Rosjanie wypytują o polskie śledztwo

Z senator RP Alicją Zając, wdową po senatorze Stanisławie Zającu,
który zginął w katastrofie samolotu pod Smoleńskiem, rozmawia Mariusz
Kamieniecki

Zapoznała się Pani z aktami dotyczącymi ustaleń śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej?

Niestety, jeszcze nie. Prawdę mówiąc, nikt mi tego dotychczas nie
zaproponował. Mam zamiar zrobić to w najbliższym czasie, w trakcie
wakacyjnej przerwy w pracach Senatu. Natomiast przesłuchiwała mnie
ostatnio prokuratura wojskowa w ramach pomocy prawnej dla strony
rosyjskiej. Byłam też zdziwiona, kiedy pani prokurator w pewnym momencie
zapytała mnie, czy byłam już przesłuchiwana w polskim śledztwie, które
jest prowadzone równolegle.

Czego dotyczyło to przesłuchanie?

Odpowiadałam na kilka pytań przesłanych przez stronę rosyjską.
Dotyczyły one osoby mojego zmarłego męża i mojej ewentualnej wiedzy na
temat samej katastrofy. Było to bardzo krótkie, trwające niespełna
godzinę przesłuchanie.

W związku z niedawną katastrofą
izraelskiego śmigłowca w Rumunii premier Beniamin Netanjahu wysłał na
miejsce elitarną jednostkę ratunkową w celu odnalezienia ciał,
sprowadzenia ich do Izraela i zabezpieczenia szczątków rozbitej maszyny,
tak by żadna jej część nie wpadła w niepowołane ręce. Tymczasem rząd
Donalda Tuska na własne życzenie oddał śledztwo w ręce Rosjan, a wrak
tupolewa dziś niszczeje pod Smoleńskiem…

– To tylko pokazuje,
jak do sprawy podeszły polskie władze. Byłam przekonana, że osoby
pełniące funkcje publiczne, najwyższe urzędy w państwie – osoba
prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego żony, posłowie, senatorowie,
ministrowie, prezydent Ryszard Kaczorowski, a więc osoby historycznie i z
racji zajmowanych urzędów oraz zasług bardzo ważne dla Polski i jej
pozycji w świecie – zasłużyły sobie na więcej troski po śmierci i
wyjaśnienie przyczyn tej katastrofy. Tymczasem bardzo się rozczarowałam.
Czy to, że już nie żyli, upoważniało kogoś do pozostawienia ich na
pastwę losu? Nawet kiedy jako rodziny przybyliśmy do Moskwy w celu
identyfikacji zwłok, byliśmy w procedurze, którą ktoś za nas ustalił.
Jako rodziny nie mamy też wpływu na przebieg śledztwa. Możemy jedynie
pytać, dociekać, interweniować – i na pewno nie zrezygnujemy z tego
prawa. Na razie spotkania, rozmowy z różnymi osobami są jeszcze bardzo
bolesne, zwłaszcza że w wielu okolicznościach niezwiązanych z katastrofą
smoleńską wywołuje się ten temat. Myślę, że jest to przykre także dla
wielu innych krewnych ofiar. Mam nadzieję doczekać czasu, kiedy sprawa
ta zostanie naprawdę rzetelnie wyjaśniona. Mijają cztery miesiące od
katastrofy, a my jesteśmy w punkcie wyjścia. Powiedziałabym, że jest
nawet gorzej, bo wprawdzie wiemy więcej, ale ta wiedza nie daje nam
spokoju i nie przybliżyła nas do prawdy.

Część rodzin
smoleńskich chce uzyskać pewność, czy w trumnach, które
przetransportowano do Polski, rzeczywiście są ciała ich bliskich. Pani
nie udało się w Moskwie zidentyfikować ciała męża. Wystąpi Pani z
wnioskiem o ekshumację?

– Każda rodzina podchodzi do tego na swój
sposób. Ja na razie nie rozważam takiego kroku. Staram się o tym nie
myśleć. Wiem, gdzie jest jego dusza, wierzę, że jest w gronie
zbawionych, i to łagodzi mój ból, który wciąż jest. Dlatego nie rozważam
kwestii związanych niejako z doczesnymi szczątkami mojego męża.
Natomiast, podobnie zresztą jak inne rodziny ofiar tej tragedii,
interesuje mnie wyjaśnienie wszystkich okoliczności, które do niej
doprowadziły. Zależy mi również na tym, by wokół całej tej sprawy
zrobiło się bardziej rzeczowo, a mniej głośno.

Jak ocenia Pani dotychczasowe działania polskich władz w zakresie wyjaśnienia katastrofy z 10 kwietnia?

