Polityka pustych gestów
Bilans rządu Donalda Tuska w zakresie relacji z Rosją nie napawa
optymizmem. Wynegocjowanie niekorzystnej dla Polski umowy gazowej, puste
gesty pojednania zamiast realnego postępu w sprawie Katynia, przyjęcie
niesprzyjającego poszukiwaniu prawdy sposobu badania katastrofy
smoleńskiej, psucie polskiej kultury politycznej zarzutem rusofobii
zaczerpniętym z kremlowskiego leksykonu dezinformacji. Nie oznacza to,
że grozi nam zasadniczy regres we wzajemnych stosunkach. Trzeba wrócić
do formułowania bardziej realistycznych celów, oprzeć się na polityce
małych kroków i zadbać o utrzymanie tych relacji w rygorystycznych
ramach prawnych.
Kiedy Donald Tusk obejmował urząd premiera
po wygranych przez Platformę Obywatelską wyborach parlamentarnych w 2007
r., zapowiadał istotną pozytywną zmianę w stosunkach z Rosją. Nowy rząd
wznowił dialog polityczny z Moskwą, który uległ zawieszeniu po
„pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie. Niezadowolenie oficjalnej Moskwy z
udziału polskich polityków z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim w
pomyślnym rozwiązaniu kryzysowej sytuacji w Kijowie spowodowało długą
pauzę we wzajemnych relacjach. Prezydent Lech Kaczyński oraz rząd Prawa i
Sprawiedliwości, pomimo pewnych wysiłków podejmowanych na początku 2006
r., nie zdołali przełamać tej negatywnej tendencji. W tej sytuacji
zwycięska Platforma Obywatelska mogła wykorzystać efekt zmiany
politycznej w celu wyjścia z impasu. Dobre pomysły polityków nie
przekładają się natychmiastowo na pomyślne rezultaty w ich działaniach. W
minionych latach nastąpiło wiele zdarzeń, które rodzą niepokój.
Stosunki z Rosją stały się elementem długotrwałego konfliktu
politycznego w Polsce, a katastrofa smoleńska jest trudnym testem
efektywności państwa polskiego, a także stosunków z Rosją. Niezależnie
zatem od intencji politycznych rządu, dotychczasowe rezultaty jego
polityki w relacjach z Moskwą w dużym stopniu wynikają ze słabości
Rzeczypospolitej.
Niekorzystna umowa dla Polski
Przykładem
tej słabości jest ciągnąca się już ponad rok sprawa nowego kontraktu
gazowego. PGNiG wynegocjowało przedłużenie kontraktu na dostawy gazu z
Rosji na zasadach niekorzystnych dla Polski. Umowa zakłada monopol
Gazpromu na użytkowanie Gazociągu Jamalskiego, co jest niezgodne z
europejskimi przepisami o wolnym handlu i konkurencji. Monopol taki
uniemożliwi sprowadzanie do Polski gazu z kierunku zachodniego, np. w
sytuacji awarii. Ustalenie sztywnych cen przesyłania gazu tym
rurociągiem przekształci spółkę EuroPolGaz w przedsięwzięcie non-profit.
Polska jest jednym z ostatnich państw europejskich, które w kontraktach
z Gazpromem godzi się na zakaz reeksportu. W naszym przypadku zakaz ten
może uniemożliwić realną dywersyfikację źródeł dostaw błękitnego
paliwa. W okresie kryzysu gospodarczego Gazprom został zmuszony do
znacznych ustępstw wobec europejskich kontrahentów. Prawie wszyscy
odbiorcy gazu, oprócz Polski, wynegocjowali obniżki. W całej Unii
Europejskiej ceny za gaz spadły od 16 proc. do 25 proc., tylko u nas
wzrosły o 6 procent. Od kilku miesięcy niekorzystne dla Polski
porozumienie jest przedmiotem dziwnych zabiegów w rządzie. Niedawno
wicepremier Waldemar Pawlak postanowił podrzucić to kukułcze jajo
ministrowi Radosławowi Sikorskiemu. Zastrzeżenia wobec umowy gazowej
zgłosiła Komisja Europejska, która zdaje się bronić polskich interesów
lepiej niż nasz rząd.
Czy przełom jest potrzebny?
