Czekiści wespół z „Bezbożnikiem”

Jak wiadomo, na pierwszym miejscu wśród grzechów głównych jest pycha. Cóż
to jest pycha? Najłatwiej określić ją przez jej przeciwieństwo, jakim jest
pokora, czyli z jednej strony pozbawiona przesady, a z drugiej – pozbawiona
kompleksów ocena własnej osoby, własnych zalet, zdolności, możliwości i tak
dalej. Mówiąc inaczej, pokora jest inną nazwą mądrości, której ideałem, według
starożytnych mędrców, było poznanie samego siebie. W takim razie pycha jest
rodzajem głupoty – i ten właśnie rodzaj zademonstrowali uczestnicy nocnej
manifestacji na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Ich głupota objawiła się w
postaci ostentacyjnego demonstrowania poczucia wyższości nad przeciwnikami –
chociaż ani sposób argumentacji, ani poziom i jakość konceptów niczego takiego
nie uzasadniały. "Nikt nie jest zadowolony ze swojej fortuny, każdy – ze swego
rozumu" – zauważył książę Franciszek de La Rochefoucauld. Można do tego dodać,
że stopień tego zadowolenia jest tym wyższy, im mniejsza jest zdolność do
samokrytycyzmu. Krótko mówiąc – im większy dureń, tym bardziej z siebie
zadowolony.

Ale skoro zgodnie z Konstytucją "każdy", a więc również dureń, może zostać u
nas nawet prezydentem, to tym bardziej może demonstrować. Dziury w niebie od
tego nie będzie, więc skoro demonstracja się odbyła, warto wykorzystać ją dla
celów poznawczych. Samymi demonstrantami zajmować się nie ma sensu, po pierwsze
dlatego, że sądząc po jej przebiegu, odsetek durniów musiał być wśród nich
wyjątkowo wysoki, a wiadomo, iż dureń niczego interesującego powiedzieć nie jest
w stanie. Po drugie dlatego, że rodzaj konceptów, a przede wszystkim główny
postulat demonstrujących ("krzyż do kościoła"), najwyraźniej musiał być efektem
instrukcji przekazanej demonstrującemu aktywowi przez oficerów prowadzących – bo
chyba nikt nie ma wątpliwości, że demonstracja była naszpikowana konfidentami
niczym ciasto rodzynkami. Za komuny aktyw skrzykiwał się na stadionowe
manifestacje przeciwko "warchołom" po linii partyjnej i alarmowo – przez SB, a
teraz – przez internet.
Znacznie ciekawsza jest reakcja żydowskiej gazety dla Polaków, której
manifestacja na Krakowskim Przedmieściu bardzo się spodobała właśnie jako
zabawa. A manifestanci bawili się m.in. tak: "Precz z krzyżami, mochery
[pisownia oryginalna – S.M.] na stos!". Nie ulega wątpliwości, że określenie "mochery"
w stosunku do tradycyjnych, nie salonowych katolików, ma charakter pogardliwej
inwektywy, mniej więcej takiej samej, jak np. w stosunku do Żydów – "gudłaje".
Ale nikt chyba nie wątpi, że gdyby uczestnicy tej czy jakiejś innej manifestacji
wznieśli w którymś momencie okrzyk: "Gudłaje do pieca!", to "Gazeta Wyborcza", a
za nią cała "prasa międzynarodowa" chyba udławiłyby się z oburzenia własnym
językiem. Okazuje się tedy, że standardy moralne wyznawane w tym środowisku są
uwarunkowane rasowo: "mochery na stos!" – to jajcarstwo i świetna zabawa, a
"gudłaje do pieca!" – to zbrodnia. Wygląda na to, że od czasów bluźnierczych
parodii antychrześcijańskich urządzanych w Sowietach przez czekistów
wykorzystujących "organizatorską rolę" redakcji "Bezbożnika" wydawanego przez
Związek Wojujących Bezbożników pod kierownictwem Minieja Izrailewicza Gubelmana,
ten sposób myślenia nie zmienił się ani na jotę. Skąd takie poczucie wyższości u
handełesów? Oczywiście zgromadzona na Krakowskim Przedmieściu smarkateria,
łykając komplementy starszych i mądrzejszych ("Jesteście wspaniali, kocham
was!"), nawet się tego nie domyśla – ale właśnie dlatego jest i będzie rolowana
od przodu i od tyłu przez cwaniaków, bo ta socjotechnika jest taka skuteczna
przede wszystkim wobec durniów.
Pojutrze będziemy obchodzili 90. rocznicę Bitwy Warszawskiej, stanowiącej
przełomowy moment w zwycięskiej wojnie z bolszewikami. Bitwy, która jeśli nawet
nie ocaliła cywilizacji europejskiej przed bolszewickim rakiem, to przynajmniej
opóźniła jej agonię o sto lat. Jaką naukę z tamtego wydarzenia możemy wyciągnąć
dzisiaj? Czy przypadkiem nie taką, że – po pierwsze – wrogowie istnieją
naprawdę, a po drugie – że z wrogami nie wolno bawić się w żadne kompromisy,
umizgi ani "dialogi", tylko walczyć. Na śmierć i życie.
 

Stanisław Michalkiewicz

drukuj