Zalani przez biurokrację

Mieszkańcy Bogatyni zniszczonej przez sierpniową powódź wciąż czekają na
obiecaną rządową pomoc. Zbliża się zima, a powodzianie nie mogą rozpocząć
odbudowy swoich domów. Kolejny raz Urząd Wojewódzki we Wrocławiu odrzucił
wniosek władz Bogatyni o pomoc do 20 tysięcy złotych dla poszkodowanych.

Ludzie w Bogatyni żyją w zawieszeniu. Chcieliby rozpocząć prace przy remontach
domów, ale nie mają pieniędzy. Rodzina pani Jolanty Pieczary w powodzi straciła
niemal wszystko. – Nasz dom zalało w jednej chwili, ratowaliśmy się, uciekając
przez okno. Nie zdołaliśmy niczego ze sobą zabrać – opowiada.
Państwu Pieczarom oświadczono, że dom grozi zawaleniem, ale decyzji nadzoru
budowlanego wciąż nie dostali. To uniemożliwia rozpoczęcie jakichkolwiek prac,
zresztą i tak nie mają pieniędzy. – Zaraz po powodzi otrzymaliśmy zasiłek w
wysokości do 6 tysięcy złotych i tyle. Jeżeli zaś chodzi o pieniądze na remont
do 20 i 100 tysięcy złotych, które tak szumnie obiecywał rząd, to mimo złożenia
wniosku żadna komisja jeszcze u nas nie była. Nie słyszałam, by ktokolwiek w
Bogatyni taką pomoc otrzymał – mówi zawiedziona kobieta.
Zaraz po powodzi przez pewien czas małżeństwo Pieczarów z synem Bartkiem
mieszkało w Porajowie u rodziny. Teraz wynajmują mieszkanie w Bogatyni. Pomógł
im urząd miasta, od którego otrzymali także lodówkę. Koszt wynajmu finansuje
Urząd Wojewody Dolnośląskiego. Sęk w tym, że umowa podpisana jest tylko do końca
grudnia br. Co potem? Nie wiadomo.
Państwo Pieczarowie nie wiedzą, czy w ogóle będą mogli wrócić do swojego domu.
Nawet jeżeli urząd nadzoru budowlanego wyda zgodę, będą musieli ułożyć nowe
posadzki, ściany, wstawić okna i drzwi. Do wymiany są też wszystkie media.
Rodzina złożyła wniosek o pomoc w wysokości do 100 tysięcy złotych i bardzo na
nią liczy. Na razie jednak panuje cisza wokół tej sprawy. Państwo Pieczarowie
chcieliby spędzić święta Bożego Narodzenia we własnym domu, ale już teraz
wiedzą, że to nierealne.

Tęsknota za własnym domem

W podobnej sytuacji jest wiele innych rodzin liczącej ponad 22 tysiące
mieszkańców Bogatyni. Dwa miesiące po powodzi próbują jakoś ułożyć sobie życie,
ale widok zniszczonych domów nie pozwala zapomnieć o kataklizmie. Powoli zaczyna
brakować też cierpliwości, zwłaszcza gdy w mediach głośno o pomocy rządowej,
która pięknie brzmi w ustach polityków, a dla powodzian wciąż pozostaje tylko
obietnicą na papierze.
Powodzianie nie marnują czasu. Wszędzie tam, gdzie było to tylko możliwe, widać
skute tynki, zerwane posadzki. Tyle mogli zrobić sami. Ruszyliby dalej z
pracami, ale brakuje pieniędzy, a rządowego zasiłku wciąż nie widać.
Pani Kamila Kowalska z dwójką dzieci, dzięki pomocy władz Bogatyni, wraz z
dwiema innymi rodzinami najpierw trafiła do hotelu "Górnik", a teraz mieszka w
strażnicy przy przejściu granicznym z Czechami. – Nie mam gdzie wracać, bo mój
dom został wyburzony od razu po powodzi – żali się kobieta. – Zgodnie z
obietnicą władz mamy tu mieszkać siedem miesięcy, a potem, kiedy zostaną
wybudowane domki dwurodzinne, liczymy, że trafimy właśnie tam – mówi pani
Kowalska. Zamierza złożyć wniosek na uzyskanie pomocy w wysokości do 100 tysięcy
złotych, ale nie wie, czy i kiedy otrzyma pieniądze. – Bardzo pomógł nam
burmistrz, a pomoc rządu na razie skończyła się na sześciu tysiącach – nie kryje
rozgoryczenia pani Kamila. Władze Bogatyni przygotowały około stu lokali
zastępczych, mieszkających w nich powodzian burmistrz zwolnił z opłat czynszu,
natomiast sami muszą zapłacić za media.

Jak nie w tym, to w przyszłym roku

W Bogatyni wypłacono już zasiłki do 6 tysięcy złotych ponad 1,1 tys.
mieszkańcom. Niemal wszystkie te osoby złożyły także wnioski o świadczenie do 20
lub 100 tysięcy złotych. W każdym z ponad tysiąca lokali trzeba oszacować straty
czy chociażby sporządzić protokół i dopiero po przesłaniu danych do wojewody
zostaną uruchomione pieniądze na wypłaty świadczeń.
W obliczu zbliżającej się zimy najważniejszym problemem dla mieszkańców Bogatyni
jest remont domów zniszczonych przez powódź. Bez obiecanych przez rząd pieniędzy
trudno liczyć na własny dach nad głową. Żeby nie tracić czasu, władze Bogatyni
zwróciły się do Urzędu Wojewódzkiego we Wrocławiu z wnioskiem o zaliczkowe
uzyskanie pieniędzy. Dołączono też listę szkód przygotowaną przez nadzór
budowlany. Niestety, okazało się, że nie ma możliwości uzyskania zaliczek. –
Poinformowano nas, że możemy otrzymać pieniądze dopiero po przedstawieniu
szczegółowych informacji z wykazem konkretnych lokali mieszkalnych. To jednak
wymaga czasu i dużo pracy – tłumaczy Daniel Fryc, sekretarz gminy Bogatynia.
Kolejny wniosek władz Bogatyni o wypłatę do 20 tysięcy złotych też napotkał
przeszkody biurokratyczne i został odrzucony przez władze wojewódzkie. – Za
pierwszym razem zażyczono sobie wykazu konkretnych lokali mieszkalnych z
podaniem danych najemcy. Kiedy spełniliśmy to życzenie, wezwano nas do
przedstawienia informacji o zakresie szkody, jaka została wyrządzona w danym
lokalu. Czy jest to rzeczywiście istotna informacja w sytuacji, kiedy ludzie
czekają na pieniądze – pyta Jerzy Stachyra, zastępca burmistrza Bogatyni.
Kuriozalne jest również życzenie władz wojewódzkich, by dokument został
dodatkowo potwierdzony przez sołtysa. Jak te biurokratyczne bariery mają się do
rządowych deklaracji o maksymalnym uproszczeniu procedur związanych z wypłatą
pieniędzy powodzianom?
Władze Bogatyni w pierwszej kolejności wytypowały 180 lokali mieszkalnych i 180
osób uprawnionych do wypłaty świadczeń socjalnych w wysokości do 20 tysięcy
złotych. Kolejny problem dotyczy wypłaty zasiłków do 100 tysięcy złotych, gdzie
obok opisu szkód obowiązują też długie procedury. Potrzebne jest np. przetargowe
wyłonienie rzeczoznawców, którzy przeprowadzą te procedury, a to wymaga czasu.
Dopiero po oszacowaniu strat będzie podstawa do złożenia konkretnego wniosku.
Jak powiedział nam sekretarz gminy Bogatynia Daniel Fryc, jest już niemal pewne,
że wszystkich procedur nie uda się zakończyć w tym roku, a więc nie ma
praktycznie szans na wypłaty zasiłków powyżej 20 tysięcy złotych. Zresztą trudno
byłoby rozliczyć środki finansowe do końca roku budżetowego, a takie są przepisy
ustawy o finansach publicznych. – Nie otrzymaliśmy też odpowiedzi z Ministerstwa
Finansów i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji na nasz apel, czy
istnieje możliwość przedłużenia terminu rozliczenia tychże środków finansowych
do przyszłego roku – tłumaczy sekretarz gminy Bogatynia.
Pierwsza pula lokali wytypowanych do oszacowania strat i wypłaty do 100 tysięcy
złotych obejmuje 170 osób. Łącznie jest około pięciuset rodzin, które ubiegać
się będą o wypłatę zasiłków do 100 tysięcy złotych. 
Władze i mieszkańców Bogatyni uspokaja w rozmowie z "Naszym Dziennikiem"
Małgorzata Woźniak, rzecznik MSWiA, twierdząc, że pieniądze, które zgodnie z
decyzją administracyjną zostały przyznane przez samorząd, a z przyczyn
obiektywnych nie zostaną wydatkowane w tym roku, będą mogły być wykorzystane w
roku przyszłym. Dotyczy to zwłaszcza kwoty do 100 tysięcy złotych. – O wysokości
tego zasiłku decyduje samorząd. Nikt nikomu nie zabierze żadnych pieniędzy
przyznanych od państwa decyzją administracyjną. Są jeszcze trzy miesiące do
końca roku i myślę, że przyznane środki będzie można jeszcze wykorzystać.
Natomiast jeżeli ktoś nie zdąży ich wydać do końca br., to rozliczy się tylko z
tych środków, na które ma faktury. Pozostałą część będzie musiał zwrócić, ale po
nowym roku ponownie je otrzyma. Te pieniądze nie przepadną – zapewnia Małgorzata
Woźniak.

