Atut pustych dłoni
Pośród wielu sondaży, jakie serwują nam co kilka dni media, pojawiają się
także dotyczące spraw wiary, religijności, wpływu zasad ewangelicznych na
postawy życiowe. Pomijając nawet fakt, że trudno jest zmierzyć coś, co ze swej
istoty jest niemierzalne, taki sposób pojmowania niesie w sobie dużo
poważniejsze niebezpieczeństwa. Jeśli statystyki, liczby, kalkulacje zaczną
dominować w myśleniu religijnym, mogą zamienić je w rodzaj ekonomii, gdzie
działania podejmowane są tylko wtedy, gdy pociągają za sobą wymierne korzyści.
Relacja z Bogiem bardziej przypomina wtedy handel wymienny niż zaufanie.
Tymczasem w Bożej logice zbawienia wcale nie musi się to sprawdzać…
Głęboko symboliczny wymiar ma scena z dzisiejszego pierwszego czytania. Kiedy
już Ziemia Obiecana była na wyciągnięcie ręki, Izraelitom drogę pod Refidim
zastąpiła armia amalekicka. Świetnie wyszkolona, znająca teren, zaprawiona w
grabieniu karawan zdążających do Egiptu i Arabii. Czyż mógł się z nią mierzyć
lud wycieńczony wędrówką, ciągle jeszcze rozbity wewnętrznie, skłócony,
nieznający zasad prowadzenia walki? Trwoga, żal i świadomość nadchodzącej
porażki zagościły w sercach tułaczy. Zbyt słabi byli! Czyżby to miał być już
koniec obietnic, kres wędrówki? Czy Jahwe ich opuścił? Rozpoczęła się bitwa. Tak
naprawdę nie u stóp wzgórza się rozgrywała, ale na samym jego szczycie. Jakże
poruszający musiał być ten widok: Mojżesz, który stanął na górze z rękami
podniesionymi w geście modlitewnym, Aaron i Chur podtrzymujący zdrętwiałe
ramiona patriarchy, i wreszcie zwycięstwo! Całość stanowi przepiękny obraz
ukazujący wiarę w Bożą Opatrzność, moc i skuteczność modlitwy. To także
podkreślenie wartości wspólnoty, bez której nie udałoby się zwyciężyć. W końcu
także przyczynek do refleksji dla nas, tak bardzo zapatrzonych w liczby i
ufających w chłodne kalkulacje, że (na szczęście) nie od nich zależy ostateczne
zwycięstwo. I że nie ilość o nim decyduje, ale jakość wiary tych, którzy
chwytają za oręż. Nie ostrze miecza, ale wewnętrzne przekonanie, że Bóg nie
opuszcza swoich dzieci w potrzebie.
Trudno to wszystko przyjąć, bo też i trudno zaufać. Stawiamy w życiu na konkret,
pewność, bezpieczeństwo. Spojrzenie, zamiast wznosić się ku niebu, koncentruje
się na tym, co wedle ludzkiego mniemania ma zapewnić szczęście, pokój,
spełnienie. Zanika szacunek do tajemnicy, a zastępuje go fatalna
krótkowzroczność – przeświadczenie, że sami poradzimy sobie ze światem,
kolejnymi kryzysami, pustką. Towarzyszy mu zgubna pycha, iż wiemy już wszystko;
dominuje przekonanie, że jesteśmy w stanie wyprodukować antidotum na każdą
chorobę cywilizacji, która – jak to ujął Vaclav Havel podczas zakończonego
niedawno Forum 2000 – "utraciła połączenie z wiecznością i nieskończonością".
Cywilizacji, która ślepo uwierzyła w moc chłodnych kalkulacji i ludzką
samowystarczalność, stawiającą na krótkoterminowy zysk. Stąd już tylko krok do
bałwochwalstwa. Zresztą, bożków, którym kłaniamy się codziennie po wielokrotnie,
jest bez liku…
Nic więc dziwnego, że na przestrzeni dziejów – dziś także – dokonuje się swoisty
proces oczyszczenia. Bywa, że bolesny i bardzo kosztowny. Może dlatego Pan Bóg
pozwala się prosić, zwleka z interwencją – niczym sędzia z dzisiejszej
przypowieści ewangelicznej – aby wytrącić nam nasze "atuty" z dłoni?
Szczególna jest ta pedagogia zbawienia, ale też bardzo skuteczna. Kiedy człowiek
dźwiga za długo zbyt duży ciężar, w końcu ręce zaczynają mu mdleć, i to
wszystko, co miało być jego "ofertą przetargową", zaczyna z nich wypadać. Stają
się puste. Po ludzku to porażka, ale przed Bogiem może oznaczać narodzenie się
zupełnie nowej jakości. Gdy to zrozumiemy i wreszcie zaczniemy poważnie
spoglądać w niebo, szukając tam ocalenia, zwyciężymy.
ks. Paweł Siedlanowski
