Cena prawdy

Mało które wydarzenie tak zaważyło na naszej historii jak mord katyński i
mało które zostało tak skąpo opisane przez literaturę. Tę dysproporcję zauważył
i znakomicie opisał przed laty Jacek Trznadel, który szukał przyczyn takiego
stanu w wyjątkowym charakterze zbrodni katyńskiej, jak i niechęci, a nawet lęku
intelektualistów w Polsce i na Zachodzie do angażowania się w sprawę, która z
rozmaitych powodów wydawała im się niebezpieczna. Stąd tak niewielu
pisarzy-świadków Katynia, którzy odważyli się tam pojechać w 1943 roku i zdać
relację z miejsca kaźni, a potem przypominać o ofiarach i katach. Tym też dla
nas ciekawsze są owe nieliczne relacje, a losy ich autorów to przykład ceny,
jaką płacono za głoszenie prawdy o zbrodni katyńskiej.

Ferdynand Goetel był do wybuchu II wojny światowej jednym z najpopularniejszych
i najbardziej cenionych pisarzy polskich. W latach 30. był też prezesem Pen
Clubu i Związku Zawodowego Literatów Polskich. W młodości sympatyk partii
socjalistycznej, po wybuchu I wojny światowej został internowany przez Rosjan i
zesłany do Taszkientu. Tam był świadkiem rewolucji bolszewickiej, o której
przerażających i groteskowych zarazem rezultatach pisał w znakomitych
wspomnieniach oraz opowiadaniach. Uznanie przyniosły mu nieszablonowe relacje z
podróży do Islandii, Egiptu oraz Indii, a także nowatorska powieść "Z dnia na
dzień", tłumaczona na wiele języków. Z eskapady do Indii Goetel wrócił
przekonany o swojej przynależności do Zachodu. Z kolei obserwacja tego, co
działo się w Europie lat 30., kazała mu opowiedzieć się po stronie jakiejś
wersji polskiego faszyzmu, w którym widział jedyne remedium na zagrażający
Polsce komunizm. Napisał o tym nawet w 1938 roku książkę "Pod znakiem faszyzmu",
jednak z zasadniczych jej wniosków szybko się wycofał.
Po wybuchu II wojny Goetel pozostał w Warszawie. Brał udział w obronie miasta,
redagował odezwy do jego mieszkańców, organizował opiekę dla uchodźców, pisał
przemówienia dla prezydenta Stefana Starzyńskiego. Po upadku stolicy bardzo
aktywnie działał na rzecz pomocy pisarzom polskim. To on był pomysłodawcą
słynnej Kuchni Literatów przy ulicy Foksal w Warszawie, w której stołowała się
elita literacka i która była zarazem przykrywką dla konspiracji. Za odmowę
podpisania volkslisty Goetel wylądował na jakiś czas w więzieniu na Pawiaku.
Pisarz współpracował też z konspiracją piłsudczykowską, m.in. wydawał wraz z
reżyserem Wilamem Horzycą pismo "Nurt".
Goetel znalazł się w pierwszej zaproszonej przez Niemców grupie przedstawicieli
polskiego społeczeństwa, która 11 kwietnia 1943 r. znalazła się w Katyniu. Nie
była to decyzja łatwa, nie wszyscy zaproszeni przez bądź co bądź okupanta
zgodzili się jechać na miejsce mordu. "Rządził tu lęk przed uwikłaniem się w
sprawę, której groźną powagę odczuwali wszyscy, a każdy chciał jej zejść z
drogi" – wspominał po latach Goetel. Był w pełni świadomy, że Katyń będzie
groźny dla wszystkich, którzy go dotkną, i że "cokolwiek byśmy tam spostrzegli,
czekał nas atak, niemiecki lub bolszewicki". Udawał się więc na miejsce zbrodni
bez złudzeń, ale i bez strachu, po konsultacjach z grupą pisarzy warszawskich,
mając na to zgodę polskiego podziemia. "Niech Goetel jedzie, ale niech nie da
się nabrać", miano mu przekazać.
Wizyta w Katyniu wstrząsnęła pisarzem. Nie miał wątpliwości ani co do winnych
zbrodni, ani co do jej znaczenia. Uderzyły go nie tylko skrytobójczy i zarazem
monstrualny rozmiar mordu typowego dla "czasów pogardy", ale i całkowite
milczenie, z jakim się ten mord spotykał. Goetel zobaczył też w Katyniu esencję