Tragicznie
zmarły prezydent prof. Lech Kaczyński zdawał sobie sprawę z niewielkiej
skuteczności aparatu państwowego. Dlatego uważał, że Polska w znacznie
większym stopniu niż kraje Europy Zachodniej powinna stosować w polityce
zagranicznej symbole. Stąd też bardzo intensywne kontakty z Litwą i
Ukrainą, a zwłaszcza wizyta w stolicy Gruzji w trakcie rosyjskiej
agresji na to państwo. Polityka Lecha Kaczyńskiego była w kraju
niemiłosiernie krytykowana, a nawet wyszydzana. Problem polega na tym,
że krytycy nie byli w stanie przeciwstawić polityce prezydenta
Kaczyńskiego niczego, oprócz pustych gestów. Tuż po wyborach
parlamentarnych w 2007 r. rząd Donalda Tuska zapowiedział poprawę, a
nawet przełom w stosunkach z Rosją, nie biorąc pod uwagę tego, że
relacje te nie wymagają żadnych przełomów, a jedynie wznowienia dialogu
politycznego, stopniowego i systematycznego rozwijania oraz umacniania
ich bazy prawnej. Często formułowana w Polsce teza o konieczności
poprawy stosunków z Rosją jest, moim zdaniem, błędna i prowadzi do
stawiania fałszywych celów politycznych, ulegania przymusowi pojednania.
Po rozpadzie Związku Sowieckiego relacje między naszymi państwami są
najlepsze od końca XVIII wieku. Chodzi nie tylko o to, że na terytorium
Polski nie ma już wojsk rosyjskich, lecz także o to, że nasz kraj po
zakończeniu najbardziej bolesnej fazy transformacji stał się dla Rosji
atrakcyjnym partnerem gospodarczym. Wzrost polskiego eksportu do tego
kraju następował niezależnie od okresowego wprowadzania restrykcji przez
stronę rosyjską. Polskie książki, filmy czy inne wytwory artystyczne
znajdują wielu odbiorców w warunkach ostrej konkurencji na niezwykle
bogatym rosyjskim rynku kultury. Rozwija się także współpraca naukowa.
Wszystkie te pozytywne tendencje wymagają oczywiście wsparcia ze strony
obu rządów. Konieczne jest wzmocnienie wymiaru społecznego naszych
stosunków poprzez rozwój wymiany młodzieżowej, stypendialnej i
turystycznej, ale nie są tu potrzebne żadne przełomy.
Sprawa kłamstwa katyńskiego
Negatywnie
na wzajemne stosunki wpłynęła nowa odsłona kłamstwa katyńskiego
zapoczątkowana w 2004 r. umorzeniem śledztwa prokuratury wojskowej i
utajnieniem większości jego akt. Zaskarżenie tych decyzji do sądów
rosyjskich, a następnie pozwanie Federacji Rosyjskiej przed Europejski
Trybunał Praw Człowieka było zarówno skutkiem bezradności obywateli
polskich, jak i roztropnego dbania o najlepiej pojęty interes
Rzeczypospolitej. Okoliczności te spowodowały, że przygotowaniom
obchodów 70. rocznicy zbrodni katyńskiej towarzyszyły oczekiwania wobec
strony rosyjskiej, że uczyni w tej sprawie istotny postęp. Dogodną ku
temu okazję stanowiły planowane na 10 kwietnia uroczystości w Katyniu z
udziałem Rodzin Katyńskich i prezydenta RP. W toku przygotowań miejsce
wyznaczonego na początek kwietnia spotkania premierów Donalda Tuska i
Władimira Putina zostało nieoczekiwanie przeniesione z Kaliningradu do
Katynia, a jego datę ustalono na 7 kwietnia. W ten sposób polityka
pojednania z Rosją przyjęła opaczną postać dwóch odrębnych wizyt i dwóch
oddzielnych uroczystości. Tragicznym zbiegiem okoliczności finałem
polityki dwóch wizyt okazała się katastrofa samolotu wiozącego polską
delegację z prezydentem Lechem Kaczyńskim. W atmosferze żałoby narodowej
i sympatii okazywanych Polakom przez bardzo wielu przedstawicieli
społeczeństwa rosyjskiego rząd podejmował jeszcze próby utrzymania
nadziei na pojednanie, ale brak jakiegokolwiek postępu w sprawie
katyńskiej i podtrzymanie przez rząd Federacji Rosyjskiej stanowiska
negującego tę zbrodnię przekształciło politykę rządu PO w pusty gest.
