Polaków groby znane i nieznane
Ubożuchna rzewna
mogiła bez pomnika
majestatu pełna
przyszedł pan
zdjął kapelusz
jak chory w aptece
i zarżnął święty nastrój
ustawiając świece
ks. Jan Twardowski
Na Ukrainie tylko Polacy odwiedzają groby swoich bliskich 1 i 2 listopada.
Stawiają znicze i składają kwiaty na grobach, jeśli takie są, bo nie wszyscy
nasi rodacy na ukraińskiej ziemi mieli szczęście zostać pochowani po katolicku.
Ofiary rzezi wołyńskiej są zabijane podwójnie – drugi raz przez zapomnienie.
Zaledwie kilka lat temu w Bykowni, niedaleko Kijowa, ekipa polskich archeologów
z Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika odnalazła na miejscu kaźni NKWD szczątki
oficerów polskich z listy katyńskiej. Później zostały one porozrzucane po całym
okolicznym lesie przez miejscowych "czarnych archeologów". Ale niestety, byli
oni pierwszymi, którzy, szukając odznak wojskowych, odnaleźli orzełki polskie z
wojskowych czapek i guzików. W barbarzyński sposób poszukując łupu, na którym
można by zarobić, profanowali szczątki Polaków z tzw. listy ukraińskiej. W
Bykowni spoczywają też tysiące innych ofiar zbrodni stalinowskich z okresu
1937-1941. W latach 90. XX wieku w tym tragicznym miejscu postawiono wielki
krzyż, na drzewach pojawiły się wstęgi w polskich i ukraińskich barwach
narodowych. Uporządkowano to, co jeszcze można było. Zdjęcia przypominają
niektórych zamordowanych w latach 30. i 40. Polaków, Ukraińców i Rosjan, którzy
zostali rozstrzelani w więzieniach NKWD w Kijowie i pogrzebani w lesie
bykowniańskim.
Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie!
– Na byłym cmentarzu NKWD w Bykowni grzebano polskich oficerów i policjantów,
którzy byli najpierw internowani przez Sowietów podczas najazdu na Polskę we
wrześniu 1939 r., a potem trafiali do więzień specjalnych NKWD – mówi płk
Andrzej Amons, były prokurator wojskowy. Oficerów rozstrzeliwano w piwnicach
więzienia NKWD w Kijowie, a potem pod osłoną nocy grzebano w lasach niedaleko
podkijowskiej wsi Bykownia. Kierownik ekipy polskich archeologów z toruńskiego
uniwersytetu, dr Andrzej Kola, uważa, iż na tym cmentarzu spoczywa 3,5 tys.
oficerów polskich z listy katyńskiej. Ekipa polska dwukrotnie prowadziła prace
ekshumacyjne w Bykowni, ale to i tak za mało, żeby zbadać cały rozległy teren
miejsca kaźni.
Polaków z listy katyńskiej po egzekucji grzebano nie tylko w podkijowskiej
Bykowni, ale także niedaleko wsi Piatichatki pod Charkowem. Tylko w Charkowie
jest cmentarz upamiętniający oficerów – jeńców obozu w Starobielsku. Czy w
Bykowni powstanie podobna nekropolia? Zapowiedział to niedawno prezydent
Bronisław Komorowski podczas wizyty na polskim cmentarzu w Charkowie.
Na zachodniej Ukrainie także są miejsca masowej zagłady Polaków w okresie
stalinowskim. Profesor Henryk Stroński z Tarnopola stwierdza w swojej książce
"Represje stalinizmu wobec ludności polskiej na Ukrainie w latach 1929-1939", iż
główny inspirator nieustających represji w państwie sowieckim, komisarz Nikołaj
Jeżow, 24-25 stycznia 1938 roku na zebraniu naczelników regionalnych zarządów
NKWD w Moskwie oświadczył, że "operacje narodowościowe" można nadal prowadzić, a
nawet rozkazał nasilić prześladowania, zwłaszcza wobec Polaków. I prześladowania
się nasilały. Chociaż komuniści dokonywali swoich zbrodni w ścisłej tajemnicy,
pewne informacje docierały do społeczeństwa, ale głośno i otwarcie zaczęto o
nich mówić dopiero po zajęciu Ukrainy przez III Rzeszę. Niemieckie władze
okupacyjne zdecydowały się na zbadanie zbrodni reżimu stalinowskiego i nadanie
im szerokiego rozgłosu. Ujawniono masowe mordy w więzieniach w Tarnopolu,
Lwowie, Nadwórnej i innych miastach II RP.
Polacy zamordowani w katowniach NKWD, w większości katolicy, do dziś nie zostali
pochowani po chrześcijańsku. Profesor Stroński w zakończeniu swojej książki
zauważa, że proces rehabilitacji represjonowanych Polaków daleki jest od
zakończenia. Warto zaznaczyć, iż na Ukrainie – nie bez pewnych koniunkturalnych
przyczyn – wiele mówi się np. o deportowanych narodach Krymu czy Niemcach.
Krzywdy doznane przez Polaków nie były mniejsze niż wymienionych grup
narodowościowych, ale jak dotąd władza o nich nie wspomina.
Ziemia zroszona polską krwią
W czasie okupacji niemieckiej Kresów Południowo-Wschodnich II RP hitlerowcy
kontynuowali zabójstwa Polaków m.in. rękami pomocniczych oddziałów policji
ukraińskiej w służbie III Rzeszy. Apogeum tych mordów przypadło na rok 1943 na
Wołyniu, po tym, gdy Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów Bandery zorganizowała
formację wojskową – Ukraińską Powstańczą Armię. Ewa Siemaszko na łamach
periodyku "Niepodległość i Pamięć" pisze, że ludobójcze akcje OUN-UPA były
organizowane na Wołyniu tak, by wymordować jak największą liczbę Polaków, a
najlepiej wszystkich. Duże polskie wsie, kolonie i miejscowości z przewagą
polskiej ludności unicestwiano według określonego schematu. Ponieważ w takich
przypadkach potrzebne były większe siły napastników, OUN lub jej zbrojne ramię –
UPA angażowały do napadu członków tzw. Samoobronnych Kuszczowych Widdiłiw, tj.
chłopów na co dzień zajmujących się gospodarstwem. Byli oni mobilizowani do
akcji w razie potrzeby. Do napadu wybierano porę, gdy prawie wszyscy Polacy
znajdowali się na terenie wsi lub kolonii (noc, świt czy dzień, gdy zagrożeni
napadem mieszkańcy wracali z kryjówek do domu). Stosowano także różne podstępy,
jak np. w Woli Ostrowieckiej (pow. lubomelski), gdzie zgromadzono ludzi w szkole
na rzekome zebranie. W Parośli, pierwszej wymordowanej polskiej miejscowości,
zbrodniarze banderowscy podszyli się pod sowieckich partyzantów, rozeszli się po
domach, gdzie najpierw prosili o jedzenie, a potem dokonywali bestialskich
morderstw. Większość Polaków zamordowanych rękami chłopów ukraińskich z
Samoobronnych Kuszczowych Widdiłiw ginęła od ran zadanych narzędziami
rolniczymi, dodatkowo jeszcze znęcano się nad ofiarami, także nad dziećmi i
kobietami. Ewa Siemaszko podaje, że łącznie w latach 1939-1945 na Wołyniu
OUN-UPA zamordowała bestialsko w ustalonych miejscach, czasie i okolicznościach
około 36 650 Polaków w co najmniej 1721 miejscowościach. Szacowana liczba
Polaków w okrutny sposób pozbawionych życia w latach 1939-1945 wynosi 60 tysięcy
i obejmuje ofiary, których dokładne okoliczności śmierci nie są znane.
Na niełasce losu
Byłem w miejscach, gdzie grzebano na Ukrainie polskie ofiary terroru
komunistycznego i banderowskiego. W większości, z bardzo małymi wyjątkami są one
zostawione na łaskę lub raczej niełaskę losu. Podczas licznych spotkań
decydentów z Ukrainy i Polski mówi się o strategicznym partnerstwie i dobrych
wzajemnych relacjach. Tymczasem ofiary zbrodni dokonanych na Polakach na terenie
Ukrainy nadal czekają na chrześcijański pogrzeb i mogiły. Tam, gdzie są
cmentarze, tylko Polacy z kraju i Ukrainy dbają o miejsca polskiej martyrologii.
Serce boli, gdy się patrzy, jak na Wołyniu na polskich kościach uprawia się
rolę.
Eugeniusz Tuzow-Lubański, Kijów
