Zabójcza maszyneria
Z prof. dr. med. Ingolfem Schmidem-Tannwaldem, ginekologiem,
przewodniczącym stowarzyszenia Lekarze dla Życia, rozmawia Bogusław Rąpała
Dlaczego w Niemczech znów rozgorzała dyskusja na temat eutanazji?
– Podstawą naszej działalności jako Lekarzy dla Życia jest rzecz – wydawałoby
się – oczywista: uważamy, że życie ludzkie musi podlegać ochronie. To, dlaczego
obecnie tak dużo dyskutuje się na tematy związane nie tylko z eutanazją, ale i z
aborcją, spowodowane jest kilkoma czynnikami. Po pierwsze, została
zakwestionowana wartość życia ludzkiego, zarówno u jego początków (jeśli mówimy
o aborcji), jak i u jego schyłku (jak w przypadku eutanazji). Wynika to
niejednokrotnie z czysto pragmatycznych rozważań środowiska stanowiącego
otoczenie osób poddawanych tym zabiegom. Jestem ginekologiem i wiem, że wiele
matek jest często zmuszanych przez swoje otoczenie do aborcji. Padają wtedy
różne absurdalne uzasadnienia: że życie dziecka w łonie matki nie jest jeszcze
życiem ludzkim, ponieważ jest tylko biologiczne, że to nie jest jeszcze
człowiek, itd.
Natomiast gdy życie człowieka zbliża się ku końcowi, pojawiają się inne
argumenty usprawiedliwiające zabijanie. Mówi się, że jeśli ktoś nie jest już w
stanie funkcjonować, to w swoim dobrze pojętym interesie powinien poddać się
"zabiegowi". Dochodzi nawet do tego, że w imię rzekomego dobra osoby chorej
skłania się ją do wyrażenia pisemnej bądź ustnej zgody na przeprowadzenie
eutanazji, tak jak w sprawie, w której niedawno zapadł wyrok. Do tego dochodzą
również oczywiście przyczyny natury ekonomicznej, finansowej, które skłaniają
otoczenie osób zagrożonych, znajdujące się w takiej czy innej sytuacji życiowej,
do wspierania tego rodzaju tendencji.
Jaką rolę w uświadamianiu zagrożeń związanych z upowszechnieniem aborcji
odgrywa Pańska organizacja?
– Nasze stowarzyszenie zwraca uwagę na podstawową zasadę działalności
lekarskiej, a więc: primum non nocere – po pierwsze nie szkodzić. Dbanie o dobro
pacjenta jest najważniejszym przykazaniem i nie polega ono wyłącznie na trosce o
jego zdrowie, czyli – mówiąc ogólnikowo – na podtrzymywaniu funkcji życiowych
jego organizmu. Dobro pacjenta to pojęcie dużo szersze i oznacza wszystkie te
działania, które są podejmowane w jego jak najlepiej pojętym interesie.
Niedawno Federalny Trybunał Sprawiedliwości w Niemczech wydał wyrok
uniewinniający adwokata, który swojej klientce doradził odłączenie jej matki
znajdującej się od kilku lat w śpiączce od aparatury podtrzymującej życie.
Spotkało się to z niezwykle pozytywnym odzewem ze strony społeczeństwa. Ten
wyrok to symptom cichego przyzwolenia na eutanazję?
– Proces ten postępuje nie dlatego, że nasze społeczeństwo się starzeje, ale
dlatego, że brakuje w nim ludzi młodych. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest
bardzo złożona i nie jest związana tylko i wyłącznie z liczbą przeprowadzanych
aborcji. Średnia dożywanego wieku rośnie, w naszym społeczeństwie zwiększa się
liczba ludzi starych. Taka sytuacja powoduje duże obciążenia dla systemu opieki
zdrowotnej, co w konsekwencji oznacza wzrost wydatków w tej dziedzinie dla
młodszej części społeczeństwa. Dlatego też ostatni wyrok Trybunału Federalnego
spotkał się z takim pozytywnym odzewem, dlatego podejmowane są różne działania i
inicjatywy ze strony polityków, co widać nie tylko w naszym kraju, ale w całej
Unii Europejskiej.
Jakie skutki może mieć proces zmierzający do upowszechnienia zjawiska aborcji
i eutanazji dla samych lekarzy?
– Dąży się do tego, żeby wyeliminować lekarską wolność sumienia, tzn. możliwość
podejmowania decyzji według własnego sumienia przez zatrudnionych w danej
placówce lekarzy. W konsekwencji lekarz nie będzie mógł odmówić wykonania
zabiegu aborcji lub eutanazji w szpitalu, w którym pracuje. Znajdzie to potem
przełożenie na cały system opieki zdrowotnej i lekarz nie będzie już osobą
wykonującą wolny zawód, mogącą powiedzieć: "Odmawiam wykonania tego zabiegu, bo
jest to sprzeczne z moim sumieniem", lecz będzie zmuszony do przeprowadzenia go.
I to jest to, czemu my, jako stowarzyszenie Lekarzy dla Życia, stanowczo się
sprzeciwiamy. Taka sytuacja dotyka już teraz nas, ginekologów, w przypadku
aborcji, a może nadejść chwila, że będzie dotyczyć również lekarzy medycyny
intensywnej, a więc zajmujących się leczeniem ludzi starych i chorych. Wtedy
spełni się to, co powiedział Hufeland [osobisty lekarz króla Prus Fryderyka
Wilhelma III – przyp. red.]. Nazwał on lekarzy, którzy zabijają, "najbardziej
niebezpiecznymi ludźmi w państwie". Jest wielu lekarzy, którzy obawiają się
rozwoju takiego stanu rzeczy. Dlatego niektórzy uważają, że sposobem na zmianę
tej niebezpiecznej tendencji jest rozwój medycyny intensywnej. Tym bardziej że
obawiają się sytuacji, iż sami jako potencjalni chorzy staną się kiedyś ofiarami
tej "maszynerii". Nie jestem pewien, czy przyniesie to oczekiwane rezultaty.
Przede wszystkim uważam jednak, że lekarze muszą sobie przypomnieć, co jest ich
podstawowym posłannictwem.
Wciąż jednak wielu lekarzy bez skrupułów przeprowadza tzw. aborcję i bierną
eutanazję…
– To jest coś strasznego, że lekarz, dokonując aborcji, staje się największym
wrogiem poczętego dziecka. Staje się wrogiem śmiertelnym. Jeśli nic się nie
zmieni, to inicjatywy zmierzające do rozluźnienia przepisów aborcyjnych i
eutanazji będą się rozwijać i wchodzić w życie. Sądzę jednak, że udało nam się
już wielu uwrażliwić na te sprawy. Ale wciąż za mało… W Niemczech mamy około
120 tysięcy zgłoszonych przypadków aborcji rocznie. To oznacza, że medycyna nie
zna takiej choroby ani takiej epidemii czy zarazy, które pochłaniałyby tak dużą
liczbę ofiar. Te dzieci są zabijane przez lekarzy! Oprócz tego trzeba pomyśleć
również o kobietach, które w wyniku aborcji doznają olbrzymich szkód fizycznych
i psychicznych. Ale tego już nie obejmują żadne statystyki.
Dziękuję za rozmowę.
