Polska na skraju bankructwa finansowego

Poprzednio rzadko się zdarzało, aby ważne, lecz niewygodne dla rządu problemy
społeczno-ekonomiczne przebijały się do opinii publicznej. Informacje były
zamiatane pod dywan: przemilczane lub bagatelizowane. Tym razem w sprawie
zadłużenia publicznego Polski jest inaczej. Fakt istnienia gigantycznego długu
publicznego jest dostrzegany oraz szeroko komentowany przez media krajowe i
zagraniczne, a to za sprawą opracowania naukowego Janusza Jabłonowskiego z
departamentu statystyki NBP oraz Christopha Müllera i Bernda Raffelhüschena z
Uniwersytetu we Fryburgu. Problem jest nadzwyczaj poważny. Oszacowany dług
publiczny stawia Polskę na krawędzi bankructwa.

Opracowanie wspomnianych autorów jest całkowicie wiarygodne, chociaż autorzy
zastrzegają się, iż jest ono pomyślane jako materiał do dyskusji.
Rozdźwięk między rzeczywistością a obrazem Polski jako "oazą pomyślności",
kształtowanym przez rząd Donalda Tuska, międzynarodowe organizacje finansowe
oraz większość mediów, nie może pogłębiać się w nieskończoność. Wreszcie
nadszedł moment, że wizerunek ten rozsypuje się jak stłuczone lustro. Zadłużenie
publiczne (czyli instytucji publicznych – od rządu poczynając, a na samorządach
kończąc) wynosi ok. 3 bilionów złotych, co oznacza, że na jedną polską rodzinę
przypada 285 tys. złotych. To zaś przy obecnej kondycji materialnej rodzin,
praktycznie pozbawionych dochodów kapitałowych, obciążonych utrzymaniem osób
bezrobotnych i posiadających niskie oszczędności, jest nie do udźwignięcia. Nie
może być pocieszeniem, że podane kwoty są jedynie szacunkami statystycznymi. Za
nimi kryją się realne, obecne i przyszłe ciężary finansowe, od których nikt nas
nie uwolni.
Ze wspomnianego opracowania wynika, że zadłużenie to ma charakter obciążenia
wielopokoleniowego, a więc niejako obecne pokolenie "funduje" następnemu
pokoleniu ciężary nie do pozazdroszczenia.
Opracowanie koncentruje się na wydatkach i dochodach o charakterze socjalnym, w
tym zwłaszcza systemu emerytalnego i służby zdrowia. W tym głównie zakresie jego
autorzy formułują wnioski i postulaty, które powinny zostać uwzględnione w
polityce finansowej rządu. Jawne (oficjalnie publikowane) dane o zadłużeniu
Polski to tylko wierzchołek góry lodowej. To zadłużenie rzędu 45 proc. PKB,
podczas gdy zadłużenie ukryte wynosi aż 183 proc. PKB, czyli czterokrotnie
więcej. Przypomnijmy, że na ogół przyjmuje się, iż górny pułap bezpiecznego
długu publicznego wynosi ok. 60 proc. PKB (co zostało uwzględnione w Konstytucji
RP, która nie zezwala na zaciąganie długu publicznego powyżej 3/5 PKB). Jednak z
ekonomicznego punktu widzenia sprawy nie są proste. Taki pułap bezpiecznego
zadłużenia budzi poważne wątpliwości, gdy odnosi się do krajów słabych
gospodarczo, a ściślej – ubogich w kapitał narodowy. Niektórzy obniżają więc
poprzeczkę do 20-30 proc. PKB. Czy gospodarka polska po dwudziestu latach
"prywatyzacji" jest bogata w kapitał narodowy, który mógłby posłużyć do
zniwelowania (konwersji) części zadłużenia? Na pewno nie. Do tego dochodzą
poważne wątpliwości, czy w świetle obecnego kryzysu ekonomicznego pogląd o
bezpiecznym 60-procentowym pułapie zadłużenia jest w ogóle do utrzymania. Wiele
krajów przekonuje się, jak łatwo wpaść w kryzys finansowy mimo takiego zaworu
bezpieczeństwa.
Opracowanie ma jednak pewne mankamenty, związane z przyjętym świadomie
założeniem utrzymywania w dłuższej perspektywie obecnych warunków
społeczno-gospodarczych i politycznych w Polsce. Założenie to zostało bowiem
sformułowane z myślą: "co będzie, jeśli nic się nie zmieni pod tym względem?" (z
wyjątkiem "prywatyzacji", bo niby co można później prywatyzować). Dlatego pełni
ono znakomicie rolę prognozy ostrzegawczej. Jednak z drugiej strony nie bierze
pod uwagę "pozasocjalnych", a zwłaszcza zewnętrznych uwarunkowań kreacji
zadłużenia publicznego. Warto poświęcić im kilka zdań, gdyż nie są to
uwarunkowania nasycone optymizmem. Nie należy się temu dziwić, zważywszy na
najpotężniejszy w czasach nowożytnych światowy kryzys ekonomiczny.
Chodzi przede wszystkim o zjawisko określane mianem "efektu kuli śniegowej".
Polega ono na sprzęgnięciu się trzech czynników: wzrostu zadłużenia publicznego,
braku wzrostu gospodarczego oraz wysokich stóp procentowych. Sprzężenie to
prowadzi do przyspieszonego (i niejako samoczynnego) wzrostu zadłużenia. Obsługa
zadłużenia pochłania wówczas coraz większą część wpływów budżetowych,
przypominając tykanie bomby zegarowej. Nawet pobieżny przegląd danych
statystycznych pozwala zorientować się, że Polska jest w zasięgu sygnalizowanego
"efektu kuli śniegowej".
Ważnym czynnikiem, który należy brać pod uwagę, jest mechanizm kryzysu
finansowego. Współczesne kryzysy finansowe (z lat 90. ubiegłego wieku, a także
kryzys w Grecji) mają z reguły dwie początkowe fazy: wzrostu zadłużenia
publicznego oraz ataku spekulacyjnego ze strony międzynarodowych grup
finansowych. Wzrost zadłużenia spełnia rolę farby podkładowej, na którą kładzie
się czarny kolor drenażu spowodowanego atakiem spekulacyjnym. Choć jest to
kwestia dyskusyjna, atak spekulacyjny na Polskę nie jest obecnie czymś
niemożliwym.

Konsekwencje pozorowanej polityki
Określenie "polityka śmieciowa" służy do ukazania fenomenu działania rządów
poprzez aktywność pozorowaną, nie dążących do rozwiązywania problemów
społecznych i gospodarczych, nie podejmujących merytorycznej dyskusji, lecz
nastawionych populistycznie (schlebiających płytkim gustom i skłonnościom
elektoratu politycznego). Nie jest to fenomen wyłącznie polski, choć od kilku
lat dominujący w polityce rządu w Polsce i w związanych z nim mediach. Chociaż
polityce tej przypisuje się czasem głębsze treści liberalne, w praktyce
sprowadzają się one do zaniechania poszukiwania i rozwiązywania problemów
społeczno-ekonomicznych. Jest to polityka krótkowzroczna i niebezpieczna.
Ważnym elementem tak uprawianej polityki jest brak dialogu społecznego i
wypełnianie próżni sieczką propagandową. Autorzy opracowania analizującego dług
publiczny sformułowali jednoznaczne oceny i postulaty pod adresem rządu. Co
więcej, wskazali na obszary i grupy społeczne, gdzie problemy zadłużenia mają
zasadnicze znaczenie (słusznie uznając, że ewentualna lub raczej konieczna
reforma musi opierać się na identyfikacji najbardziej wrażliwych obszarów i grup
społecznych). Dlatego warto postawić pytanie, jakie były obecne rządowe reakcje
na przebicie się informacji o gigantycznym zadłużeniu Polski.
Odpowiedź na to pytanie jest niestety bardzo nieprzyjemna, choć niezaskakująca.
Rząd konsekwentnie trzyma się dotychczasowego stylu sprawowania władzy poprzez
niepodejmowanie wyzwań. Opracowanie Jabłonowskiego, Müllera i Raffelhüschena
stara się "przeoczyć" lub zbagatelizować. Premier nadal mówi o Polsce jako oazie
sukcesu, chociaż w świetle tego opracowania jest to oczywisty absurd. Minister
finansów, na którym spoczywa obowiązek zarządzania długiem publicznym, się nie
wychyla.
Rząd dobrze wie o dramatycznej sytuacji. Już we wrześniu ubiegłego roku ukazał
się (przemilczany) raport Pawła Dobrowolskiego z Instytutu Sobieskiego "Wysokość
długu publicznego Polski", w którym na uwagę zasługiwały dwa elementy. Pierwszy
– iż oficjalnie uznawany dług publiczny w Polsce jest mocno zaniżony wskutek
manipulacji statystycznych. Drugi – że dług ten wynosi ok. 220 proc. PKB (czyli
o 8 proc. mniej niż według szacunków przedstawionych we wspomnianym wyżej
opracowaniu).
Raport Dobrowolskiego skłonił panią poseł Annę Sobecką do interpelacji
poselskiej, na którą otrzymała nie tylko wymijającą, lecz wręcz arogancką
odpowiedź. W odpowiedzi podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów Dominik
Radziwiłł stwierdził, że "Przedmiotowy raport zakłada kwalifikowanie do PDP
[państwowy dług publiczny – przyp. red.] również przyszłych, w pewnej mierze
potencjalnych zobowiązań, które ciążyć będą na budżecie centralnym, w
szczególności z tytułu przyszłych wydatków na renty i emerytury, opiekę
zdrowotną czy oświatę, a które nie stanowią tytułu dłużnego". Głównym punktem
tego wyjaśnienia jest sprzeciw wobec zaliczania do zadłużenia publicznego
"przyszłych, w pewnej mierze potencjalnych, zobowiązań". Radziwiłł stwierdził w
imieniu Ministerstwa Finansów, że wszystko jest w porządku, gdyż do tego
zadłużenia należy wliczyć jedynie zobowiązania bieżące i wymagalne (czyli
niewykonane). Dla osób słabo poruszających się w tej materii ta wypowiedź może
wydawać się przekonywająca. A więc warto zatrzymać się nad jej sensem.
Przytoczone stwierdzenie ogranicza kwotę długu do zaległych i niezapłaconych
zobowiązań ze strony rządowej (i pozostałych instytucji publicznych). Pomija
zobowiązania w dłuższym horyzoncie czasowym. Zarządzanie długiem publicznym musi
koniecznie opierać się na ocenach tych zobowiązań w dalszej perspektywie; musi
sięgać po przewidywania dotyczące narastania długu publicznego i jego
konsekwencji. W przeciwnym przypadku zarządzanie długiem jest absolutnie
niemożliwe. Wychodzi na to, że rząd (lub minister finansów) nie zarządza długiem
publicznym Polski (lub czynią to pokątnie, czego raczej nie można traktować
poważnie). Jednak w ramach "polityki śmieciowej" wydaje się to całkiem logiczne.

Co to oznacza? Koncentrowanie uwagi na obecnym stanie zadłużenia publicznego i
"obcinanie" długu obciążającego następne lata prowadzi do… silnego wzrostu
zadłużenia. Czyli przyczynia się do pogłębienia zapaści finansowej państwa.
Chodzi o tzw. grzech fiskalizmu polegający na tym, że taka krótkowzroczność
powoduje, iż obciążenia budżetowe rosną w latach dobrej koniunktury, zaś pod
presją wysokich kosztów są ograniczane w latach dekoniunktury, czyli przebiegają
procyklicznie. To zaś tworzy pułapkę zadłużenia, w którą wpada nie tyle rząd,
ile całe społeczeństwo. Pośrednio dłużnikiem jest bowiem nie rząd, lecz
społeczeństwo.
Dlatego wypada przypomnieć, że obecne standardy zarządzania zadłużeniem
publicznym wyraźnie zakładają konieczność ujmowania tego zadłużenia w dłuższym
horyzoncie czasowym. Tutaj ograniczę się jedynie do przypomnienia zalecenia MFW
i Banku Światowego, iż "głównym celem zarządzania długiem publicznym jest
zapewnienie, że potrzeby finansowe rządu i jego zobowiązania płatnicze są
spełnione przy najniższych możliwych kosztach w perspektywie średnio- i
długoterminowej, zgodnie z zasadą ostrożnego ryzyka". Trzeba wyraźnie
podkreślić: "w perspektywie średnio- i długoterminowej", a nie doraźnie.

Manipulacje statystyczne
Radziwiłł w cytowanej odpowiedzi na interpelację poseł Sobeckiej uspokaja, że
stosowana przez rząd definicja długu publicznego "jest zbieżna z definicją
stosowaną przez Komisję Europejską w ramach procedury nadmiernego deficytu".
Definicja – tak, ale metody liczenia – nie.
Metody liczenia zadłużenia publicznego w Polsce zdecydowanie naruszają unijną
metodologię oceny długu publicznego, a ponadto są to naruszenia tendencyjne.
Unijna metodologia opiera się na metodzie memoriałowej (czyli ewidencji
faktycznych zobowiązań), w Polsce zaś przyjęto dla liczenia zadłużenia metodę
kasową znacznie zmniejszającą kwotę tych zobowiązań (polegającą na pomijaniu
odroczonych w czasie płatności). To zresztą było właśnie zasadniczym punktem
sprzeciwu w raporcie Dobrowolskiego, który przypomina, że "realistyczne opisanie
pozycji finansowej bardziej skomplikowanych podmiotów wymaga księgowości
memoriałowej".
Czy mamy do czynienia w tym przypadku z "kreatywną księgowością"? Raczej z
zalegalizowaniem "kreatywnej księgowości" i wykorzystaniem jej do upiększenia
rzeczywistości.
W Polsce od dłuższego czasu płyną sygnały o dokonywanych manipulacjach
statystycznych. Odpowiedzią rządu na podejrzenia i zarzuty jest odgórne
milczenie. Po ujawnieniu tendencyjnego zaniżania długu publicznego Grecji
Komisja Europejska (ściślej – Eurostat) zamierza bardziej rygorystycznie
przyglądać się rozlicznym manipulacjom statystyczno-księgowym. Jak dotąd rząd
Donalda Tuska nic sobie z tego nie robi. A sprawa jest poważna. Bez rzetelnej
bazy informacyjnej rząd nie może realizować podstawowych funkcji w zakresie
ochrony interesu publicznego. I nie realizuje.
Niepokojące wydaje się również to, że także NBP udzielił wyjaśnień dotyczących
opracowania Jabłonowskiego, Müllera i Raffelhüschena w podobnym duchu (chociaż
nie ciążą na nim zarzuty manipulacji). W niepodpisanym piśmie z 8 lipca br.
czytamy, że ich opracowanie dotyczy "obliczenia potencjalnych zobowiązań, które
mogą stanowić obciążenie budżetu w przyszłych okresach" (co jest oczywiste). Ale
jednocześnie pada stwierdzenie, że to nic nadzwyczajnego, gdyż "podobne
obliczenia przeprowadzone dla innych krajów wykazywały wyższy lub podobny poziom
luki stabilności". Czyżby fakt, iż gdzieniegdzie wybuchają pożary, miał posłużyć
za usprawiedliwienie zaniechania gaszenia pożaru własnego domu?
Czy to coś zmieni?

Zdaniem uważnych obserwatorów, ujawnienie rzeczywistej skali zadłużenia
publicznego Polski powoduje, że obecny rząd jest już skończony. Jeśli się
jeszcze trzyma, to wskutek słabej lub opóźnionej reakcji społeczeństwa.
Społeczeństwo dało się poznać jako bardzo słabe pod względem wykształcenia i
świadomości ekonomicznej. Wielu ludzi uwiodły neoliberalne hasła, w myśl których
o sukcesie decydują wyłącznie indywidualne chęci i ambicje, niezależnie od
sytuacji społecznej i ekonomicznej kraju. Ci ludzie stali się, choć najczęściej
bezwiednie, sojusznikami pasożytów żerujących na majątku publicznym;
zagranicznych i krajowych. Teraz ci ludzie będą płacić za swoją lekkomyślność i
brak zrozumienia dobra wspólnego.
Chociaż może być jak w Grecji, w której kryzys rozpoczął się właśnie od
nadmiernego (ukrywanego) długu publicznego. Rządy Konstantinosa Karamanlisa
(przewodniczącego liberalnej Nowej Demokracji w latach 2004-2009, partii
podobnej do Platformy Obywatelskiej) doprowadziły do niewypłacalności w sektorze
publicznym, wystawiając Greków na atak spekulacyjny ze strony międzynarodowego
kapitału finansowego. Teraz Antonio Samaras (nowy przewodniczący Nowej
Demokracji) pierwszy zażądał postawienia odpowiedzialnych za kryzys przed
Trybunałem Stanu, oskarżając ich o zdradę narodową.
W kręgach mających dobre rozeznanie w sytuacji społecznej i ekonomicznej Polski
zaskoczenia nie widać. Z jednej strony miały one nadzwyczaj łatwe zadanie, gdyż
fakty same wskakiwały im do ręki. Wystarczyła elementarna wiedza metodologiczna
z zakresu ekonomii i historii gospodarczej, aby uchwycić rzeczywisty stan
gospodarki. Ale z drugiej strony stało przed nimi nadzwyczaj trudne zadanie:
skruszyć mur milczenia i arogancji rządu oraz mediów. To drugie przychodziło z
trudem. Do czasu kiedy sprawy osiągnęły – niestety – skalę katastrofy. Czyli do
dzisiaj.

Autor jest profesorem doktorem habilitowanym nauk ekonomicznych, pracownikiem
naukowym Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych im. Jana Pawła II w
Zielonej Górze, wieloletnim wykładowcą analizy koniunktury gospodarczej na
Uniwersytecie Warszawskim.

Prof. Artur Śliwiński

drukuj