarczać sobie nawzajem wartościowych
doświadczeń społecznych, nie są jednak dobrymi nauczycielami umiejętności.
Dzieci uczą się głównie przez naśladownictwo. Owszem, mogą kopiować czyjeś dobre
zachowania, ale kopiują też te negatywne. Poza tym towarzystwo rówieśników nie
daje najważniejszego narzędzia nauki – informacji zwrotnych i pozytywnych
wzmocnień.
Podstawowy, łopatologiczny przykład. Co się dzieje, gdy mama bawi się z
dzieckiem np. klockami? "Poproszę czerwony klocek" – mówi, jednocześnie ucząc
malucha rozpoznawania kolorów, jak i stosowania zwrotów grzecznościowych.
Dziecko podaje klocek. "Och, dziękuję!" – mówi mama (wzmocnienie pozytywne
pożądanego zachowania), a maluch promienieje z radości. W sytuacji zabawy z
rówieśnikami potrzebny klocek zostanie po prostu zabrany przez silniejszego czy
szybszego. A nawet jeśli dziecko podzieli się zabawkami z drugim, raczej nie
usłyszy pochwały czy zwykłego "dziękuję". Gdy brakuje pozytywnej moderacji
zachowań przez osobę dorosłą, dzieci uczą się prawa dżungli, a nie uprzejmości.
Oczywiście w przedszkolu są obecni dorośli, i to profesjonaliści edukowani w
zakresie pedagogiki. Odbywają się zajęcia ukierunkowane na konkretne zadania, a
swobodna zabawa to tylko element życia przedszkolnego. Jednak nawet w
najbardziej ekskluzywnym przedszkolu pod opieką jednej wychowawczyni przebywa co
najmniej 10 dzieci. To tak, jakby była matką dziesięcioraczków. Zwyczajnie nie
jest w stanie poświęcić każdemu dziecku uwagi. To zupełnie inna sytuacja niż np.
rodzina wielodzietna, gdzie starsze dzieci, posiadające już bardziej
wykształcone umiejętności społeczne, stają się modelami, wzorcami do
naśladowania dla dzieci młodszych.
Dojrzałość przedszkolna
Ostatni element układanki to kwestia dojrzałości przedszkolnej. Nie chodzi tu
wyłącznie o sprawy samoobsługowe, choć gdy przeglądałam dyskusje na ten temat w
internecie, pojawiały się często wypowiedzi typu: "Oj tam, zmienić pieluchę
każdy potrafi". Każdemu, kto wyobraża sobie, że trzydzieścioro dwulatków, którym
należy regularnie kontrolować zawartość pieluch i myć pupy, to żaden problem,
polecam zajęcie się przez kilka godzin np. bliźniętami, co pewnie ich skutecznie
otrzeźwi.
Czy wiecie, jak wygląda pierwszy dzień, pierwsze tygodnie w przedszkolu? Wiele
maluchów żałośnie szlocha, pytając, kiedy wróci mama. Inne radzą sobie lepiej, a
jednak dla większości trzylatków jest to przeżycie traumatyczne. Jak pisze dr
Szymon Grzelak w "Dzikim ojcu": "Inicjacji przedszkolnej nie traktuję jako
elementu strategii pozytywnych inicjacji. Trudno uznać pierwszy dzień w
przedszkolu za inicjację pozytywną. (…) Dobrze jest, kiedy fundamenty
osobowości dziecka mogą być budowane w kręgu osób najbliższych, bezpiecznych, z
którymi ma bliskie więzi i które będą stanowiły jego zaplecze społeczne na wiele
następnych lat. Instytucja, jaką jest przedszkole całodzienne, jest bardziej
koniecznością życiową dla niektórych rodzin niż czymś optymalnym dla dziecka"
(s. 43).
A my mówimy o posyłaniu do przedszkola dwulatków. Dziecko w tym wieku nadal ma
problem z jasnym wyrażeniem potrzeb, wymaga obecności mamy, nie potrafi radzić
sobie z emocjami i stresem. Nieustannie testuje granice tego, co wolno, a czego
nie. Miewa napady złości. Nie na darmo w niektórych poradnikach opisuje się ten
etap rozwojowy jako "okropny dwulatek". Prawdą jest, że w tym wieku dziecko
zaczyna potrzebować także kontaktu z innymi dziećmi. Bardziej naturalny i
rozwijający jest jednak kontakt z dziećmi w różnym wieku – taki jak na placu
zabaw czy w rodzinie wielodzietnej. Kiedy te argumenty, poparte solidnymi
badaniami, zaczną w końcu uwzględniać państwowi spece od wychowania?
Bogna Białecka
Autorka jest psychologiem, stałym współpracownikiem "Przewodnika Katolickiego",
autorką m.in. poradnika "Od niemowlaka do przedszkolaka", żoną i matką czworga
dzieci.
Gopnick A., Meltzoff A.N., Kuhl P.K., The scientist in the crib, New York:
Morrow, 1999.
Grzelak Sz., Dziki ojciec. Jak wykorzystać moc inicjacji w wychowaniu, W Drodze,
2009.
Loeb S., Bridges M., Bassok D., Fuller B., Rumbergerd R.W., How much is too
much? The influence of preschool centers on children’s social and cognitive
development, w: "Economics of Education Review", nr 26, 1 (2007), s. 52-66.
National institute of child health and human development early child care
research network. Does amount of time spent in child care predict
socio-emotional adjustment during the transition to kindergarten?, w: "Child
Development", nr 74 (2003), s. 976-1005.
ResearchWorks 2005, How young children manage stress: Looking for links between
temperament and experience, strona internetowa Uniwersytetu w Minnesocie:
www.cehd.umn.edu/research/highlights/Gunnar/ (data dostępu 2.11.2010).