komunizmu, jego nieludzkość, i zrozumiał, jak wielkim ta zbrodnia będzie
zobowiązaniem dla Narodu. "Nie wiem, czy Polska, która istnieć będzie i istnieć
musi, będzie w stanie kiedykolwiek zapomnieć o tej mogile" – wspominał z
perspektywy roku 1955. Tym bardziej nie zgadzał się na przemilczanie prawdy o
Katyniu z powodów "taktycznych" (np. dobrych stosunków z Sowietami lub
Zachodem), bo oznaczało to dlań rezygnację z wartości fundamentalnych i dla
Zachodu, i dla etosu pisarskiego – prawdy i sprawiedliwości.
Po powrocie do Warszawy Goetel napisał obszerny raport na ten temat dla
Polskiego Czerwonego Krzyża. Wystukując na maszynie relację, podobno płakał.
Pisał też o Katyniu na łamach podziemnego "Nurtu", o swoich wrażeniach opowiadał
na prywatnych spotkaniach, w których brali udział pisarze i politycy. Na jednym
z nich był obecny przywódca AK generał Stefan Rowecki.
Goetel nie zgodził się na wypowiedź dla prasy niemieckiej, a mimo to spotkał się
z atakami. Próbowano dokonać na niego zamachu, zaczęły krążyć plotki, że w
nagrodę za wyjazd do Katynia dostał od Niemców butelkę wódki. Wanda Wasilewska w
moskiewskim radiu nazwała go hitlerowskim lokajem i sprzedajnym łajdakiem. Gdy
Armia Czerwona wkroczyła do Krakowa, gdzie po klęsce powstania znalazł się
Goetel, bezpieka niemal od razu zaczęła go poszukiwać. W czerwcu 1945 roku
prokurator wydał nakaz aresztowania pisarza, a miesiąc później rozesłano za nim
listy gończe. Od połowy roku przesłuchiwano też wielu pisarzy na okoliczność
montowanego procesu przeciwko Goetlowi, przy czym szczególnie interesował
przesłuchujących wyjazd do Katynia.
Świadom tego wszystkiego był sam pisarz, który ukrywał się w jednym z
krakowskich kościołów. Ceną za wolność miało być publiczne oświadczenie Goetla,
że jego zdaniem, zbrodni w Katyniu dokonali Niemcy. Na to nie było zgody i
jesienią 1945 roku pisarz przekroczył polską granicę. Gdy dotarł do Drugiego
Korpusu stacjonującego we Włoszech, został oficerem prasowym. We Włoszech
tragiczna sprawa Katynia dosięga go raz jeszcze – spisuje obszerne zeznania
Iwana Kirowoziercowa, świadka zbrodni, który miał zginąć w tajemniczych
okolicznościach w 1947 roku.
Także później, już na emigracji w Londynie, Goetel uparcie wracał do zbrodni
katyńskiej. W opublikowanym w 1951 roku na łamach emigracyjnych "Wiadomości"
szkicu "Zachód i Katyń" zauważał, że mord na polskich oficerach "zmieciony z
powierzchni ziemi nie przestał istnieć jako zagadnienie moralne, dziś najcięższe
i wciąż domagające się rozwiązania". Tłumaczył Zachodowi, że Polakom dążącym do
wyjaśnienia tej sprawy nie chodzi o mesjanizm, ale o sprawiedliwość.
Przypominając też śmierć Kriwoziercowa, zauważał, iż jest ona "próbą posiania
lęku i zdławienia każdego człowieka, który przezwycięża zmowę milczenia" wokół
Katynia. W roku 1952 Goetel złożył obszerne zeznania dla amerykańskiego
Kongresu. "Odnieśliśmy wrażenie, że to była robota Rosjan" – powiedział.
Cena, jaką Goetel zapłacił za swoją postawę wobec Katynia, była bardzo wysoka:
odcięcie od rodziny, samotność i życie w skrajnej biedzie, fałszywe oskarżenia o
kolaborację i hitleryzm, usuwanie w PRL jego książek z bibliotek i kierowanie
ich na przemiał, a co za tym szło – wymazywanie jego nazwiska z podręczników
literatury polskiej i z narodowej pamięci. Dopiero w 1989 roku polski Pen Club
uznał wszelkie oskarżenie Goetla o kolaborację za bezzasadne. Jeden ze "świadków
obrony" powiedział wówczas: "Pomówienie o kolaborację nie jest plamą na honorze
Goetla. Jest plamą na honorze każdego Polaka, który wiedział, a milczał".

"Straszliwe oskarżenie bolszewizmu"
Z Goetlem w Katyniu znalazł się Jan Emil Skiwski. Młodszy o kilka lat od Goetla
także świetnie znał Rosję, w której spędził młodość. W II RP opublikował
błyskotliwą, wielce krytyczną książkę o Żeromskim, potem zbiór ciekawych esejów
o literaturze i religii, a także tomik wierszy. Uznawał się za intelektualnego
heretyka, outsidera i niezależnego klerka jednocześnie. Tym tłumaczył swoje
zaskakujące dla wielu zmiany ideowych sympatii, za co jego krytycy nazywali go
mecenasem. Najpierw był związany z prawicową "Myślą Narodową", potem z katolicką
"Tęczą", a w latach 30. związał się z liberalnymi "Wiadomościami Literackimi".
Przed wybuchem II wojny sympatyzował z prawym skrzydłem sanacji, a nawet z
faszyzmem. W czasie okupacji przebywał w Warszawie. Środowisko literackie
oburzało się jego głośno wygłaszanymi opiniami – proniemieckimi,
antykomunistycznymi i antyżydowskimi.
Do Katynia Skiwski wyjechał, nie oglądając się na żadne autorytety. Tak jak w
przypadku Goetla wizyta była dla niego ogromnym wstrząsem, o czym wypowiadał się
głośno w licznych wywiadach udzielanych polskojęzycznej prasie wydawanej przez
Niemców. "To straszliwe oskarżenie bolszewizmu przewyższa w swym okrucieństwie
wszelkie wyobrażenie" – mówił. Nie miał wątpliwości, że sprawcą mordu było NKWD,
które chciało w ten sposób zniszczyć polską elitę. "Komunizm natknął się w
osobach polskich oficerów na zagęszczony liczebnie czynnik inteligencki. Ludzie
ci przystrojeni w mundury rozumem spojrzenia ujawnili swoją łączność z kulturą i
tradycją. Mało łączność. Oni w niej tkwili. (…) Tego się z człowieka nie
wydrze i nie zastąpi sowiecką rzeczywistością. To może wymazać tylko kula".
Można się zastanawiać, czy bez wizyty w Katyniu Skiwski podjąłby się wydawania
za zgodą niemieckich władz okupacyjnych wiosną 1944 roku dwutygodnika "Przełom".
Był przekonany, że Związek Sowiecki jest znacznie większym zagrożeniem dla
Polski i Europy od Niemiec i gwałtownie krytykował antyniemiecką politykę
polskiego podziemia i rządu emigracyjnego. Po zwycięstwie Armii Czerwonej
spodziewał się najgorszego dla całego Zachodu, dlatego namawiał podziemie do
zaprzestania walki z Niemcami, jedynymi, którzy jego zdaniem, mogli powstrzymać
komunizm. Poglądy te, abstrahując od wszystkiego innego, całkowicie
nierealistyczne w 1944 roku, spotkały się ze zdecydowanym potępieniem ze strony
prasy podziemnej, a sam Skiwski – z bojkotem części środowiska literackiego. W
styczniu 1945 roku opuścił Polskę i pod przybranym nazwiskiem przebywał w
obozach dla uchodźców w Niemczech, potem we Włoszech, wreszcie w 1948 r. przybył
do Caracas, gdzie po paru latach zmarł w całkowitym zapomnieniu.
Władze komunistyczne wydały za nim list gończy już w połowie 1945 roku i
gromadziły materiały do procesu. Ostatecznie odbył się on w roku 1949 i
zakończył zaocznym wyrokiem dożywocia za współpracę z okupacyjną prasą
niemiecką. Innym sposobem ukarania Skiwskiego było też wycofywanie jego książek
z bibliotek i wymazywanie jego imienia z podręczników literatury. Z represjami
spotykała się jego rodzina w kraju. Mimo że pisarz zmarł w roku 1956, dotyczącą
go sprawę "agenturalno-poszukiwawczą" zamknięto trzy lata później. Pierwszy
wybór jego szkiców literackich mógł się ukazać czterdzieści lat później – w roku
1999.

Komunistyczne jądro ciemności
W maju 1943 roku do Katynia dotarł też Józef Mackiewicz, dzisiaj zaliczany do
najwybitniejszych polskich pisarzy XX wieku, wówczas znany przede wszystkim jako
publicysta i reportażysta, autor głośnego zbioru "Bunt rojstów". Wizyta w
Katyniu była dlań wydarzeniem przełomowym – sprawie mordu na polskich oficerach
miał odtąd poświęcić wiele ważnych i znakomitych tekstów. Po latach pisarz
powiedział nawet, iż począwszy od roku 1943 był ponad wszystko badaczem mordu
katyńskiego. Jak zauważył Jacek Trznadel, dla Mackiewicza Katyń był
komunistycznym "jądrem ciemności", a to, co tam zobaczył, stało się dla niego
najważniejszym argumentem przeciwko komunizmowi. W Katyniu pisarz zrozumiał więc
ostatecznie, na czym polegał horror sowieckiego ludobójstwa: na zbrodni na
człowieku, ale też na prawdzie, bo w kłamstwie pisarz widział jedną z
najważniejszych i najnikczemniejszych cech bolszewizmu. Dlatego Mackiewicz nie
zgadzał się na przemilczanie i bagatelizowanie prawdy o Katyniu, dlatego tak
uporczywie o nim przypominał.
Do Katynia pisarz udawał się za zgodą Armii Krajowej – jej wileńskim
przedstawicielom zdał potem relację ze swojego pobytu w miejscu zbrodni.
Udzielił też wywiadu gadzinowemu wileńskiemu "Gońcowi Codziennemu". "Osobiście
nie mam najmniejszej wątpliwości, żadnej absolutnie wątpliwości, że zamordowani
zostali przez bolszewików" – mówił i dodawał: "(…) najszersze warstwy naszego
narodu, jak zresztą wszystkich narodów, powinny zrozumieć głębszy sens i
niebezpieczeństwo bolszewizmu. (…) Sięgamy tu jednak w dziedzinę okropności.
Dla obcych być ona może źródłem sensacyjnych dreszczów. Dla Polaków winna być
sprawą ich wewnętrznej przeżywanej dziś męki".
Po ucieczce na Zachód Mackiewicz wiele razy wracał do sprawy Katynia.
Najważniejszy był opracowany przez niego zbiór "Zbrodnia katyńska w świetle
dokumentów" z roku 1948 oraz napisany po niemiecku i wydany w roku 1949 "Katyń –
zbrodnia bez sądu i kary", którego polska wersja ukazała się dopiero w 1997
roku. Mackiewicz ogłosił też kilkadziesiąt szkiców na temat zbrodni katyńskiej,
od klasycznych "Dymów nad Katyniem" poczynając. Wspomniany Jacek Trznadel
zauważył, że bez tych tekstów – z ich poruszającymi, skupionymi na "ludzkim"
detalu opisami – musielibyśmy dzisiaj mówić: "Pisarza przy tym nie było". "Gdyby
nie Józef Mackiewicz, o ile ciszej byłoby nad tym grobem!" – dodaje trafnie
Grzegorz Eberhard, przypominając zarazem o kłopotach, jakie pisarz miewał z
publikacją tych tekstów na emigracji.
Pobyt Mackiewicza w Katyniu w 1943 roku i jego wywiad udzielony "Gońcowi
Codziennemu" stały się też od razu powodem tyleż absurdalnych, co groźnych
oskarżeń o kolaborację z Niemcami, formułowanych zarówno w kraju, jak i na
emigracji. Włodzimierz Bolecki, obszernie komentując zaciekłość, z jaką
Mackiewicza atakowano za Katyń, zwraca uwagę, że swoje odegrali tu komuniści,
ale też część kierownictwa AK. Informacje o sowieckim ludobójstwie uderzały
bowiem w propagandę przedstawiającą III Rzeszą jako największego wroga Polski, a
Związek Sowiecki jako jej sojusznika. Inni (Eberhard, a wcześniej Odojewski)
zastanawiali się nad udziałem komunistycznych sowieckich służb specjalnych w
nagonce na Mackiewicza, niewygodnego świadka i zarazem strażnika prawdy o
komunistycznej zbrodni nad zbrodniami.

"Widziałem doły katyńskie"
Warto pamiętać, że do Katynia przybywali też pisarze europejscy. Jednym z
najbardziej znanych był Robert Brasiliach – widać go na odnalezionym niedawno
filmie z Katynia. Świetnie się zapowiadający powieściopisarz i krytyk literacki
oraz filmowy młodego pokolenia przed II wojną był związany z konserwatywną
prawicą, potem zbliżył się do swoiście rozumianego faszyzmu. Związany z pismem
"Je suis partout" Brasillach popierał w czasie wojny ideę współpracy Francji z
III Rzeszą, przekonany o słabości swojej ojczyzny i o tym, że tylko sojusz z
Hitlerem pozwoli jej odzyskać dawną potęgę i obroni przed bolszewizmem. Do
Katynia Brasillach dotarł w czerwcu 1943 roku. W ogłoszonej niedługo potem
relacji opisywał fizyczny wstrząs, jakiego doznawał, obserwując trupy
pomordowanych oficerów, a przede wszystkim czując "potężny, czarny i ostry
odór", który "atakuje, okrąża" i który pozostawia po sobie "niemożliwą do
nazwania tłustą i cuchnącą pamiątkę". Sugestywnie portretując makabryczny widok
grobów i szczątków ofiar, Brasillach nie miał wątpliwości, że winnym był "kat
sowiecki". W katyńskim cmentarzysku widział też przedsmak tego, co działoby się
z Europą w razie zwycięstwa w niej bolszewizmu: "Odór Katynia rozchodziłby się
wówczas od Fontainebleau albo od Loary".
Po wkroczeniu do Paryża w 1944 roku wojsk alianckich Brasillach przez jakiś czas
się ukrywał, ale kiedy wzięto jego matkę jako zakładniczkę, oddał się w ręce
władz. Po trwającym zaledwie dwie godziny procesie 19 stycznia 1945 r. skazano
go za współpracę z Niemcami (faktycznie za pisane w czasie wojny artykuły) na
karę śmierci przez rozstrzelanie. Wyrok wykonano 6 lutego mimo wielu apeli
kierowanych do generała de Gaulle’a przez wybitnych francuskich pisarzy.
Egzekucja 36-letniego Brasillacha była wyjątkiem i do dzisiaj trwa spór wśród
historyków, na ile na decyzji de Gaulle’a zaważyła sprawa Katynia. Prasa
komunistyczna, nie mogąc mu zapomnieć jego antykomunizmu, oskarżała Brasillacha
o udział w "wielkim i makabrycznym widowisku urządzonym przez Goebbelsa
przeciwko Sowietom", a w sprawie egzekucji pisarza miał interweniować sam
ambasador sowiecki we Francji. Francuski pisarz musiał o tym wiedzieć, ale w
przygotowanym na okazję procesu memorandum stwierdzał, że o Katyniu napisał to,
co tam naprawdę zobaczył. Alice Kaplan, autorka wydanej jakiś czas temu książki
o procesie Brasillacha, uważa, iż mówienie, że Katyń zdecydował o śmierci
pisarza, jest "prawicową legendą", ale my, którzy znamy losy polskich
pisarzy-świadków Katynia, jesteśmy od takiego gestu dalecy.
Świadkowie takich zbrodni są niebezpieczni dla morderców i ich popleczników.
Dlatego trzeba ich zabić, a jeżeli się to nie uda, zastraszyć, zniszczyć,
zniesławić, a potem z pogardą zepchnąć w zapomnienie.

Autor jest historykiem literatury polskiej, krytykiem literackim, pracownikiem
naukowym UJ, redaktorem dwumiesięcznika "Arcana", autorem wielu książek, m.in.
"Człowiek z głębszego podziemia. Życie i twórczość Jana Emila Skiwskiego",
"Prawą stroną literatury polskiej. Szkice i portrety".

 

Dr hab. Maciej Urbanowski
 

drukuj