Kicz pojednania i armaty w krzakach
Prawo i Sprawiedliwość proponuje uczestnikom życia publicznego
przystąpienie do "Deklaracji łódzkiej przeciw przemocy i nienawiści w życiu
publicznym i mediach". Deklarację otrzymał do podpisu prezydent Bronisław
Komorowski. Politykom niełatwo jednak szczerze wziąć winę na siebie, powiedzieć
"przepraszam" i podpisać się pod deklaracją zakończenia posługiwania się
językiem nienawiści w Polsce.
Bronisław Komorowski w sprawie "agresji w polityce" spotkał się wczoraj z
szefami klubów parlamentarnych oraz premierem Donaldem Tuskiem i marszałkiem
Sejmu Grzegorzem Schetyną. Szef klubu Platformy Tomasz Tomczykiewicz
poinformował, że prezydent zaproponował m.in., aby klubowi rzecznicy dyscypliny
stali się również rzecznikami etyki czy dobrego słowa w polityce. – Aby te osoby
stanowiły siły szybkiego reagowania na sytuacje, w których ktoś z posłów wypowie
niepotrzebne, złe słowa – powiedział Tomczykiewicz. Prezydent, który w czwartek
wieczorem zapowiedział, iż pod adresem Jarosława Kaczyńskiego, który nie przyjął
jego zaproszenia na spotkanie, uczyni kolejny gest, doczekał się odpowiedzi
prezesa PiS. Bronisław Komorowski w wywiadzie dla TVN, nazywając to
eksperymentem, przeprosił. – Bardzo serdecznie przepraszam. Jestem skłonny
przeprosić za Janusza Palikota, Antoniego Macierewicza, Jacka Kurskiego, Stefana
Niesiołowskiego, za siebie, i zobaczymy, co z tego wyniknie – mówił prezydent.
Jarosław Kaczyński ocenił wczoraj, że przeprosiny są co najwyżej częściowe. –
Prezydent Komorowski przeprosił w sposób, który z naszego punktu widzenia jest –
można powiedzieć – co najwyżej częściowy, bo jeżeli uważa, że należy przepraszać
za Kurskiego czy Macierewicza, to może jednak by zostawił to tym, którzy są z
nimi jakoś związani. To nadało tym przeprosinom taki ton fałszywy – ocenił
Kaczyński. Prezes PiS stwierdził zresztą, iż nie bardzo wie, za co miałby on
przepraszać, gdyż nie zauważył, by np. Antoni Macierewicz wzywał kogoś do
morderstw czy używał obelżywego języka.
– Dzisiaj usłyszałem, że wczoraj premier Tusk mówił, że jest określany jako
ruski agent, że ma krew na rękach i że są to sformułowania, których ja używam.
Bardzo proszę o cytaty, bardzo proszę, aby pan Tusk mnie zacytował – mówił
prezes PiS.
By wskazać, gdzie "wszystko się zaczęło", Kaczyński odsyłał do przemówienia
Donalda Tuska z 19 czerwca 2005 roku. Podczas konwencji PO Tusk ostro zaatakował
wtedy Prawo i Sprawiedliwość. Odnosząc się do PiS, mówił m.in.: "Nie chcę i nie
dopuszczę do tego, żeby Polską rządzili ludzie, którzy mówią, że nic nie może
się udać, którzy uważają, że Polacy to naród aferzystów i złodziei". – Sądzę, że
my w końcu będziemy musieli opublikować białą księgę z tymi wszystkimi
wystąpieniami, żeby państwo nie mieli wątpliwości, kto tu – można powiedzieć –
został napadnięty na ulicy, przewrócony i skopany, a kto się tylko od czasu do
czasu, zresztą niezbyt energicznie, bronił – powiedział wczoraj na konferencji
prasowej prezes PiS.
Jarosław Kaczyński domagał się także dymisji ze stanowiska doradcy prezydenta
Tomasza Nałęcza, który miał – według szefa PiS – powiedzieć: "nie ma takiej
ofiary, której by nie warto złożyć, by się spotkać z Putinem". Kaczyński
stwierdził, że jeśli Nałęcz, ale także Andrzej Czuma i Stefan Niesiołowski nie
zostaną "odpowiednio potraktowani", to przeprosiny Bronisława Komorowskiego
będzie traktował jako zagranie propagandowe.
Prezydentowi, konsultującemu, co zrobić, by ograniczyć agresję w polityce, z
pomocą przyszło Prawo i Sprawiedliwość.
Do prezydenta trafiła, przygotowana przez PiS, "Deklaracja łódzka". – Ta
deklaracja to jest zobowiązanie, zobowiązanie do nieposługiwania się w życiu
publicznym sformułowaniami obraźliwymi, bardzo skrajnymi. Sformułowaniami, bez
których można w polskim, naszym języku wyrazić nawet najbardziej krytyczny
pogląd – dodał prezes PiS.
Przewodniczący klubu PiS Mariusz Błaszczak poinformował po spotkaniu z
prezydentem, iż Bronisław Komorowski nie podpisał się pod deklaracją obok
Jarosława Kaczyńskiego, gdyż wolał przedtem bardzo dokładnie zapoznać się z jej
tekstem.
W deklaracji zapisano, że "najbardziej drastyczne wypowiedzi mają swoje
konsekwencje – znajdują się ludzie, którzy traktują złe słowa jako instrukcję
lub przyzwolenie na przemoc".
Z tego względu za niedopuszczalne uznano: wyrażenia wzywające do przemocy i
życzące śmierci, szyderstwo z sytuacji zagrożenia życia, np. "jaka wizyta taki
zamach"; wypowiedzi przypisujące choroby psychiczne, wmawianie nienawiści i
działania z niskich pobudek; zrównywanie legalnie działających w kraju partii z
reżimami i partiami totalitarnymi, np. "KPP, faszyści, NSDAP"; używanie dla
określenia oponenta słów powszechnie traktowanych za obelżywe, np. "bydło,
wataha" czy wypowiedzi takich, jak: "znajduje się grupa ludzi, która w tym
czasie – kiedy wszyscy bez wyjątku ciężko pracują – plądruje walizki pasażerów",
albo "Przyjdzie taki dzień, że Jarosław Kaczyński będzie już rozmawiał z siłami
ostateczności (…) być może będzie miało to miejsce jeszcze w tym roku (…)
wówczas uznamy, że to był naprawdę dobry rok". Wypowiedzią o "wizycie i zamachu"
zabłysnął Bronisław Komorowski, o "bydle" mówił Władysław Bartoszewski, o
"dorzynaniu watahy" Radosław Sikorski, o "plądrowaniu walizek pasażerów" przez
opozycję Donald Tusk, a nadzieję, że może jeszcze w tym roku "przyjdzie dzień,
że Jarosław Kaczyński będzie rozmawiał z siłami ostateczności", wyrażał Janusz
Palikot.
Cytaty z polityków bądź osób w jakiś sposób związanych z Platformą Obywatelską
na pewno nie mogły sprawić, że treść z entuzjazmem przyjmie premier Donald Tusk.
Szef rządu już ocenił, iż deklaracja "nie ma na celu wspólnej lekcji" i "jest
skierowana przeciwko komuś". Nie wykluczył jednak, że może rzeczywiście
należałoby się zastanowić nad jakimś wspólnym zobowiązaniem, pod którym mogą się
podpisać politycy różnych opcji.
Łódzka prokuratura poinformowała, że u aresztowanego mordercy Marka Rosiaka,
Ryszarda C., znaleziono dotyczącą polityków kartkę z notatkami zatytułowaną
"oświadczenie". Nie ujawniono jednak żadnych nazwisk polityków. Ochronę BOR
przyznano Jackowi Kurskiemu i Zbigniewowi Ziobrze. Ziobro, który mówił wczoraj,
iż jeszcze jako minister sprawiedliwości wielokrotnie dostawał pogróżki,
stwierdził, że nad przyjęciem ochrony jeszcze się zastanawia.
Artur Kowalski