W
celu wyjaśnienia przebiegu i okoliczności katastrofy lotniczej pod
Smoleńskiem rząd przyjął stanowisko, które skutkuje przekazaniem
większości materiału dowodowego dziwnej instytucji – Międzypaństwowemu
Komitetowi Lotniczemu. Badanie przyczyn katastrofy oraz śledztwo
prokuratorskie w Polsce zależne są obecnie od postępowania MAK. Komitet
powstał w grudniu 1991 r. jako organ międzypaństwowy działający tylko w
ramach kompetencji, które przekazały mu suwerenne państwa wchodzące w
skład WNP. Jest to zatem typowy twór postsowiecki niereprezentujący
żadnego państwa. W latach 90. rząd Rosji powierzył MAK wykonywanie
szeregu zadań na terytorium swojego państwa i jednocześnie przyznał mu
status dyplomatyczny. Dzięki temu MAK wykonuje tylko te zadania, które
chce, gdyż nie podlega prawu rosyjskiemu i jego decyzje są ostateczne.
Koncentruje się tylko na dwóch kwestiach – wydawaniu certyfikatów
urządzeniom i obiektom związanym z lotnictwem oraz badaniu wypadków i
katastrof, w których najczęściej uczestniczą urządzenia i obiekty z
certyfikatami MAK. Identyczna sytuacja jest w przypadku katastrofy
smoleńskiej. Chodzi o samolot remontowany w Rosji oraz urządzenia
naziemne, które wyprodukowano w tym kraju. Wieloletnia praktyka
pokazuje, że w interesie MAK leży obrona własnego statusu i unikanie
odpowiedzialności. Dlatego w większości wypadków komitet orzeka winę
pilotów, a jego postanowienia są nieodwołalne. Na dodatek akty
wykonawcze regulujące jego działalność są niezgodne z ustawami o ruchu
lotniczym przyjętymi w ostatnich latach w Rosji. Wyjaśnienie
okoliczności katastrofy zależy zatem od instytucji eksterytorialnej,
niepodlegającej żadnemu suwerennemu państwu, nieponoszącej
odpowiedzialności za swoje decyzje i kierującej się własnym interesem.
Zarzut rusofobii
Trudno
powiedzieć, dlaczego rząd zgodził się na wiodącą rolę MAK w wyjaśnianiu
przyczyn katastrofy, ale na wszelką krytykę, kierowaną pod swoim
adresem, odpowiada agresywną propagandą. Platforma Obywatelska
wprowadziła nową w polskiej kulturze politycznej praktykę zarzucania
adwersarzom rusofobii. Do tej pory posługiwała się nim tylko kremlowska
propaganda. Na miano rusofobów zasłużyli już w Moskwie prezydent Gruzji
Micheil Saakaszwili, autorzy raportu o rezultatach rządów Putina –
Władimir Miłow i Borys Niemcow, a ostatnio nawet prezydent Białorusi
Alaksandr Łukaszenka. Powyższe przykłady świadczą o tym, że zarzut
rusofobii ma wywołać poczucie winy i zdezintegrować grupę, która staje
się obiektem propagandowego działania Moskwy.
Po katastrofie
smoleńskiej coraz częściej zarzutem rusofobii zaczęła się posługiwać
propaganda PO. Na przykład Bronisław Komorowski jeszcze jako marszałek
Sejmu, pełniący obowiązki prezydent, tak komentował zamieszczone na
YouTube wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego: „Jeżeli pan uważa, że
wszyscy zapomnieli o jego rusofobicznej postawie oraz o tym, jak wiele
złego zrobił dla stosunków polsko-rosyjskich, to mamy różnicę zdań.
(…) Ciekawe, czy on rzeczywiście zechce się teraz włączyć w pojednanie
polsko-rosyjskie. Jarosław Kaczyński jest straszliwie teoretycznym
człowiekiem. Teoretycznie on może pozbył się swoich ksenofobicznych cech
czy poglądów, ale w praktyce mam co do tego wątpliwości” („Polska. The
Times”, 16.05.2010 r.). To niezwykle charakterystyczny sposób
rozumowania. Zarzut rusofobii nie jest poparty żadnymi dowodami. Określa
się nią wszystko, co odbiega od z góry narzuconej normy, w tym
przypadku „pojednania polsko-rosyjskiego”, a następnie uznaje się ją za
przejaw ogólniejszej patologii, którą jest ksenofobia. Zachowania
całkowicie normalne i powszechne w warunkach wolności słowa, np.
krytykowanie polityki innego państwa, uznawane jest za objaw rusofobii.
Zarzut ten służy napiętnowaniu, wykluczeniu z debaty publicznej i
zablokowaniu rzeczowej dyskusji. To niewątpliwie „twórczy” wkład
Platformy Obywatelskiej do polskiej praktyki politycznej.
Prof. Włodzimierz Marciniak
Profesor
Włodzimierz Marciniak jest politologiem, pracownikiem naukowym
Instytutu Studiów Politycznych PAN, Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu
oraz Szkoły Głównej Handlowej. Zajmuje się problematyką współczesnej
Rosji.
