Ogary poszły w las

Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem ds. polityki z Instytutu Sobieskiego,

rozmawia Paulina Jarosińska

Mamy do czynienia z niespotykaną dotychczas kumulacją przejawów agresywnego,
niewybrednego języka w debacie publicznej. Znamienne, że retorykę na bardzo
niskim poziomie reprezentują nie tylko posłowie PO, tacy jak Janusz Palikot czy
Stefan Niesiołowski, ale również dziennikarze. Jak Pan ocenia to zjawisko
wulgaryzacji języka?

– W ostatnim czasie możemy wyróżnić dwa etapy. Pierwszy – to czas do końca
kampanii wyborczej, do samych wyborów. Zwróciłbym uwagę, że na tym etapie temat
smoleński i wątek wszelkich niedociągnięć z nim związanych nie został przez
Jarosława Kaczyńskiego koniunkturalnie wykorzystany, co jest według mnie
fenomenem i znakiem wielkiej klasy, ponieważ być może sięgnięcie po tragedię z
10 kwietnia przyniosłoby mu zwycięstwo. Pamiętajmy, że w kampanii wyborczej
wyciąga się przeważnie wszystkie słabości przeciwnika. Jarosław Kaczyński nie
zagrał – jak to powiedział pan Bartoszewski – "trumnami", i było to bardzo nie
na rękę Platformie. Platforma Obywatelska tego oczekiwała – byłby to pretekst do
otwartej walki politycznej. To jest ten pierwszy etap.

Co się zmienia w drugim etapie?
– Jest już po wyborach, mamy nowego prezydenta elekta i w tym momencie mogę
spokojnie stwierdzić, że mamy do czynienia z "putinizacją" Polski, bo nagle się
okazuje, że zadawanie merytorycznych pytań jest nazywane wojną, agresją, sianiem
nienawiści. Partia opozycyjna stawia pytania o katastrofę smoleńską, ale okazuje
się, że nie ma prawa tego robić. Widzimy marginalizację opozycji. Mamy do
czynienia z procesem, jaki zaszedł w Rosji, z tym, co zrobił Putin z mediami i
opozycją, z takim samym uwłaszczeniem. Premier Rosji staje się "mistrzem" dla
PO. Jesteśmy właśnie świadkami zamykania ust opozycji. Opozycja w demokracji
jest potrzebna tak samo jak władza. Strona rządowa w Polsce nie chce opozycji,
chce ograniczyć jej rolę, żeby nie powiedzieć – całkowicie odebrać jej prawo do
istnienia. Słyszymy, że wypowiedzi Palikota to wyraz jego osobowości, mówi się,
że on już taki jest, nic nie można z nim zrobić. Gdyby wypowiedzi tego typu
padały z ust posłów Prawa i Sprawiedliwości, to jasne jest, że byłoby to uznane
za język nienawiści. W przypadku Palikota nie jest to język nienawiści, a po
prostu inteligencja, jakaś twórczość, oryginalność, działanie niekonwencjonalne.
To jest kuriozalne zjawisko, które mnie przeraża. Media nie widzą tego, że
zabija się opozycję. Teraz jeszcze tego nie "doceniamy", ale tworzy się ośrodek
jednomyślności, zgody, którego celem jest stłamszenie obozu opozycyjnego.

Gdzie można szukać źródeł takiej retoryki?
– Do momentu, gdy żył prezydent Lech Kaczyński, było wiadomo, że dla PO wrogiem
numer jeden był właśnie on, ponieważ wszystko wetował, na nic Platformie nie
pozwalał i w ogóle ustawy jeszcze nie było, a już było wiadomo, że prezydent się
jej sprzeciwi. Teraz cała agresja skumulowała się na PiS i na Jarosławie
Kaczyńskim – jako na tych kontynuujących linię polityczną zmarłego prezydenta. Z
przerażeniem stwierdzam, że media nie oczekują i nie domagają się od władzy
konkretów, reform. Komorowski powielał hasła, których PO nie zrealizowała do tej
pory. Trwa w Platformie śpiew kłamliwej piosenki. Społeczeństwo jest ogłupione i
z podziwem, jak zaklęte, patrzy na to wszystko.

Można odnieść wrażenie, że jest przyzwolenie na taki język. Palikot dalej
jest w Platformie, a na forum internetowym "Gazety Wyborczej" moderator
pozostawia komentarze internautów typu: "Jarosław Kaczyński dla dobra Polski
powinien zginąć 10 kwietnia"…

– Myślę, że mamy tutaj do czynienia z wyrywkową oceną w debacie politycznej.
Panuje zasada: jeśli mój mówi, to mówi dobrze zawsze, jeżeli mówi przeciwnik, to
cokolwiek powie, jest źle. Jeśli chodzi o media tzw. opiniotwórcze, takie jak
"Gazeta Wyborcza" czy TVN, to nie mam już nawet jako politolog ochoty czytać czy
oglądać ich publicystyki. Okazuje się bowiem, że debata publiczna jest w nich
mylona z wiecem wyborczym. Chętnie przypomnę redaktorom naczelnym: mamy
prezydenta, mamy rząd, który wycofuje się z obietnic, i nikt o tym w mediach nie
mówi. Ludziom podaje się prymitywną papkę i wychodzi z założenia, że "głupi lud
to kupi". To jest właśnie ta "putinizacja" mediów i społeczeństwa. Ucieka
esencja życia politycznego przez taki styl debaty publicznej. Przestaje liczyć
się to, że jest kultura polityczna, że istnieje coś takiego jak zadawanie pytań.
Po dwudziestu latach mamy do czynienia z uwstecznieniem demokracji. Nie ma
rozwoju, tylko regres. Polska rzeczywistość polityczna zaczyna przypominać czasy
bolszewickie, tylko że w formie bardziej wyrafinowanej.

Skąd wzięła się teza o rzekomej metamorfozie Jarosława Kaczyńskiego – że na
czas kampanii przeszedł jakąś metamorfozę, a teraz jakoby zrzucił tę maskę?


– Jarosław Kaczyński, jak już powiedziałem na początku, wykazał się ogromną
klasą, ponieważ choć mógł, nie wykorzystał tematu Smoleńska w kampanii.
Powiedział na początku, że musi w ogóle nastąpić zmiana po tragedii w politykach
wszystkich opcji. Proponował wyciągnięcie mądrych wniosków z tego, co się stało.
Mówił, że kampania ma się toczyć wokół kwestii programowych, wokół problemów w
kraju tu i teraz. W Polsce problem procesu, który określam jako "putinizację",
ogranicza rozliczanie działań rządu. W Ameryce wiceprezydent musi zwrócić
pieniądze zdobyte w niejasny sposób na kampanię. W Polsce politycy mający taki
"problem" są bohaterami i nikt ich z niczego nie rozlicza. W standardach
naprawdę demokratycznych zachowania, które u nas są uznawane za normalne, byłyby
od razu wypunktowane i ocenione we właściwy sposób, jako naganne, a w momencie
pojawienia się jakichkolwiek wątpliwości, zostałyby wyciągane konsekwencje.
Przypomnę tu sytuację z debaty w prawyborach na kandydata na prezydenta w PO.
Radosław Sikorski powiedział wówczas, że można być niskim wzrostem, ale nie
można być małym człowiekiem. Za taką wypowiedź w każdym normalnym państwie
premier wywaliłby szefa MSZ, który nie szanuje władzy konstytucyjnej. Zostały
stworzone fałszywe kanony poprawności i jednocześnie wrogości. Społeczeństwo w
pewnej mierze daje na to placet. To wszystko świadczy o tym, że "charty"
polityczne, takie jak Palikot, będą dalej funkcjonować i działać w stylu
odbiegającym od standardów debaty publicznej.

Dziennikarze dosłownie rzucili się na Kaczyńskiego po tym, jak zdał relację
ze Smoleńska dopiero po wyborach prezydenckich. A przecież tak naprawdę nie
powiedział nic ponad to, co do tej pory było wiadome.

– Tutaj warto w ogóle skomentować, jak działają media w Polsce. W Ameryce media
zawsze stały na straży wyciągania wszelkich afer na szczytach władzy, zaczynając
od afery Watergate po wszelkie nadużycia finansowe. U nas media stają się tubą
propagandową partii rządzącej. Nie rozliczają władzy z obietnic. Mit
przemienionego Jarosława Kaczyńskiego był i jest potrzebny PO w walce o monopol
władzy. Kaczyński nie daje się wciągnąć w PR według gry Platformy, a przecież to
właśnie odpowiedni PR rządzi obecnie w Polsce.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj