Tragedia smoleńska nie jest mitem

Z prof. Henrykiem Kieresiem, kierownikiem Katedry Filozofii Sztuki
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, rozmawia Paulina Jarosińska

Mamy do czynienia z próbami marginalizowania pamięci o Smoleńsku
symbolizowanej przez krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Ludziom przejętym
tragedią próbuje się przypiąć łatkę "oszołomów", a Bronisław Komorowski
konsekwentnie przez konkretne decyzje administracyjne pokazuje zamiar zacierania
śladów pamięci o swoim poprzedniku. Gdzie, według Pana, leżą źródła tych
zjawisk?

– Przede wszystkim należy przywołać fałszywe założenie, jakie leży u podstaw
tego sporu, a mianowicie powszechnie stosowany podział rzeczywistości na sferę
sacrum i profanum. Ten znany od dawna, raczej techniczny podział, w którym
chodziło o ochronę świątyni lub miejsc związanych z kultem religijnym przed
profanacją (np. handlem), został dziś uogólniony i zmienił swój sens, służy
bowiem do ograniczania, a nawet eliminowania obecności religii w życiu
społecznym. Nie miejsce tu na bliższe wyjaśnienie zmiany znaczenia słów "sacrum"
i "profanum", ale – jak już mówiłem – podział ten przeniknął głęboko do dyskursu
i jest obecnie wykorzystywany przeciwko religii i przejawom religijnego życia
człowieka. Utrwalenie tego podziału niesie ze sobą swoistą schizofrenię (jak
mówił Feliks Koneczny: dwojewierje), mianowicie religia staje się sprawą
prywatną i nie wolno jej wkraczać w sferę życia wspólnotowego, a szczególnie
polityki. Polityka nie jest już roztropną troską o dobro wspólne, lecz sztuką
walki o zdobycie i utrzymanie władzy. Tu tkwią źródła dzisiejszego ataku na
religię i symbole religijne. Stąd bierze się przekonanie, że tzw. przestrzeń
publiczna ma być neutralna światopoglądowo. To przekonanie ugruntował w kulturze
Europy socjalizm. Z doświadczeń polskich wystarczy przypomnieć stosunek
komunistów do Kościoła hierarchicznego i religii. Tę postawę kontynuuje
dzisiejszy liberalizm, który – jak każdy socjalizm – nie znosi żadnej
konkurencji w walce o "rząd dusz". Taki jest więc kontekst ideowy, czy raczej
ideologiczny, tego problemu. Natomiast jeśli chodzi o nieprzejrzyste i
chaotyczne poczynania w tej sprawie osób rządzących lub odpowiedzialnych za nią,
to biorą się one z ignorancji i uległości czy wręcz serwilizmu wobec środowisk
nadających ton polityce europejskiej. Jednym z aspektów tej polityki jest atak
na chrześcijaństwo, który przybiera absurdalne rozmiary i który się
systematycznie eskaluje. Warto nadmienić, że sprawa krzyża sprzed Pałacu
Prezydenckiego przywołuje na pamięć prawdę: vox populi – vox Dei. A inaczej
mówiąc, religia i jej symbole to kwestia społeczna niepodlegająca jurysdykcji
państwa. Państwu nie wolno ingerować w treść życia społecznego, w jego esencję,
którą właśnie stanowi religia i wyrosłe z niej kryteria oceny ludzkiego życia.

Krzyż jest znakiem pamięci o ofiarach, a można odnieść wrażenie, że właśnie z
pamięcią przede wszystkim toczy się zacięta walka poprzez próbę wmówienia
ludziom, jakoby była to "sakralizacja" Lecha Kaczyńskiego.