Nie składają broni

Nie tylko mieszkańcy, ale także władze samorządowe oczekują od rządu konkretnych
działań. Wprawdzie Bogatynia niedawno otrzymała promesę w wysokości do 10
milionów złotych na budowę lub remont i odbudowę obiektów komunalnej
infrastruktury technicznej zniszczonych w wyniku powodzi, ale to stanowczo za
mało. Szkody wyrządzone przez żywioł sięgają trzystu milionów złotych. W dodatku
otrzymane środki muszą być rozliczone do końca bieżącego roku, a to kolejny
problem, zważywszy na krótki termin realizacji zadań.
– Pieniądze te w całości zostaną przeznaczone na przywrócenie funkcjonalności
infrastruktury drogowej stanowiącej własność gminy Bogatynia oraz części
infrastruktury mostowej. Z tymi zadaniami musimy się uporać jeszcze w tym roku,
wykorzystując przyznaną nam pulę środków finansowych – wyjaśnia burmistrz
Andrzej Grzmielewicz.
10 milionów wydaje się imponującą sumą, ale przy kilkuset milionach strat, jakie
poniosła Bogatynia podczas sierpniowego kataklizmu, to na razie kropla w morzu
potrzeb. Dlatego włodarze miasta liczą, że w przyszłym roku pojawią się kolejne
dotacje państwa na odbudowę zniszczeń. Tym bardziej że kompleksowa odbudowa
chociażby ciągu ulic gminnych potrwa co najmniej kilka lat. Władze Bogatyni
zapowiadają, że zgodnie z zachętą władz wojewódzkich będą składać kolejne
wnioski o pomoc państwa i liczą na ich pozytywną akceptację. – Czas pokaże, czy
i na ile państwo nie zapomni o naszej gminie. Bez rządowego wsparcia nie damy
sami rady uporać się z ogromnymi problemami. Wystarczy wspomnieć, że koszt
naprawy uszkodzonych mostów wyniesie ok. 20 milionów złotych, podobnie dróg –
dodaje burmistrz Grzmielewicz. Światełkiem w tunelu jest blisko pięć milionów
złotych na oczyszczanie miasta, jakie wczoraj Bogatynia otrzymała z MSWiA.
Mieszkańcy i władze miasta obawiają się, że kiedy w końcu pieniądze w ramach
rządowej pomocy nadejdą, czeka ich zalew biurokracji. Choć rozumieją, że
wydawanie rządowych pieniędzy musi się wiązać z formalnościami, to nie potrafią
się pogodzić z urzędniczą bezdusznością, gdzie litera prawa króluje nad zdrowym
rozsądkiem.

Mariusz Kamieniecki

drukuj