Życzylibyśmy sobie, aby całe to postępowanie przebiegało szybciej i
bardziej sprawnie. Trudno mi jednak zagłębiać się w szczegóły, bo nie
jestem prawnikiem. Natomiast osobiście uważam, że błędem było
niewłączenie się od samego początku polskiej strony we wszystkie
działania i oddanie śledztwa w ręce strony rosyjskiej. To spowodowało,
że wciąż jesteśmy w roli petenta, a nie pełnoprawnego uczestnika
postępowania. Z tego z kolei wynikają wątpliwości na temat wartości i
rzetelności przekazywanych przez Rosjan informacji, o które, niestety,
musimy się dopominać. To niedopuszczalne. Myślę, że kiedyś te
zaniechania polskich władz zostaną ocenione w sposób właściwy.
Chciałabym natomiast możliwie jak najszybciej poznać i czekam cierpliwie
na efekty śledztwa – oby one satysfakcjonowały zarówno mnie, jak i
pozostałe rodziny.

Według Jarosława Kaczyńskiego, po tym, co
się wydarzyło w związku z katastrofą smoleńską, w żadnym cywilizowanym
kraju rząd nie miałby racji bytu. Tymczasem rząd nie ma sobie nic do
zarzucenia…

– Mimo iż jestem senatorem RP, nie czuję się do
końca politykiem. Dlatego ocenę działań rządu pozostawiam wyborcom i mam
nadzieję, że oni sprawiedliwie to osądzą. Natomiast na pewno mogę
powiedzieć, że nie przyłożono należytej wagi do rangi tej wizyty z
udziałem głowy państwa już przy jej organizacji, jak i później do
odpowiedniego zabezpieczenia i troski o ciała ofiar, ich pamięć i
wyjaśnienie sprawy. Osobiście jako rodzina ofiary smoleńskiej katastrofy
nie czuję się opuszczona, ale jak sądzę, wynika to z funkcji, jaką
przyszło mi pełnić, i życzliwości środowiska, w jakim przebywam. Wydaje
mi się, że zarówno dla mnie, jak i dla wielu rodzin największym
komfortem byłoby, gdyby sprawa została zamknięta i żebyśmy mogli zaufać
tym czynnikom, które to wyjaśniają, że to zostało zrobione rzetelnie.
Dotychczas takiej pewności nie mamy.

Jak ocenia Pani działalność Parlamentarnego Zespołu ds. Wyjaśnienia Katastrofy Smoleńskiej?

Jestem członkiem tego zespołu i cenię sobie jego rolę. Spośród członków
tego zespołu jestem też jedyną osobą, która osobiście została dotknięta
tą tragedią. Dlatego uczestnictwo w jego pracach, słuchanie wszystkich
informacji prokuratorów czy innych osób jest dla mnie dość bolesnym
doświadczeniem. Natomiast zespół jest potrzebny i został powołany w
dobrym celu – dotarcia do prawdy.

Media pomagają czy przeszkadzają w wyjaśnianiu przyczyn i przebiegu tragicznego zdarzenia?

Myślę, że w wielu wypadkach media szukają sensacji, zapominając o
sednie sprawy, którym jest wyjaśnienie tego, co się rzeczywiście
wydarzyło w Smoleńsku 10 kwietnia br. Proszę też, by rodzin ofiar nie
traktowano jako zwykłych komentatorów. Mijają dopiero cztery miesiące od
tragedii i wszystko jest w nas jeszcze bardzo świeże. Ja nie jestem
skłonna do używania słów na wyrost, natomiast z pełną odpowiedzialnością
i powagą trzeba powiedzieć, że jest to tragedia dla państwa polskiego,
myślę, że również dla Europy, a szczególnie dla bliskich.

W
ubiegłym tygodniu „Gazeta Wyborcza” w internetowym wydaniu
nieprzypadkowo przytoczyła opinię głównego energetyka smoleńskiego
lotniska, który winą za katastrofę obarczył polskich pilotów.
Stwierdził, że „mogli po prostu zgłupieć w ostatniej chwili”.


Nawet nie próbuję sobie zaprzątać głowy takimi rewelacjami. Gdybym
sądziła, że była to wina pilotów, nie latałabym dzisiaj samolotami.
Piloci wojskowi to elita i gdybym miała wpływ na przebieg śledztwa, to
tę hipotezę odłożyłabym na sam koniec. Uważam to za najmniej
prawdopodobne.

Odzyskała już Pani rzeczy męża?

Odzyskałam, ale bardzo niewiele. Tylko dokumenty, paszport
dyplomatyczny, etui skórzane z dowodem osobistym i prawem jazdy. Ponadto
dwa obrazki z wizerunkami Ojca Pio i Miłosierdzia Bożego z modlitwą, i
to w zasadzie wszystko. Wróciły jeszcze do nas pieniądze, które na adres
domowy osobiście przywiozła nam żandarmeria wojskowa. Natomiast nie ma
telefonu komórkowego, aparatu fotograficznego i niestety, mimo że byłam
osobiście w Mińsku Mazowieckim na okazaniu rzeczy, które zostały
przywiezione z ostatnim transportem z Moskwy, nie udało mi się odnaleźć
żadnych części ubrania, garderoby, zegarka, paska czy chociażby bardzo
charakterystycznych butów, które nosił mąż.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj