Pozwólmy urodzić się Beethovenowi

Z dr. n. med. Andrzejem Pazerą, radiologiem od 30 lat pracującym w
Szwajcarii (NeuchČtel), uczestnikiem VII Światowego Kongresu Polonii
Medycznej w Toruniu, rozmawia Jolanta Tomczak

Jakie
wnioski wyciągnął Pan z wymiany doświadczeń między lekarzami podczas VII
Światowego Kongresu Polonii Medycznej w Toruniu?

– Z lekarzami
polskiego pochodzenia od Kazachstanu do Australii rozmawialiśmy m.in. o
dostępności i komforcie leczenia. Mimo że Europa jest kontynentem
relatywnie bogatym, to okazuje się, że trudności w służbie zdrowia
pogłębiają się, koszty rosną tak lawinowo, że wszędzie ogranicza się
liczbę szpitali i dostęp do lekarza. W wielu krajach chce się dopuścić
konsultacje specjalistyczne dopiero po pierwszej wizycie u lekarza
rodzinnego. To będzie miało daleko idące konsekwencje, bez gwarancji, że
koszty będą niższe i że ludzie będą lepiej leczeni. Także w Szwajcarii,
gdy wprowadzano nowe techniki medyczne, widząc wzrost kosztów, chciano
ustanowić komisje kwalifikujące do pewnych badań. Jednak lekarze się
tego nie podjęli, zwłaszcza w takiej dziedzinie jak diagnostyka
radiologiczna. Po prostu nikt z nas nie byłby w stanie powiedzieć, że
pacjent, który zgłosił się na badanie, z całą pewnością nie ma tej
choroby, jaka może zostać wykryta w wyniku badania. Politycy
zaoszczędziliby pieniądze, a my mielibyśmy wyrzuty sumienia.

Premiowane
byłoby odmawianie diagnostyki…

– To są sidła, jakie politycy w
różnych krajach zastawiają na lekarzy. Mam szczęście, że z punktu
widzenia diagnostyki w kraju, w którym żyję, ten problem na razie jest
tylko teoretyczny. W Szwajcarii nie ma dużych kolejek do badań, które
pilnie trzeba przeprowadzić. Diagnostyka ambulatoryjna ciągle jeszcze
jest zupełnie niezależna od klasy ubezpieczenia, jakie dana osoba
posiada. Dzieje się tak, ponieważ część budżetu narodowego przeznaczona
na ochronę zdrowia należy tu do najwyższych na świecie.
To moja
ogromna satysfakcja, że nigdy nie muszę stawać wobec problemu, czy
zrobić badanie, czy nie. W skali globalnej, patrząc choćby z perspektywy
uczestników toruńskiego kongresu, jestem w sytuacji absolutnie
uprzywilejowanej. Diagnostyczny dylemat dostępności do radiologa w
Szwajcarii po prostu nie istnieje.

Szwajcaria zachowa ten
wysoki standard, skoro kryzys w obszarze opieki zdrowotnej przeżywa
każde państwo, od najbiedniejszego do najbogatszego?

– Politycy
szwajcarscy w obliczu obecnego kryzysu twierdzą, że dłużej się tego nie
utrzyma, i na wzór choćby amerykański chcą uczynić lekarzy
odpowiedzialnymi za to, do czego pacjent będzie miał dostęp. To rzecz
bardzo trudna do przyjęcia.
Jako radiolog uważam, że gdy człowiek
czuje się prawdziwie chory, ma prawo do diagnozy i do koniecznych badań.
Jednak niekorzystną okolicznością jest fakt, że mamy coraz więcej
problemów rodzinnych, psychologicznych, problemów niepewności jutra –
powodują one, że ludzie somatyzują swoją sytuację. To z kolei prowadzi
do poważnego wzrostu odsetka badań, nawet 30-40 procent, których wyniki
nie wykazują żadnych chorób. W mojej aktywności radiologicznej często
widzę np. dzieci z bólami brzucha, a obok stoją mama i tata, którzy na
siebie patrzą wilkiem. Badania z laboratorium nie wykazują żadnego
problemu, badania radiologiczne wychodzą pozytywnie i to jest dla
dziecka kojące. Ale wiem, że jego ból nie mija i ono dalej cierpi, bo
przeżywa prawdziwą tragedię.
Owszem, dla mnie jako lekarza
najpiękniejszą diagnozą jest powiedzieć, że nie ma nic złego. Ale jeżeli
pacjent zgłosił się tylko dlatego, żeby coś koniecznie znaleźć, to
odbywa się to kosztem innych, którzy leczenia naprawdę potrzebują.

Potrafimy
już w mniejszym lub większym stopniu zaradzić ponad 13 tys. chorób i
problemów zdrowotnych wymienionych w międzynarodowej klasyfikacji
ICD-10. Skoro Szwajcarzy tyle łożą na medycynę, to może już znaleźli lek
na nieśmiertelność?