– Podobnie jak ze słowem "sacrum" i jego derywatami, stało się ze słowami "mit"
i "mitologizacja". Przypomnijmy, że mit to poetycka fikcja, która w sposób
przenośny (metaforyczny) interpretuje rzeczywistość. Sens tego słowa zmienił
się, a stało się to za sprawą naporu tradycji idealizmu na kulturę europejską.
Mitologizacją zaczęto nazywać nadawanie rangi jakiemuś wydarzeniu, które zarazem
uznano za banalne czy nieistotne. A więc znowu mamy do czynienia z faktem
kradzieży słowa i zamianą jego znaczenia. Należy w związku z tym przypomnieć, że
tragedia smoleńska jest faktem historycznym, a nie mitem. Śmierć prawie setki
reprezentantów elity politycznej jest związana z etosem narodowym, a etos ten
jest symbolizowany przez krzyż – znak cierpienia, ale zarazem nadziei. W ten
sposób krzyż integruje, nadaje sens i podtrzymuje nadzieję w ludziach. Mówienie
o mitologizacji tak ważnego wydarzenia należy uznać za przykład manipulacji.
Jeśli uznamy, że fakty podlegają mitologizacji, przestaniemy mieć do czynienia z
rzeczową dyskusją i prawdą. Tragedia smoleńska jest faktem historycznym,
niezwykle doniosłym w życiu naszego Narodu, ma także wymiar poznawczy dla innych
narodów. Dla przeciwników Polski tworzonej przez ludzi, którzy zginęli,
niewygodne jest mówienie o tej tragedii i podtrzymywanie pamięci o niej. Zależy
im raczej na tym, aby pojawiła sie nowa tzw. biała plama w historii Polski.

Pana zdaniem, właśnie dlatego Komorowskiemu zależy na tym, żeby usunąć symbol
pamięci o Lechu Kaczyńskim, jakim jest krzyż?

– Pomińmy intencje osobiste prezydenta elekta i spójrzmy na to z głębszej
perspektywy. Można sądzić, że jest to działanie, które wpisuje się w strategię
eurokomunizmu, czyli budowy Europy opartej na utopii materializmu i naturalizmu
antropologicznego. Europa znalazła się pod rządami lewicy, a lewica zawsze
będzie mówić o przyszłości. Dlaczego? Bo przeszłość to konkretne fakty, z
którymi należy się zmierzyć i które nadal mają wpływ na rzeczywistość społeczną,
a nie jakieś mity. Lewica chce budować świat na ideologii przyszłości, a
przyszłość jest na tyle nieokreślona i nieprzejrzysta, że można o niej mówić
wszystko i tymi wizjami mamić ludzi, manipulować ich nadzieją. Co gorsza, wynika
z tego, że w Polsce nie ma gospodarza i że urzędnicy państwowi są zwasalizowani
i słuchają dyktatu Brukseli. Wszystko, co się temu dyktatowi sprzeciwia, ma
podlegać cenzurze ideologicznej poprawności. Mało powiedzieć, że jest to
działanie celowe – ono jest po prostu wpisane w ideologię eurokomunizmu, w
doktrynę, którą zdają się wyznawać osoby podejmujące dziś kluczowe decyzje.

Z obrońców krzyża łatwo uczynić w takim przekazie fanatyków…
– Wszystko to dzieje się według zasady "wybierzmy przyszłość". Tak jak
powiedziałem: to, co było, przestaje w obecnym dyskursie mieć jakiekolwiek
znaczenie. Przeszłość jest niewygodna, bo zmusza do postawienia bardzo wielu
pytań, a pytania te daleko wykraczają poza fakt tego tragicznego wydarzenia. Są
to pytania o Polskę, o jej tradycję, etos i rolę w świecie. Dlatego właśnie w
przekazach medialnych i komentarzach przywołuje się starą metodę robienia z
ludzi, którzy nie myślą według narzucanej z góry tezy, zwykłych oszołomów i
bigotów. Pokazywanie tych osób tylko w kontekście niekorzystnych medialnie
okoliczności lub sprowokowanych zachowań czy też wyrwanych z całości wypowiedzi
zawsze będzie miało na celu wyśmianie ich i tym samym zmarginalizowanie czy
wręcz zbanalizowanie sprawy, o którą walczą. A walczą, kierując się słuszną
intuicją o pierwszeństwie życia społecznego i o służebnej roli państwa.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj