Komisarz lewicowego kompromisu
Przewodniczący Komisji Europejskiej, swoisty "premier unijnego rządu", to
jedna z najbardziej wpływowych osób na świecie. Stoi na czele organu
zarządzającego budżetem w wysokości 130 miliardów euro i wydającego dyrektywy
bezpośrednio dotyczące pół miliarda Europejczyków. Funkcję tę sprawuje
oportunistyczny biurokrata i były marksista, łatwo dający się sterować swoim
francuskim i niemieckim kolegom.
Popularna internetowa Wikipedia określa ugrupowanie José Barroso mianem
"konserwatywnego". W czerwcu 2004 roku wielu umiarkowanych komentatorów z
satysfakcją odnotowało wybór Portugalczyka na stanowisko szefa głównego organu
wykonawczego Unii Europejskiej. Miał reprezentować kierunek odmienny od
lewicowego Romana Prodiego. Jednak swoją kadencję zainaugurował wydarzeniem
przykrym dla katolickiej opinii w Europie, gdy wycofał kandydaturę Rocco
Buttiglionego na komisarza spraw wewnętrznych i sprawiedliwości z powodu
protestów laickiej lewicy przeciw tej kandydaturze.
Czerwony sztandar nad Atlantykiem
Chrześcijańska od starożytności Portugalia kojarząca się nam, być może z Fatimą
i chrystianizacją obecnej Brazylii, jest krajem, o którym Matka Boża
powiedziała, że "zawsze zachowa dogmat wiary". Ale życie polityczne tego państwa
od kilkudziesięciu lat toczy się pod sztandarem lewicy. Wprawdzie okres tzw.
Nowego Państwa podczas autorytarnych rządów Antonia Salazara i jego następców w
latach 1933-1974 cechował brak wolności politycznej, ale był to też czas pokoju
i ładu, próba praktycznej realizacji postulatów katolickiej nauki społecznej i
uchronienia państwa przed popadnięciem we wpływy sowieckie.
Rządy Nowego Państwa zostały jednak – w wyniku wojskowego zamachu stanu i przy
udziale ugrupowań lewicowych – obalone w tzw. rewolucji goździków. – Na
portugalskiej scenie politycznej nie ma tak naprawdę prawicy i jej rolę pełni
partia socjaldemokratyczna. "Rewolucja goździków" zmiotła ze sceny politycznej
wszystko, co było kojarzone z prawicą – mówi pochodzący z polsko-portugalskiej
rodziny Oswald Rodrigo Pereira. – Do dziś są miejsca, gdzie można spotkać na
murach namalowane "sierpy i młoty", hasła komunistyczne i antyrządowe.
Historyczny antagonizm Zachodu i bloku sowieckiego nierzadko zaciemnia polskie
spojrzenie na kraje, które w PRL określano w propagandowym skrócie jako
"kapitalistyczne". Wydawało się oczywiste, że skoro Wschód jest lewicowy, to
Zachód musi był "prawicą". Nic bardziej mylnego. Współczesne podziały polityczne
w Europie są znacznie bardziej złożone i lewica, również w bardzo skrajnym
wydaniu komunistycznym, zawsze była w nich obecna i nigdy nie została pozbawiona
wpływów. – Był okres, zaraz po "rewolucji goździków", gdy można było zabłysnąć
na salonach tylko dlatego, że było się w Moskwie i uścisnęło rękę I sekretarza –
opowiada Pereiro. O ile beatyfikacja męczenników hiszpańskich otworzyła oczy
wielu na dramat tzw. rewolucji hiszpańskiej i skutki władzy proradzieckiej
dyktatury, to rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że podobny kierunek groził też
w latach dwudziestych XX w. Portugalii. Przedstawiane przez współczesną lewicową
propagandę jako dyktatorskie i totalitarne rządy Salazara, podobnie jak generała
Franco w Hiszpanii, były przede wszystkim adekwatną formą obrony przed tym
zagrożeniem.
Kariera "prawicowego" maoisty
Urodzony 23 marca 1956 roku w Lizbonie José Manuel Durčo Barroso rozpoczął
karierę polityczną jeszcze jako student prawa, gdy zaangażował się w działalność
Rewolucyjnego Ruchu Portugalskiego Proletariatu, partii o przekonaniach
maoistycznych, obecnie wciąż funkcjonującej pod nazwą Komunistyczna Partia
Portugalskich Robotników. Maoizm to postać ideologii marksistowskiej jeszcze
bardziej radykalna niż poglądy Lenina i Trockiego. Stworzona przez chińskiego
dyktatora Mao Tse-tunga rewolucyjna koncepcja zakładała zupełne przeobrażenie
społeczeństwa w oparciu o masy chłopów i ubogich, rządy oparte na terrorze.
Sympatia do takiego sposobu myślenia u przyszłego czołowego polityka
europejskiego pozostała jeszcze długo po oficjalnej zmianie poglądów na bardziej
umiarkowane. Już po wstąpieniu do Partii Socjaldemokratycznej, do której należy
do dzisiaj, mówił o sprzeczności interesów robotników i studentów w duchu teorii
walki klasowej, a – choć był wówczas wykładowcą uniwersyteckim – o systemie
edukacyjnym wypowiadał się jako o "burżuazyjnym przeżytku". Jeszcze dziś Barroso
z sentymentem wspomina swój dawny "rewolucyjny entuzjazm".