– W Szwajcarii średnia życia kobiet i
mężczyzn i tak należy do najwyższych na świecie. Ale sposobu na
nieśmiertelność, mogę panią zapewnić, nigdy nie znajdziemy. Nie
zapominajmy, że temu dążeniu do nieśmiertelności towarzyszy wzrost
liczby ludzi, którzy szukają odejścia z tego świata przy pomocy byłych
lekarzy w majestacie prawa zajmujących się bierną eutanazją.

Jak
doszło do tego, że taki przepiękny kraj stał się celem turystyki w
jedną stronę?

– Ten problem z całą pewnością wiąże się z
dechrystianizacją naszej współczesności. Człowiek zatracił cel swojego
życia, nie zdaje sobie już sprawy, że jest to tylko pewien etap, który
musi się kiedyś, wcześniej czy później, w mniejszych lub większych
bólach zakończyć. I że przecież Ktoś na nas czeka. Natomiast laicyzacja i
ateizm, manipulując prawem, próbują wyzwolić nas od poczucia
popełnienia czegoś nie tak, jak trzeba, i to łącznie z lekarzami. Nie ma
winy, nie ma dobra ani zła, żyje się tylko raz, jesteś panem swojego
życia, sam decydujesz o jego końcu. Ubezpiecz się na wszystkie strony,
zafunduj sobie, jeśli masz na to środki, jak najdłuższe życie – to jest
model, który nie może dać innych skutków jak tylko podporządkowanie
człowieka konsumpcji. Ostateczny cel w życiu dla wielu – to zdumiewające
– gdzieś się zatracił. Oni twierdzą po prostu: potem nie ma już nic.
Natomiast z całą pewnością wszyscy, absolutnie wszyscy, bardzo się boją
cierpienia i bólu.

Lekarze traktują jeszcze swój zawód jako
powołanie?

– Słowo „powołanie” jest właściwie obecnie zabronione.
Nawet żeby tych „powołanych” nie było, rozpoczyna się preselekcję już
podczas egzaminów na studia lekarskie, nie wybierając człowieka
wrażliwego na cierpienie drugiego, ale tego, który zdaje określone testy
psychologiczne, wykaże się wiedzą z matematyki czy z fizyki. To, co
kiedyś było fundamentem powołania lekarskiego: współczucie, empatia,
miłość bliźniego, to już nie są pożądane wartości. Dziś leczenie ma być
oparte na „rozkładzie jazdy”, bo tym jest tzw. evidence based medicine.
Zatraciła się niejako istota zawodu lekarskiego. Liczy się przede
wszystkim to, żeby w każdej chorobie wydawać standardowe ilości
pieniędzy, reszta nas nie interesuje. Chce się nas tak ukształtować,
żeby myśl o etyce, o strukturze moralnej człowieka, w ogóle się w nas
nie rozbudziła. Inaczej boją się o adeptów medycyny ci, którzy pełnią
pieczę nad finansami szpitala. Poza tym nacisk na to, że szpital ma
przynosić zyski, ogranicza samych lekarzy. Jest taki natłok obowiązków,
że nie pozostawia się czasu na nic więcej.

Tę lukę mogą
wypełnić kapelani szpitalni, siostry zakonne. W znanych Panu szpitalach
jest dla nich miejsce przy łóżkach najciężej chorych?

– W
Szwajcarii mamy duży spadek powołań kapłańskich, zakonnych. Owszem,
istnieje przy szpitalach opieka duszpasterska – jednak teraz prawie
wszędzie ma ona charakter ekumeniczny. Oznacza to, że chorym w niektóre
dni tygodnia opiekuje się protestant, a w inne ktoś z Kościoła
katolickiego. Powrót do właściwego podejścia do leczenia wymaga
współpracy lekarza ciała z lekarzem duszy – księdzem, siostrą zakonną –
który człowiekowi w cierpieniu nie będzie obiecywał następnego cudu,
kolejnego zastrzyku, radioterapii czy chemioterapii, ale pomoże mu w
zrozumieniu, że życie doczesne musi się kiedyś skończyć.

Dyrektorom
szpitali zależy na obecności księży na oddziałach?

