Choroba celebrycka

Jedną ze współczesnych chorób cywilizacyjnych, którą można zaliczyć do
grupy silnych uzależnień, jak od alkoholu czy narkotyków, jest "choroba
celebrycka" (ang. celebrity morbid symptoms), w skrócie "CMS", przejawiająca się
uzależnieniem od ciągłego występowania w mediach, szczególnie w telewizji.
"Chorobę CMS" charakteryzowano dotąd jako niczym niepohamowane i silnie
wewnętrznie motywowane parcie na szkło, czyli na tę część ekranu telewizora,
która umożliwia systematyczne bycie oglądanym i słuchanym przez innych ludzi.
Dlatego choroba występuje najczęściej w środowisku osób eksponujących się w
mediach elektronicznych. 

Wbrew definicji celebryty "CMS" nie dotyczy jedynie osób ze świata
artystycznego: aktorów, piosenkarzy, sportowców czy dziennikarzy, którzy z racji
swojego zawodu są przedmiotem zainteresowania mediów lub je tworzą. Wśród
nosicieli wirusa "choroby CMS" mamy dziś najwięcej osób uznawanych za tzw. osoby
publiczne: przedstawicieli władzy, partii, instytutów, fundacji, itd. Na parcie
na szkło nie ma jak dotąd szczepionki ani nawet preparatu. Medycyna, o czym
można się przekonać, oglądając najczęstsze telewizyjne reklamy, radzi sobie
jedynie z leczeniem wzdęć i zaparć. Nawet dłuższe odizolowanie chorego od
otoczenia medialnego, np. w celi więziennej, także nie gwarantuje sukcesu
leczenia. Memuary skazanych, na podstawie których powstają książki, a nawet
filmy, dowodzą, jak skomplikowany przebieg ma to schorzenie. Często więc "CMS"
okazuje się chorobą nieuleczalną.
Wirus celebrycki będący źródłem tej choroby atakuje szczególnie te osoby,
których ego od najmłodszych lat było albo szczególnie troskliwie budowane i
wzmacniane, albo kompletnie demolowane. To z pewnością kwestia warunków
wychowania w rodzinie. Starsze pokolenie chorych na "CMS", nierozpieszczane
przez swoich rodziców, nieznających przecież podstawowych zasad wychowania
bezstresowego, odebrało być może naturalną skłonność do agresji i znęcania się
nad ludźmi po drugiej stronie ekranu. Taki chory, zagadnięty o cokolwiek, nawet
o pogodę, swoją nienawiść skieruje zawsze na te same osoby, które jego zdaniem
szkodzą Polsce i całemu światu. W pewnym sensie można to usprawiedliwić długim
oddziaływaniem PRL-owskich mediów, które za pomocą swoich celebrytów niezmiennie
definiowały tych samych wrogów ludu i demokracji. 
Choć zainfekowany "CMS" zachowuje się z pozoru normalnie, jednak po analizie
słów i gestów oraz częstotliwości pojawiania się na ekranie, można odnieść
wrażenie, że realizuje jakieś zlecenie z zewnątrz, być może pod groźbą
odizolowania od mediów czy ujawnienia sekretów z przeszłości jego wewnętrznego
ego. Stąd typowy celebryta nienawidzi IPN, lustracji i dekomunizacji. 

Celebryta odsunięty od mediów przeżywa prawdziwe katusze, tak jakby odstawił
narkotyki. Głód występowania w telewizji bywa wtedy tak silny, że szuka on za
wszelką cenę innego miejsca, aby się pojawić na ekranie. Jest wtedy gotów
dopasować swoje chorobliwe objawy do nowych okoliczności, a nawet zmienić cel
agresji. 
Młodsze pokolenie chorych na "CMS", szczególnie ci, których matki przekonane
były, że urodziły geniuszy i zachwycały się, gdy ich latorośl biła w piaskownicy
rówieśników łopatką po głowach, mają skłonność do nieustannych pretensji pod
adresem ludzi po drugiej stronie ekranu. Uważają, że są oni mało nowocześni i
nieprzygotowani do życia we wspólnocie. Ludzie z "CMS" przekonani, iż w życiu
zawsze sobie dadzą radę, oczekują, że ich gesty i słowa będą odbierane zawsze
pozytywnie, wręcz z matczynym miłosierdziem. Nawet gdy powiedzą coś haniebnego,
uważają, że nic złego się nie stało, a wszelką krytykę odbierają jako oczywistą
niesprawiedliwość i znęcanie się. Syndrom celebryty wzmacnia w nich poczucie
niezrozumienia i braku akceptacji, co staje się z biegiem lat powodem do jeszcze
większej frustracji i nasilania się objawów choroby. Taki celebryta najczęściej
szybciej mówi, niż myśli, a na starość zdarza się, że mówiąc, równocześnie
pluje. 
Należy zwrócić uwagę, że "choroba celebrycka", wraz z rozwojem nowych kanałów
telewizji cyfrowej oraz multimedialnych platform internetowych, będzie zyskiwała
korzystne warunki do rozprzestrzeniania się i mutowania. Już dziś gazety mogą
pochwalić się swoimi telewizyjnymi edycjami w internecie, w których ci sami
celebryci znajdują pole do dalszej chorej aktywności. Dlatego tak ważne jest,
jak społeczeństwo reaguje na rosnące zjawisko "CMS" we współczesnym świecie. 

W Polsce, kraju katolickim, zasady tolerancji mają długą i chlubną tradycję. Tym
należy tłumaczyć najczęściej milczącą akceptację dla coraz większej agresji ze
strony celebrytów, a nawet pewien stopień akceptacji dla nich. Celebryta z
ociekającym krwią świńskim ryjem na tacy w niczym nie zmienił stosunku
publiczności do anteny, która będąc stałym miejscem terapii chorego na "CMS",
jest wciąż masowo oglądanym medium. Z tą samą spolegliwością od 20 lat ludzie
kupują pewną gazetę (a teraz i jej internetowe wydanie), która opluwa Polskę,
jej historię, tradycję i obywateli. Społeczeństwo zachowuje nie tylko spokój,
ale powtarza to, co celebryta powiedział. Ludziom z "CMS" wierzy się tak, jakby
byli całkowicie zdrowi na umyśle i wręcz upoważnieni do roli, jaką pełnią po
drugiej stronie ekranu. 

PS
Wyjątkowo, z okazji 200. felietonu na łamach "Naszego Dziennika", pozwoliłem
sobie na nieco ironii.

Wojciech Reszczyński

Autor jest komentatorem Programu 3 Polskiego Radia.

drukuj