– Bardzo duża część społeczeństwa portugalskiego cechuje się pewną apatią
polityczną – ocenia nasz rozmówca. W kraju, w którym scena polityczna
zdominowana jest przez ugrupowania różnych odcieni socjalistów i komunistów,
łatwo było piąć się po kolejnych szczeblach kariery partyjnej komuś takiemu jak
Barroso. Młody specjalista w dziedzinie prawa międzynarodowego skoncentrował się
na sprawach stosunków zewnętrznych. W wieku 29 lat został doradcą wiceministra
ds. polityki zagranicznej, dwa lata później sekretarzem stanu, a w 1992
ministrem. Był w tym okresie zaangażowany w – niestety nieudane – próby
zakończenia wojny domowej w Angoli. Z kolei jego silne poparcie dla
niepodległości innej byłej portugalskiej kolonii – Timoru Wschodniego,
spowodowało raczej wzrost napięcia w tamtym regionie.
Ukoronowaniem politycznej aktywności Durčo Barroso (jak mówią o nim w ojczyźnie)
przed przeniesieniem się do Brukseli było stanowisko premiera, które piastował
od kwietnia 2002 do lipca 2004 roku. Był to okres raczej trudny dla gospodarki
portugalskiej. Oszczędnościowa polityka rządu koalicji socjalistów i
socjaldemokratów nie przyniosła oczekiwanego spadku deficytu budżetowego ani
zmniejszenia bezrobocia. Poparcie dla gabinetu znacząco spadło, a tworzące rząd
partie poniosły klęskę w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 roku.
Administrator superpaństwa
W tej sytuacji nie wydawało się, by premier Portugalii mógł liczyć na jakiś
poważniejszy sukces. Tymczasem jednak dobiegała końca kadencja Komisji
Europejskiej pod przewodnictwem Romano Prodiego i szukano jego następcy. Był to
w UE okres zmian i zamieszania. Kilka miesięcy wcześniej, 1 maja 2004 roku,
doszło do największego w dziejach wspólnoty rozszerzenia (m.in. o Polskę i kraje
naszego regionu), trwał również skomplikowany i niepewny proces ratyfikacji
traktatu konstytucyjnego zakończony ostatecznie jego odrzuceniem. Poszukiwano
kandydata kompromisu, sprawnego administratora, strażnika dotychczasowego układu
sił, który zapewnia dominującą rolę grupie dużych państw tzw. starej Unii.
Do tej roli nadawał się Barroso. Jego lewicowość ułatwiła akceptację przez
przedstawicieli państw Unii rządzonych wówczas przez chadeków, socjaldemokratów,
socjalistów i liberałów (m.in. Niemiec, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii),
natomiast deklarowana chadeckość skłaniała do poparcia europejskiej prawicy
(rządzącej m.in. we Francji i Włoszech). Pochodził z kraju od dawna
uczestniczącego w procesie integracji, ale jednocześnie małego i peryferyjnego,
co mogło sugerować, że zadba o interesy także innych państw tego typu.
Barroso został wybrany na przewodniczącego Komisji Europejskiej 29 czerwca 2004
roku, a urząd objął 1 listopada. Jego pierwsza kadencja upłynęła pod znakiem
kolejnych prób ustanowienia w Unii konstytucji i nadania tym samym wspólnocie
osobowości prawnej. Po fiasku ratyfikacji traktatu konstytucyjnego pojawiła się
propozycja tzw. traktatu reformującego (zwanego też lizbońskim), który po
licznych perturbacjach ostatecznie wszedł w życie 2 grudnia ubiegłego roku.
Ale traktat był właściwie jedynym "sukcesem" unijnej biurokracji w tym czasie.
Komisja pod kierunkiem Barroso prowadziła dotychczasową politykę na rzecz
dalszej integracji państw członkowskich, postępującej regulacji i unifikacji w
ramach Unii m.in. w dziedzinie podatków i praw socjalnych. Przy tak określonych
priorytetach trudno było mówić o podjęciu wysiłku na rzecz modernizacji i
zwiększenia konkurencyjności naszego obszaru w myśl tzw. Strategii Lizbońskiej.
Interesy Niemiec i Francji były ważniejsze niż solidaryzm europejski (co
odczuliśmy w postaci bierności Komisji w odniesieniu do projektu Gazociągu
Północnego) i polityka wspierania inwestycji w regionach rozwojowo zapóźnionych,
jakich wiele jest na terenie państw – nowych członków.
Koniec kadencji Komisji Barroso to przede wszystkim okres starań o reelekcję. To
czas zdobywania taniej popularności przez popieranie różnych wątpliwych
inicjatyw w duchu politycznej poprawności i liberalnego rozumienia postępu.
Ten niezmienny paradygmat brukselskiego establishmentu od kilkudziesięciu lat
nie prowadzi jednak do rozwiązania głównych problemów Europy. Wskaźniki wzrostu
gospodarczego spadają praktycznie cały czas od 10 lat, a bezrobocie rośnie;
obniżającej się konkurencyjności w stosunku do USA i państw azjatyckich
towarzyszy zapaść demograficzna, powstrzymywana tylko przez ogromną imigrację,
ale ta z kolei powoduje rozliczne napięcia na tle różnic kulturowych,
cywilizacyjnych i religijnych. Kryzys finansów w Grecji i groźba jego
rozszerzenia stawiają pod znakiem zapytania dalsze trwanie unii walutowej. Jaką
wizję dla mającej 500 mln mieszkańców Europy może przedstawić urzędnik o
poglądach tak ogólnych i umiarkowanych, że trudno określić, jakie one są?
Piotr Falkowski