– Kościół
raczej sam stara się dojść do chorego, rozumiejąc, że trzeba na niego
patrzeć całościowo, natomiast dyrekcje szpitali nie uważają tego za
ważne i nie poszukują specjalnie księży. Bo tego się nie fakturuje.
Wprawdzie w reklamach szpitali z reguły wspomina się o zapewnieniu
„ekumenicznej służby kościelnej”, ale czasami ogranicza się to do
jednego popołudnia w tygodniu z udziałem ekumenicznego świeckiego.
Idziemy
niestety w złą stronę. Jeżeli szpital nie będzie zajmował się
człowiekiem we wszystkich jego wymiarach, łącznie z wymiarem duchowym,
wszyscy poniesiemy klęskę. Osobiście mam wyjątkowe szczęście, ponieważ w
moim szpitalu jest jeszcze przynajmniej raz w miesiącu Msza Święta, na
którą chorzy mogą przyjść. Ale nawet tu pukająca do drzwi siostra
zakonna bywa odprawiana już od progu, ponieważ jest uważana za
niepotrzebną. Człowiek często mający już 50 albo 80 lat nie zna religii,
żyje wyłącznie w świecie materii. A jeżeli czasem zechce rozmawiać, to
zaczyna od obwiniania Pana Boga, pyta, jak Pan Bóg może dopuszczać do
biedy w Afryce i do jego choroby. Tymczasem choroba jest nieunikniona,
jest wpisana w nasze życie już od momentu narodzin. Inaczej bylibyśmy
właśnie nieśmiertelni, a to chyba byłoby nieznośne.
Na
międzynarodowym spotkaniu francuskojęzycznych lekarzy katolickich w
Lourdes rozmawiałem z wieloma kolegami i muszę powiedzieć, że mają
podobne doświadczenia. Kraje, które mają więcej księży i sióstr, są w
lepszej sytuacji, pozostałe w gorszej. Ale wyraźnie widać, że chce się
Kościół z dostępu do chorego wręcz wyeliminować. Twierdzi się, że to nie
jest nasza sprawa. Nasza sprawa to jest diagnoza oparta na nauce, na
badaniach dodatkowych, a ta reszta nas nie dotyczy – tak z reguły
uważają dyrekcje szpitali.

Możliwe jest odwrócenie tego
trendu?

– Odwrócenie go nie tylko jest możliwe – chociaż na pewno
bardzo trudne i wymagające poparcia ze strony władz państwowych – ale
to chyba jedyny ratunek, aby ograniczyć lawinowy wzrost wydatków w
służbie zdrowia. Przecież nie można leczyć farmakologicznie
rozpadających się rodzin, obolałych dzieci, którym fizycznie naprawdę
nic nie dolega. Widać to coraz wyraźniej. Nie tylko w moim odczuciu jest
to skutek niestety wręcz zamierzony. Widzimy, że – z nielicznymi
wyjątkami – nie ma żadnych ułatwień dla rodzin. Obserwujemy – i
potwierdzają to koledzy z innych krajów – atak na tę podstawową komórkę
społeczną, podminowanie jej egzystencji materialnej, odbieranie funkcji
wychowawczej, edukacyjnej. Trzeba na to patrzeć szerzej. Jak podkreśla
Ojciec Święty, Kościoła uczymy się od matki i ojca. Skoro nie można go
było zniszczyć jako instytucji w ciągu dwóch tysięcy lat, to trzeba
pozbawić go wiernych przez zniszczenie rodziny. Ale szpital tego też nie
naprawi. Dlatego trzeba szczególnie pracować z rodzinami w celu ich
wzmocnienia.

Jak w praktyce wygląda w Szwajcarii – gdzie
przepisy zezwalają i na aborcję, i na eutanazję – możliwość wyrażenia
przez lekarza sprzeciwu sumienia?

– Klauzula sumienia dotyczy
rekrutów do wojska. Jeżeli ktoś podpisze deklarację, że jego wrażliwość
nie pozwala mu służyć w wojsku, może odbyć służbę jako pielęgniarz w
szpitalu. Natomiast wobec lekarza w szpitalu klauzulę sumienia de facto z
góry się wyklucza.
Selekcja jest przeprowadzana na początku kariery
zawodowej. Ordynator oddziału dobiera pracowników i w ten sposób unika
problemu klauzuli sumienia. Najczęściej jeżeli ktoś jest katolikiem, nie
zostanie przyjęty np. na ginekologię. Pozwala na to scentralizowany
system rekrutacji. Kontrakty lekarskie są odnawiane co roku, w związku z
czym znowu jest wybór – albo się podporządkowujesz i twój kontrakt jest
odnawiany, albo po kilku miesiącach pracy czemuś się sprzeciwisz i
wiesz, że w 12. miesiącu będziesz szukał pracy gdzie indziej. W takim
przypadku staranie się o pracę wiąże się oczywiście z tym, że to, co
zrobiłeś, pójdzie za tobą w dokumentacji, w rozmowie telefonicznej itd.
Trzeba
naprawdę niesamowitej siły, liczenia się z ryzykiem utraty pracy, a
także życzliwych kolegów dookoła, którzy to rozumieją, aby nie paść
ofiarą tego, co Ojciec Święty nazywał strukturami zła. Wikła się w nie
ludzi, którzy powinni o życie walczyć, a nie je skracać – czy to w fazie
końcowej, czy przedurodzeniowej.

Skoro jesteśmy przy fazie
prenatalnej – jak postępuje się z rodzicami, którzy dowiadują się na
bardzo wczesnym etapie, że dziecko może urodzić się chore?


Rozwój ultradźwięków spowodował, że podglądamy małe dziecko od
pierwszych kilku tygodni, dzięki trójwymiarowej rekonstrukcji obrazu
możemy np. widzieć rozszczep jego wargi. Jeśli lekarz nie powie tego
rodzicom, popełni błąd w sztuce, za który może odpowiadać potem jako
niedouczony przed swoją dyrekcją, łącznie z poniesieniem konsekwencji
finansowych. Gdy powiadamia rodziców, decyzja w tej fazie należy do
nich.

W tym momencie powinien być czas na rozmowę. Lekarz
przedstawia wahającym się rodzicom argumenty, aby przekonać ich do
przyjęcia tego życia?

– Do tego, żeby lekarz mógł przedstawić
argumenty, sam musiałby je czuć i znać. Natomiast przez wielu moich
kolegów sprawy sumienia są traktowane z pobłażliwym uśmiechem.
Menedżerowie
służby zdrowia dają lekarzowi wybór: albo twoja pozycja będzie z dnia
na dzień spadała, ponieważ koszty leczenia rosną, albo ją utrzymasz, ale
musisz zmniejszyć koszty leczenia. To są drakońskie decyzje ciążące na
sumieniu każdego z nas. Wiem np. od kolegów francuskich, że gdy nie chcą
wykonywać aborcji, to bardzo łatwo znajdują kogoś, kto zrobi to za
nich. Ale jakie to jest wyjście? Trzeba przy tym zaznaczyć, że system
ochrony zdrowia (sprowadzający się w ten sposób w gruncie rzeczy do
refundacji za pracę lekarza) jest tak skonstruowany, że jeśli lekarz
chciałby funkcjonować poza nim, nie przeżyje w tym zawodzie i nie
utrzyma rodziny. Nie będzie miał licencji, nie uzyska przedłużenia
swojego dyplomu. W każdej specjalizacji co trzy lata musimy wykazać się
kształceniem ustawicznym i co trzy lata odnawiamy dyplom pozwalający na
kontynuowanie zawodu.

Tymczasem medycyna potrafi leczyć wiele
chorób, jeszcze zanim dziecko się urodzi. Paradoksalnie np. w Polsce na
operacje w fazie prenatalnej wydaje się relatywnie bardzo mało
pieniędzy, państwo woli kupować te procedury za granicą i tam wysyłać
matki. To kosztuje dużo więcej. Gdzie w tym logika?

– Aby
medycyna perinatalna mogła się w Polsce dynamicznie rozwijać, wszystkie
zainteresowane strony muszą się tego domagać. Konieczna jest odpowiednia
aparatura i uznanie tej pozycji za istotną dla pacjenta. Jeżeli za
każdym razem, gdy stawiana jest diagnoza o chorobie dziecka, proponujemy
rozwiązanie najtańsze, najszybsze, a zarazem nieludzkie – to spychamy
możliwość leczenia daleko na bok, chociaż doskonale o niej wiemy. To
jest hipokryzja. W służbie zdrowia hipokryzja nie tylko się nie
zmniejsza, ale jest nawet ryzyko, że będzie się jeszcze pogłębiała.

Jakie
są przesłanki do postawienia takiej tezy?

– Politycy nie będą
chcieli przecież uznać, że te problemy to jest również ich wina. A
przecież to oni zamykają lekarza w budżecie, wyznaczając, ile jest warte
zdrowie jednego człowieka na miesiąc czy rok. Hipokryzja znajduje też
pożywkę w tym, że jeżeli wykształcenie lekarza nie będzie całościowe, to
nie będzie on umiał wytłumaczyć rodzicom, że dziecko chore jest
dzieckiem tak samo jak każde inne. Przecież gdyby Beethovena zbadano
dzisiaj ultradźwiękami i zobaczono w badaniu trójwymiarowym, jak poważne
ma wady w czaszce, to zapewne nie pozwolono by mu się urodzić. Nie
mielibyśmy dzisiaj tej muzyki.
Podsuwanie „najłatwiejszego”
rozwiązania jest okrutne, ale w Szwajcarii znam także matki, które
przyjęły dzieci z zespołem Downa, wodogłowiem, padaczką związaną z
powikłaniami okołourodzeniowymi i kochają je bardzo. Jeśli nie nauczymy
człowieka miłości, jeśli rodzący się będzie traktowany jak wróg, a nie
jako ubogacenie – cywilizacja śmierci zwycięży. Ale śmierć zwyciężyć nie
może!

Dziękuję za rozmowę.

drukuj